Tomasz "Oley" Olejnik (Kosmici): Nie wolno palić za sobą mostów
- Po raz pierwszy nie śpiewam o zagrożeniu świata przez polityczne struktury albo o rewolucjach - mówi w rozmowie z Interią Tomasz "Oley" Olejnik, głos kojarzony przede wszystkim z zespołem Proletaryat. Teraz wokalista prezentuje się jako frontman nowej supergrupy Kosmici, która zadebiutowała płytą "Nie ma nas".

Grupę Kosmici tworzą muzycy obecni na muzycznej scenie od kilku dekad. Wokalista Tomasz "Oley" Olejnik jest głosem Proletaryatu, gitarzysta Stefan Machel - podporą TSA (obecnie jako TSA Dream), basista Darek Budkiewicz dba o cztery struny w Armii, a perkusista Marcin "Manio" Papior znany jest z grupy Piersi.
To właśnie ta czwórka odpowiada za wydaną 23 stycznia nakładem Mystic Production płytę "Nie ma nas" promowaną singlami "Pukam", "Lód" i "Twój ślad".
Kosmici debiutują albumem "Nie ma nas"
Michał Boroń, Interia: Z jakiej planety przylecieli do Polski ci Kosmici?
Tomasz "Oley" Olejnik (Kosmici): - Proszę pana, to daleka planeta jest. Na pewno jest to Mars, bo wiadomo, że kobiety są z Wenus, a faceci z Marsa. Jakby tak zebrać do kupy, to to w ogóle kompletnie nie miałoby sensu, a mimo wszystko jakoś to zaczęło działać. Pomimo że byli z odległych galaktyk, to znaleźli wspólną platformę porozumienia i przy pomocy, czy to środków werbalnych czy języka migowego, doszli do porozumienia i stworzyli nowy materiał.
Mówisz, że każdy jest trochę z innej galaktyki, ale gdzieś tam tym elementem wspólnym jest cięższe gitarowe granie. Jak naprawdę do tego doszło? Z tego co wiem, zaczęło się od waszego wspólnego spotkania ze Stefanem. Jak długo się faktycznie znacie, wieki?
- Poznaliśmy się jeszcze z zeszłym stuleciu, od lat 90. Jakoś tak przypadkiem zupełnie spotkaliśmy się na jakimś koncercie poświęconym twórczości pana Franciszka Walickiego, który między innymi pisał teksty dla Breakoutów i dla wielu jeszcze innych. Okazało się, że Stefan znał Proletaryat, ja z kolei wychowałem się na TSA i jakoś tak zapałaliśmy do siebie sympatią, która po jakimś czasie przerodziła się w przyjaźń, we wspólną fascynację muzą. Obaj jesteśmy kompletnie nienormalni na punkcie szukania śladów gwiazd na niebie, jeżeli chodzi o dźwięk, czyli na te wszystkie ustrojstwa, kabelki, te inne chore historie. Tak się zresztą złożyło, że to Stefan mnie tak naprawdę nauczył słuchać muzyki, jeżeli można w ten sposób to powiedzieć - dla mnie to polegało na odkręceniu gałki w prawo jak najbardziej i to po 10 minutach kończyło się drgawkami przedśmiertnymi (śmiech).
Potem okazało się, że wynajdujemy różną muzę (też za sprawą różnych znajomych siedzących po terenie całej kuli ziemskiej), wymienialiśmy się płytami najnowszymi, jakimiś pomysłami dźwiękowymi, różnymi fuzjami i tak dalej, i tak dalej. Zresztą pomysł powstania płyty pochodzi jeszcze z połowy lat 90., ale jak pewnie się domyślasz, to zawsze było nie po drodze, bo działy się różne inne rzeczy w naszych własnych zespołach.
Stefan jest motorem napędowym tutaj tego wszystkiego, bo to on całość zainicjował i potrafił zrealizować do końca. Jeżeli chodzi o Manio Papiora, perkusistę z Piersi, to spotykaliśmy się na różnych trasach koncertowych, gdzie razem łoiliśmy różne rzeczy, muzykę też (śmiech). A Darek Budkiewicz to z kolei gdzieś wpadł z offu, w zupełnie dla mnie niewyjaśniony sposób, ponieważ to Stefan go wprowadził jako członka do tej drużyny i się okazało, że to człowiek, który tak samo jak Manio wniósł ogromny swój własny wkład w to przedsięwzięcie.
Jaką nową wartość - twoim zdaniem - mamy na tej płycie? W tym sensie, że czym "To nie ma nas" różni się od dokonań waszych macierzystych zespołów?
- W moim przekonaniu różnicą podstawową jest warstwa liryczna, bo po raz pierwszy nie śpiewam o zagrożeniu świata przez polityczne struktury, jakiś tajemnych organizacjach albo o rewolucjach, które ewentualnie mogą coś wnieść lub ewentualnie mogą coś zabrać. Śpiewam tutaj o miłości.
No właśnie.
