Kinga Głyk: "Muzyka ma moc ponadziemską" [WYWIAD]
Zaczęła występować jako 12-latka, później - za sprawą nagrania, które rozeszło się viralem po sieci - poznały ją miliony. Obecnie Kinga Głyk koncertuje na całym świecie. Przed rozpoczęciem trasy w Polsce opowiedziała nam o swojej miłości do basu, doświadczeniach z publicznością i tym, co jest w życiu najważniejszym.

Kinga Głyk to polska basistka i kompozytorka. Jako zaledwie 12-latka zaczęła grać w rodzinnym zespole Głyk P.I.K Trio, a jako 18-latka wydała swój debiutancki album "Rejestracja". Szersza publiczność poznała ją za sprawą viralowego coveru "Tears in Heaven". Obecnie ma na koncie pięć płyt solowych, a dotychczasową dyskografię zamyka "Real Life" z 2024 roku.
"Łączy tradycje jazzu z bluesem, funkiem i współczesną muzyką instrumentalną. Jej twórczość wyróżnia się świeżym podejściem do instrumentu basowego, emocjonalnym przekazem i artystyczną dojrzałością, co zdobywa uznanie zarówno krytyki, jak i publiczności na całym świecie" - czytamy w zapowiedzi jej nadchodzącej trasy.
Zaplanowane koncerty odbędą się w: Chorzowie (Chorzowskie Centrum Kultury, 20 marca), Łodzi (Klub Scenografia, 21 marca), Ostrowcu Świętokrzyskim (Kino Etuida, 22 marca), Szczecinie (Dekadencja, 23 kwietnia), Gdańsku (Klub Żak, 24 kwietnia), Olsztynie (Aula im. Anny Wasilewskiej, 25 kwietnia) i Warszawie (Klub Niebo, 26 kwietnia).
Kinga Głyk: "Muzyka jest moim spokojem w życiu"
Oliwia Kopcik, Interia Muzyka: Jakie to uczucie być nazywaną "wielką nadzieją europejskiego jazzu"?
Kinga Głyk: - Staram się o tym nie myśleć (śmiech). Jak nie stawiam się w żadnej pozycji, to mogę spokojniej żyć, więc staram się po prostu robić, co robię, najlepiej jak potrafię, nieważne, czy to jest w Europie, czy na świecie, czy tylko w małym gronie. To jest mój główny cel i zawsze będzie.
Występowałaś już w rodzinnym zespole jako dziecko, 29-latka z 17 latami doświadczenia zawodowego to jest jakiś kosmos, swoją drogą, ale myślałaś kiedyś, że jeśli nie muzyka, to co? Czy jesteś już z tym tak związana, że nie ma planu B?
- Nie było oficjalnego planu B. Wahałam się delikatnie nad tym, czy grać w siatkówkę, czy grać na basie, ale ze względu na to, że one trochę ze sobą kolidują, to siatkówka została dla zabawy, a bas został ze mną na zawsze. I myślę, że bas był mi bliższy, tak czy siak, to był świadomy wybór - słuchając muzyki, zawsze chciałam grać na basie, więc myślę, że to zawsze było częścią mnie.
Właśnie to było moje następne pytanie - dlaczego akurat bas? Czytałam w którymś wywiadzie, że tata nie był fanem wyboru akurat tego instrumentu. Czy po prostu czułaś, że bas i koniec?
- Tata był zaskoczony tym wyborem. Wiem, że tak zawsze mówiłam w wywiadach, że on się nie cieszył, ale myślę, że się cieszył, tylko nie sądził, że to będzie akurat ten instrument. W momencie, kiedy zaczynałam grać na basie, to nie było jeszcze aż tak popularne jak teraz. Jest to ciężki instrument też do trzymania na plecach (śmiech). Ale pamiętam, że nawet nie mając jeszcze swoich idoli, ja po prostu kochałam dźwięk basu i chciałam móc wziąć ten instrument, który gra "to". Nie do końca nawet wiedząc, co to jest. Pamiętam, jak mi tato przyniósł mój pierwszy bas, faktycznie było to mocne przeżycie. Nie było wątpliwości, nigdy mi się to nie zmieniło. Nie miałam po drodze, że może to nie jest aż takie fajne i chcę zmienić. I tak zostało do dzisiaj.
Ta największa popularność przyszła po viralowym coverze "Tears in Heaven", ale widziałam cię też na Next Feście w Poznaniu w 2024 roku. Myślisz, że takie showcase'y, przeglądy i konkursy kapel nadal są potrzebne czy jednak internet ma obecnie największą moc?
