Johnny McKelvey (The Rumjacks): "Totalnie zakochaliśmy się w podejściu Polaków do muzyki" [WYWIAD]
Zaczęli grać w 2008 roku, pierwszy koncert poza Australią zagrali w Polsce, a jedna z ich piosenek opowiada o Zielonej Górze. The Rumjacks przyjadą do naszego kraju na trzy koncerty, a przed trasą Johnny McKelvey opowiedział nam o nowej płycie, Irlandii i - oczywiście - co myśli o Polakach.

Oliwia Kopcik, Interia Muzyka: Na wstępie muszę powiedzieć, że niedawno byłam w Dublinie i, szczerze mówiąc, na początku mi się tam nie podobało...
Johnny McKelvey, The Rumjacks: - To bardzo ruchliwe miasto. Mieszkam w Belfaście, w Irlandii Północnej, więc tu jest trochę spokojniej, trochę mniej tłoczno, ale Dublin to szaleństwo. Cały czas jest tam zbyt głośno.
... ale potem puściłam sobie wasze piosenki i miałam takie: "Ok, teraz lepiej", więc dzięki, uratowaliście moją wycieczkę.
- (śmiech).
Dobra, już poważnie. Co w ogóle chcecie przekazać swoją muzyką? Bo macie i te bardziej refleksyjne piosenki, i takie o "staniu razem", ale i "An Irish Pub Song" - satyryczny kawałek, ale nie wiem, czy wszyscy o tym wiedzą. No i mam wrażenie, że w celtic punku jest trochę tak, że muzyka to jedno, a tekst to co innego. Że nie do końca wszyscy się skupiają na tekście, póki muzyka buja i można poskakać. Jeśli piosenka jest dobra po prostu do pogo i picia piwa, to też w porządku?
- Tak, jako zespół zawsze powtarzamy, że dopóki podoba ci się piosenka i czerpiesz z niej to, co chcesz, to jest dobrze. Jeśli to coś pozytywnego i może pomóc, to fantastycznie. Jeśli to piosenka, przy której lubisz tańczyć, dobrze się bawić i po prostu cieszyć się nią, nie myśląc, uciekając na chwilę od rzeczywistości, to fantastycznie. Cokolwiek muzyka dla ciebie robi, jest fantastyczne. I myślę, że to właśnie jest wspaniałe w piosenkach i muzyce - często są otwarte na interpretację. A to, co z niej wyniesiesz, to już sprawa słuchacza i zależy tylko od niego. Ale tak, oczywiście są piosenki, które są trochę mniej poważne, a obok są te, które mają w sobie trochę więcej znaczenia. I myślę, że ludzie mogą się z nimi utożsamiać lub, znowu, czerpać z tych piosenek to, co czują.
Pytam, bo ostatnio rozmawiałam z kolegą, muzykiem, że głupio byłoby mi powiedzieć komuś, że "dobrze mi się do twojej muzyki biega". Wiesz, że ktoś żyły wypruwa, nagrywając, a ty mówisz: "Fajne do biegania".
- (śmiech). Tak, ale kiedy tworzymy piosenkę, nagrywamy ją, a potem udostępniamy światu - to, czy się spodoba, czy stanie się popularna, czy też, co ludzie z nią zrobią, jest już poza naszą kontrolą. Jeśli więc ludzie jej słuchają i wywołuje w nich smutek, radość czy jakiekolwiek inne emocje, to nie mamy na to wpływu. To już zależy od słuchacza.
Wasz najnowszy album nazywa się "Dead Anthems" (pol. "Martwe hymny"), w jednej piosence śpiewacie, że "Śmierć byłaby czymś tak pięknym" i "Nawet najsilniejszy rum cię nie uratuje". Skąd ten dramatyzm?!
- To pasuje do kontekstu tej piosenki, "Cold Like This" (śmiech). Mike napisał ją, kiedy utknął w naprawdę mroźnych temperaturach i chodzi po prostu o to, że jest tak zimno i ból spowodowany zimnem jest tak silny, że śmierć wydaje się lepszym rozwiązaniem. Kiedyś tak było, że piło się rum, żeby się ogrzać, a tu nawet rum nie jest w stanie tego naprawić.