- No właśnie, czyli o relacjach, w moim przypadku, ponieważ jestem heteroseksualny, śpiewam o miłości damsko-męskiej, żeby nie było wątpliwości.
Jak wyczytałem, motywem przewodnim jest nieszczęśliwa miłość pana i pani.
- Zresztą nie tylko jednego pana, nie jednej pani, bo tam te różne refleksje i momenty, w których dochodzi do różnych, gwałtownych czasem wydarzeń. Pewne epizody dotyczą mojego osobistego życia.
Zapytałeś mnie co różni ten materiał - w przypadku Stefana podstawową różnicą jest fakt, że nie zagrał żadnej solówki (co niektórzy stawiają mu jako zarzut). I bardzo dobrze, bo się zrealizował zupełnie inny sposób i uważam, że te jego gitary są absolutnie czymś jak najbardziej nowoczesnym.
Tomasz "Oley" Olejnik: Dojrzałem do pewnych rzeczy
Brak solówek to jest jedna rzecz. Mnie zaskoczyły w sumie te wstawki syntezatorowe, które tam Darek dołożył. To już wprawdzie nie są lata 80., kiedy łatwo było o zarzut zdrady ideałów punkowych czy metalowych, ale w waszym przypadku to jednak spora niespodzianka. Czy te nowe elementy pojawiły się u was naturalnie?
- Jak już wspomniałem wcześniej, historia tej płyty sięga połowy lat 90. Ze Stefanem współpracowałem też z TSA jako wokalista taki doskakujący przy komponowaniu na ich płytę "Proceder". Dla mnie na początku to była forma jakiejś zabawy, niż obrazowania sobie tego jako prawdziwy materiał na płytę. Zupełnie byłem w innej grupie estetyczno-kontaktowej, gdzie inne tematy, inne sygnały, inne treści były na pierwszym planie, jeżeli chodzi o twórczość. Niemniej jednak, po tych wielu latach okazuje się, że jako człowiek, przy okazji też jako muzyk, dojrzałem do pewnych rzeczy, dojrzałem do tego, żeby je postrzegać w taki sposób, w jaki powinno być postrzegane. Czyli, że należy muzykę jako taką darzyć jak największą atencją, ponieważ jest to produkt wynikający z naszych wspólnych przeżyć, naszych wyobraźni, naszych fascynacji muzycznych i nie tylko, dlatego nabrałem też zupełnie innego dystansu.
Potraktowałem te, w niektórych przypadkach bardzo stare, kompozycje w sposób, w których one powinny tak wyglądać, jak wyglądają dzisiaj. Myślę, że to dla mnie jest jakiś wielki milowy krok, jeżeli chodzi o moją twórczość, o postrzeganie mnie jako muzyka, jako twórcę tekstów. Kiedyś bym się z tym źle czuł, natomiast dzisiaj anno domini 2026 czuję się z tym bardzo dobrze.
To zasługa Stefana, który był konsekwentny i zdeterminowany, żeby tę płytę w końcu nagrać. Okazało się, że po tych prawie 30 latach ma takie perły gdzieś w swoim komputerze. Potrafił wydobyć takie rzeczy, o których nie miałem pojęcia, że w ogóle miały kiedyś miejsce, że nawet tekst do tego pisałem. Dlatego z tym większym sentymentem podszedłem do całej sytuacji związanej z tym, żeby całość dokończyć. Uważam to za wspaniałą przygodę, którą miałem okazję razem z chłopakami przeżyć w dość już zaawansowanym wieku jako muzyk.
Co kryje się pod symbolami, które towarzyszą wam we wkładce płyty? Stefan z tą gwiazdą jest już chyba wieki kojarzony. Twoją błyskawicę postrzegam jako gniew, niezgodę, którą zawsze przy Proletaryacie można było zobaczyć. A jak rozumieć resztę?
- Bardzo trafnie odczytałeś tą symbolikę, bo ona rzeczywiście nawiązuje do pewnych cech charakteru każdego z nas. Te symbole obrazują ich jakby wewnętrzny stan skupienia i wewnętrzny stan promieniowania.
W materiałach prasowych pojawiło się hasło "nowe, autorskie spojrzenie na współczesny rock". Patrząc na wasze PESEL-e i to, kiedy tak naprawdę te zaczątki miały miejsce, to rodzi się pytanie czy ten "współczesny rock" to lata 90. czy raczej trzecia dekada XXI wieku?
- (Śmiech) Broń Boże, nie miałbym śmiałości, żeby się w jakikolwiek sposób odnosić do tego, co w szeroko pojętym rocku teraz się dzieje. Mamy ewidentnie taki proces, w którym metal core po prostu zdominował wszystkie gatunki muzyczne, chyba jakie są związane z rockiem. Szczególnie w Stanach, może u nas jeszcze nie, ale to za chwilę będzie u nas też. Ja bym się raczej do tego jednak nie porównywał.