Brzmi jak Polska jeszcze niedawno.
- Widziałem mnóstwo zdjęć z Polski, że, na przykład, w Gdańsku zamarzła rzeka, co jest po prostu szalone. Moja dziewczyna pochodzi z Poznania, więc dostaję też sporo wiadomości stamtąd, a oni notowali tam temperaturę -19 stopni. Pomyślałem sobie - cytując nasz własny zespół - że nigdy wcześniej nie czułem takiego zimna. To naprawdę ekstremalne temperatury.
W innej z kolei - "An Irish Goodbye on St. Valentine's Day" - jest wers, że "21-latek śpiewa piosenkę, której nie napisał, o swojej prawdziwej miłości". Faktycznie zalewa nas teraz fala takiej nijakości? Ja to nazywam "muzyką z generatora". To nie jest prawdziwa muzyka, jeśli nie napiszesz tekstu sam, od serca?
- Dokładnie. Wracając do tego, o czym mówiłaś - chodzi o to, że można mieć piosenkę o piciu whisky i dobrej zabawie, i może to nie przemawia do wielu słuchaczy, i to w porządku, ale potem są też takie piosenki o stracie, miłości i romansie - we wszystkich pojawiają się wspomnienia i rzeczy związane z partnerem lub sytuacją. Myślę, że czasami piosenka może przywrócić te emocje, o których w niej mowa. To jest piękno muzyki - po prostu możesz pisać takie teksty, a one mogą różnie działać na ludzi. Jeden słuchacz czerpie z tego inne doświadczenie niż kolejny.
Zawsze też pytam, kiedy rozmawiam z kimś, kto ma taki duży hit - nadal lubicie "An Irish Pub Song" czy zaczęliście już jej nienawidzić?
- (śmiech). To dobre pytanie. Nie jest to nasz ulubiony utwór do grania. Jest mnóstwo innych piosenek, które wolelibyśmy zagrać zamiast niego i które sprawiają nam większą radość. Ale wiesz, każdy z nas ma swoje indywidualne upodobania, jeśli chodzi o utwory czy układ setlisty. Jednak jako muzycy zdecydowanie nie uważamy tego za nasz ulubiony kawałek. Nadal go gramy i myślę, że dla wielu osób ta piosenka była wprowadzeniem do zespołu - że to był początek, a potem zaczęli słuchać więcej naszej muzyki. Cieszymy się, jeśli to była ich droga do zespołu i że potem odkryli inne piosenki, które my znacznie bardziej preferujemy. Nadal lubimy tę piosenkę, ale nie jest naszą ulubioną.
Choć oryginalnie The Rumjacks nie są z Irlandii, to jesteście z tą kulturą mocno związani. Śledzisz, co dzieje się wokół tego tematu? Choćby działania takiego zespołu jak Kneecap?
- Panuje tu zawsze dość napięta atmosfera polityczna. W całej Irlandii jest oczywiście bogata historia związana z konfliktem w Irlandii Północnej. To raczej nowsze wydarzenia, ale można sięgnąć też do wielu innych konfliktów, które miały miejsce na przestrzeni lat i tego, co się tam wydarzyło. To wszystko wciąż istnieje. Podział między katolikami a protestantami zdecydowanie nadal istnieje. Widać to na co dzień. Dobrze, że są zespoły takie jak Kneecap, które pojawiają się i w pewnym sensie... zwracają większą uwagę na język irlandzki i kwestie dotyczące Irlandii Północnej, a konkretnie Belfastu, gdzie podział społeczny jest nadal bardzo widoczny. Dobrze, że mówią głośno o tym i o wielu innych sprawach.
To miasto i kraj o bardzo silnym ładunku politycznym, z wielkim podziałem i bardzo, bardzo przeciwstawnymi poglądami. Widać to nawet fizycznie, kiedy chodzisz ulicami. Myślę, że zespoły takie jak Kneecap skierowały światło reflektorów na te sprawy. Oczywiście poprzez sztukę i muzykę robi się to od dawna - wystarczy cofnąć się do starych irlandzkich pieśni rebeliantów, które istnieją od zawsze, również tych dotyczących innych kwestii politycznych. Ale tak, myślę, że bardziej współcześni artyści, tacy jak Kneecap, naprawdę skierowali uwagę na "mały, stary Belfast".
Chciałabym jeszcze zapytać o punk ogólnie, bo jedni mówią, że nie ma się już przeciwko czemu buntować, inni, że nadal jest, tylko te rzeczy są inne. Czym dla ciebie jest punk teraz?
- To chyba prowadzi do bardzo szerokiego pytania: czym właściwie jest punk? Każdy ma swoją definicję tego punkowego etosu, tej postawy, tego, czym jest bunt, przeciwko czemu się występuje, gdzie się stawia granicę wobec autorytetu - i wszystkich tych rzeczy, o których świat punkowy zawsze mówił.
Myślę, że punk ma się dobrze. Może jest trochę przyćmiony przez dużą ilość muzyki i przez współczesny świat, w którym żyjemy, przez to, czego słucha przeciętna osoba na co dzień. Ale powiedziałbym, że w obecnym klimacie nie brakuje powodów do buntu i tematów, o których punki mogą śpiewać. I wydaje mi się, że to nie dzieje się już tylko w muzyce punkowej. Są artyści popowi, którzy jasno wyrażają swoje zdanie. Niezależnie od tego, czy się z nimi zgadzasz, czy nie - ludzie korzystają ze swojego głosu. Kneecap, o którym wspomniałaś, też robi to bardzo wyraźnie, publicznie pokazując swoje poglądy. Czy Kneecap to punk rock? Muzycznie - niekoniecznie, jeśli chcemy trzymać się kategorii gatunkowych. Ale ta punkowa postawa, ona moim zdaniem przenika też do innych rodzajów muzyki, jako forma buntu czy wyrażania własnego zdania. Muzycy robią to od zawsze, wykorzystując sztukę i możliwość docierania do dużej liczby ludzi.
Dziś nie dotyczy to już tylko punk rocka. Naprawdę jest teraz wiele rzeczy, przeciwko którym można się buntować. Ludzie mają dużo do powiedzenia i to pewnie dlatego tak wielu muzyków zabiera głos na różnych poziomach, komentując społeczeństwo i to, co dzieje się obecnie na świecie.
Skoro już rozmawiamy, nie mogę nie zapytać, czym aż tak zachwyciła was Zielona Góra, że po koncercie napisaliście o niej piosenkę?
- Nasz pierwszy koncert poza Australią był właśnie w Polsce. Zagraliśmy na festiwalu w Jarocinie w 2015 roku, a potem zrobiliśmy kilka koncertów klubowych i zagraliśmy w Zielonej Górze. To był, wydaje mi się, też nasz pierwszy klubowy koncert. I to była taka historia, wiesz… przyjechania do tego miasta i zakochania się w nim i w ludziach, którzy tam są. Wtedy też nasz poprzedni wokalista poznał tam kogoś i tak dalej.
Ale to jest właśnie piękno tras koncertowych - możesz jeździć do niesamowitych miejsc i potem pisać o nich piosenki, o ludziach i o tych wszystkich doświadczeniach. Więc to był po prostu utwór zainspirowany trasą i tym, że trafiliśmy do miejsc, o których wcześniej nawet nie myśleliśmy, że tam zagramy.
To takie zabawne, bo Zielona Góra nie jest jakimś szczególnie popularnym miejscem na koncerty (śmiech).
- Wiem (śmiech). Tak, zwłaszcza że teraz byliśmy już w wielu innych miejscach w Polsce. Ale to fajne miasto. Jest tam też tor żużlowy, co było dla mnie zaskoczeniem - nie wiedziałem, że Zielona Góra jest tak związana z żużlem.
Ogólnie bardzo lubimy Polskę. To kolejne miejsce, do którego mamy szczęście wracać. Ale to nie tylko te największe miasta i takie oczywiste kierunki - fajnie jest też trafiać do tych mniej typowych miejsc.
Gracie w Polsce raczej często, co jeszcze ci się kojarzy z naszym krajem? Większość mówi albo pierogi, albo wódka.