Na bazie tych wszystkich naszych doświadczeń, fascynacji i tego, co przeżywaliśmy w latach 90., rzeczywiście ta muzyka w stosunku do tego, co wtedy było, brzmi nowatorsko - jeżeli chodzi o brzmienie, o produkcję i tak dalej. Myślę, że jesteśmy obarczeni pewnym skażeniem związanym z naszą estetyką muzyczną, z tym, na czym się wychowywaliśmy, czego słuchaliśmy jako młodzi ludzie. To gdzieś w człowieku jednak zostaje.
A kto cię ostatnio zachwycił?
- Jest parę takich bandów. Jezus Maria, co tam ostatnio słyszałem? Na przykład bardzo zaintrygował mnie Sleep Token. Poza tym Falling In Reverse, nagrali razem numer z Marilyn Mansonem. Mam bardzo szerokie spektrum zainteresowań muzycznych, bo słucham też dużo muzyki poważnej, jazzu.
Chcąc nie chcąc zostaliście obwołani supergrupą, choćby z racji całego bagażu doświadczeń, który każdy z was do tego zespołu wniósł. W takich przypadkach często jednak zdarza się, że tego typu składy są efemerydami, które przepadają po jednej czasem dwóch płytach. Czy macie jakieś pomysły, plany na to, żeby ten projekt nie został jednorazowy?
- Myślę, że to jest uzależnione nie tylko od nas, jako od muzyków. Bycie zespołem takim właśnie jak powiedziałeś składającym się z supergwiazd i tak dalej, niesie ze sobą ciężar odpowiedzialności, którą się bierze na siebie, bo wszyscy oczekują czegoś megaodjazdowego, mega wielkiego pokoleniowego, budowy hymnów, sytuacji w których wszyscy padają na kolana. Ja osobiście nie podchodzę do tego w ten sposób, ponieważ myślę, że życie weryfikuje bardzo szybko i w bardzo bolesny sposób wszystkie przejawy takiego myślenia o sobie, że się jest kimś absolutnie wyjątkowym i wybitnym.
A tak naprawdę rynek tym steruje, musimy mieć na uwadze, że ten rynek wygląda tak, a nie inaczej. Nie jest to łatwe, szczególnie z taką muzyką jak my, którzy lata swojej świetności mają już dawno za sobą. To nie będzie prosta sprawa. Ja mam tego pełną świadomość. Jeżeli uda nam się przetrwać ten rok, jeżeli uda nam się zagrać parę jakichś koncertów, to będziemy myśleć o tym, co dalej. Nie wiemy tak naprawdę, co będzie się dalej działo z TSA, tak naprawdę nie wiemy w dalszym ciągu, czy Proletaryat będzie funkcjonował w taki sposób, jak funkcjonował do tej pory. I to się też dotyczy Armii i Piersi - życzę wszystkim jak najlepiej, ale musimy pamiętać, że nadchodzą ciężkie czasy. Koncertów jest coraz mniej w stosunku do tego co było rok czy dwa lata wstecz. Rynek będzie szybko weryfikował te wszystkie nasze plany i zamierzenia.
Pojawiły się wstępne zapowiedzi, że Kosmici zagrają trasę "Nie z tej ziemi". Zdradzisz coś więcej?
- W tajemnicy ci powiem, że trwają prace, ale to jest następne wyzwanie, bo każdy z nas funkcjonuje przecież aktywnie w swojej rodzimej formacji. Teraz konia z rzędem temu, kto będzie w stanie to wszystko czasowo tak poukładać, tak połączyć, żebyśmy sobie nie wchodzili w paradę, jeżeli chodzi o terminy koncertowe. To będzie najtrudniejsza część tego zadania.
Ale jakieś pomysły już macie?
- Najpierw musimy skonstruować sobie własną naszą, autonomiczną scenę. Będziemy musieli grać z loopami to wszystko, ktoś będzie musiał to ogarnąć. Ze względu na użycie tego chemicznego instrumentarium to nie będzie wszystko takie proste. Musimy gdzieś jeszcze jakieś próby produkcyjne sobie zrobić, także to jest bardzo poważne wyzwanie.
Nawet jeżeli to jest na razie etap rzucania pomysłów. Czy zastanawialiście się, czy poza materiałem z płyty Kosmitów sięgniecie po utwory waszych macierzystych zespołów?
- Nie będę ukrywał, że taki pomysł się przewinął. Pytanie jest podstawowe, co na to nasze rodzime składy? Czy wyrażą zgodę na przykład na tego typu działalność i wykorzystywanie utworów, czy to Armii, Proletaryatu, Piersi czy TSA. To jest jeszcze też chyba przed nami. Natomiast musimy mieć świadomość tego, że te nasze koncerty będą musiały posiadać jakiś walor czasowy, taki, który byłby zjadliwy dla publiczności. Być może się okaże, że ta jedna nasza płyta Kosmitów jest po prostu za krótka, żeby zagrać pełnowymiarowy koncert. Karty są jeszcze na stole i decyzje żadne w tym zakresie nie zapadły.
Jakie przesłanie do Ziemian kierują Kosmici?
- Należy się kochać i nie wolno palić za sobą mostów, po których czasami warto wrócić do miejsca, z którego się wyszło.