- Pierwszą rzeczą, którą zauważyliśmy, byli ludzie. Mam na myśli to, jacy są hojni i jak bardzo życzliwi są Polacy, jacy są przyjaźni. I tak, nie tylko nawiązując do tego, z czego żartowałaś, ale naprawdę - przyjeżdżaliśmy gdzieś i ludzie przynosili nam, na przykład, domową wódkę albo jakieś własne alkohole, albo ogórki, czy po prostu drobne prezenty. I my tak: "O, to bardzo miłe. Jesteśmy tu tylko po to, żeby zagrać koncert, nie spodziewaliśmy się, że ktoś przyniesie nam prezent. Cieszymy się, że tu jesteśmy". Więc to było takie pierwsze wrażenie.
A potem totalnie zakochaliśmy się w podejściu Polaków do koncertów i do muzyki. I jasne, można by to analizować głębiej, ale oni po prostu są tam, żeby dobrze się bawić - żeby się uśmiechać, cieszyć się chwilą. Mogliby być tego wieczoru gdziekolwiek indziej, ale wybrali, żeby być właśnie tam i naprawdę chcą się dobrze bawić. I wiem, że pewnie każdy zespół tak mówi, ale to naprawdę czuć. Kiedy grasz, wyczuwasz to - nawet jeśli ludzie tańczą, to ta energia i tak jest inna. I absolutnie za każdym razem, kiedy graliśmy w Polsce, czuliśmy się mile widziani. Czujesz, że oni się bawią, ty się bawisz - i to sprawia, że ten wieczór staje się dużo bardziej wyjątkowy.
To były chyba takie najbardziej oczywiste rzeczy na początku - jak bardzo ludzie są hojni i jak bardzo cieszą się tym, że tam są, że są tam z tobą. My jesteśmy tam z nimi, oni są tam z nami. I to były te dwie główne rzeczy, które zauważyliśmy. I za każdym razem, kiedy wracamy, jest tak samo - wspaniali ludzie w pięknym kraju, którzy chcą się dobrze bawić, przyjąć cię i sprawić, że ty też się dobrze bawisz.
Miło to słyszeć.
- Są też oczywiście inne rzeczy - najlepsza kuchnia na świecie. Jestem stronniczy, bo, jak mówiłem, moja dziewczyna jest Polką, więc jestem bardzo stronniczy, ale naprawdę - najlepsze jedzenie na świecie. To też przepiękny kraj, naprawdę piękny. Myślę, że mamy dużo szczęścia, że Polska od samego początku nas zaakceptowała i nas polubiła. I dlatego ciągle tu wracamy. Więc dopóki gramy, ludzie się uśmiechają, dobrze bawią na koncertach i my też się dobrze bawimy, to będziemy wracać.
Fani zawsze też chcą wiedzieć, czego słuchają ich idole, więc najlepszy zespół dla ciebie? Ale nie możesz powiedzieć The Rumjacks.
- I tak bym tego nie powiedział (śmiech). Gdybym miał wskazać jeden, to musiałoby to być The Clash. Myślę, że Joe Strummer i The Clash potrafią otworzyć człowieka na szerszy świat punk rocka. Pokazują, że to nie jest tylko hałas i agresja. Ten sposób, w jaki pisali piosenki, tematy, które poruszali… a do tego zaczęli mieszać punk ze ska i reggae. Wtedy punk był czymś zupełnie nowym, wszystko eksplodowało, stawało się popularne, a oni jeszcze zaczęli łączyć style. Więc gdybym miał wybrać tylko jeden zespół, powiedziałbym: The Clash - najlepsza kapela wszech czasów.
Dobry wybór!
- Mam tylko dwa muzyczne tatuaże - dwa portrety. Na przodzie nogi mam Joe Strummera, a drugi to Hank Williams, artysta country.
I jeszcze ostatnie pytanie, trochę bardziej filozoficzne: gdyby cały świat cię słuchał, co byś powiedział?
- Powiedziałbym "dziękuję". Bardzo dziękuję za stworzenie świata, który pozwolił nam robić to, co robimy.