- Największą siłę pewnie ma internet, jednak muszę przyznać, że jestem fanką "żywego" życia i prawdziwych ludzi. Też prawda jest taka, że internet często może nas oszukać dosyć mocno - możemy oszukiwać na różne sposoby i nawet udawać, że gramy, a nie gramy. Więc wydaje mi się, że granie na żywo i miejsca, w których faktycznie można usłyszeć jakieś zespoły, są jednak najważniejsze i najlepiej pokazują, czy się z tym utożsamiamy. Ale media społecznościowe, co mi się podoba, pozwoliły nam wszystkim promować siebie - jesteśmy też wolni, jeśli chodzi o to, w jaki sposób chcemy to robić. Pozytywna strona mediów społecznościowych to właśnie, że mamy wszyscy równą kartę, nie ma limitów krajowych, jest szansa przebić się gdzieś dalej, niekoniecznie musząc mieć kontakty z ludźmi, od których jest się zależnym. Więc się cieszę, że są te dwie strony. Ale też zachęcam wszystkich, żeby nie wierzyli we wszystko, co widzą w internecie, bo to często jest duża nieprawda.
Sama widzę przy jakichś przeglądach, że te rzeczy, które przychodzą na nagraniach, a to, co się potem słyszy na żywo, to jest czasem duży rozjazd...
- Totalnie. Ale to też przez to, że granie na żywo jest naprawdę wyzwaniem. Jest to powiązane z adrenaliną, która się wytwarza, jak się, na przykład, czerwone świeci na kamerze - ja też tak mam. Nieważne nawet, czy jestem sama z tą kamerą, czy to jest mój telefon, nagle jestem wystraszona (śmiech). Ostatnio z kolegą wchodziliśmy na scenę i mówi: "Dzisiaj się nagram i najbardziej jestem zestresowany, że ten mój telefon tam będzie nagrywał". Powiedziałam, mu, że przecież może to usunąć, ale faktycznie jest w głowie stres, że chcemy, żeby to się dobrze zapisało.
Niedługo zaczynasz kolejną trasę i zgaduję, że początek w Polsce to nie jest przypadkowy wybór? Bo na co dzień nie mieszkasz w Polsce, prawda?
- Nie mieszkam w Polsce, ale też rzadko jestem w jakimś miejscu na dłużej. To się ciągle zmienia. Jednak jestem z Polski i dawno tu nie grałam, więc cieszę się, że mogę wrócić.
Później jedziesz też na koncerty i warsztaty na Reunionie, czego okropnie zazdroszczę! W ogóle uważam, że łączenie pracy, pasji i podróżowania, to jest najlepsza rzecz na świecie, ale pewnie ma też te trudniejsze strony, których ludzie z zewnątrz zazwyczaj nie widzą - zmęczenie, inny klimat.
- Totalnie tak. Ktoś kiedyś to fajnie powiedział, że często widzimy ten ostateczny efekt i chcemy to, ale to trzeba wziąć z całym bagażem, który za tym idzie. Ja staram się nie mówić dużo o tych trudnych stronach naszego zawodu, bo lubię zachować te dobre. Jestem wdzięczna za okazję zwiedzania świata i nawet jak nie mam okazji zobaczyć miasta, to mogę sobie spać w tym hotelu, zobaczyć, gdzie gramy, poznać ludzi. Można myśleć, że mam dużo czasu, żeby sobie zwiedzić, nie wiem, Frankfurt, ale zazwyczaj tego czasu nie ma. 90% czasu to jest podróż.
Ostatnio czytałam w jednym wywiadzie, że publika bardzo różni się w zależności od kraju, faktycznie tak jest? Miałaś czasem takie: "Boże, co tu się dzieje?!"?
- Tak! Jest to ciekawe, że faktycznie publiczność reaguje inaczej. Pamiętam, że jak graliśmy w Brazylii, chyba w Sao Paulo, to jakoś myślałam, że oni będą żywsi. Można być czasem zaskoczonym. Ja się też tego powoli uczę, bo miałam taką ambicję, żeby z ludzi zawsze wyciągnąć tę radość, ale czasami oni tak tego nie wyrażają, nie krzyczą głośno, nie biją brawo, a wcale to nie znaczy, że tego nie lubią. W Japonii, na przykład, jest przeciwna reakcja, przez to, że oni mają inną kulturę, więc ja też nie mogę wymagać, że będą nagle głośno wołać. Staram się do tego przyzwyczajać i nie próbować od każdej publiczności otrzymać tej samej reakcji. Ale faktycznie trzeba to przerobić w głowie, bo można się zblokować. Szczególnie jak mówisz do ludzi między utworami i nie otrzymujesz żadnej odpowiedzi, to można trochę nie wiedzieć, co się dzieje. Nie podoba wam się czy co? (śmiech)
Jesteś w stanie wybrać taki kraj, w którym grało ci się najlepiej? Oprócz Polski, oczywiście.
- Brazylia, ze względu na to, że byłam tam pierwszy raz ostatnio. Może też przez to, że rytm jest mi strasznie bliski - w muzyce kocham rytm chyba najbardziej - a ludzie tam naturalnie mają go w sobie. Na jednym festiwalu - Rio das Ostras - graliśmy pierwszy wieczór na takiej wielgachnej scenie, gdzie ludzi były tysiące, to było fajne przeżycie. A następnego dnia graliśmy o 14, na takiej mniejszej scenie i myślałam sobie: "Przecież tu nikt nie przyjdzie o tej porze", ale faktycznie przyszli i to było jedno z moich najlepszych przeżyć scenicznych i takiego połączenia z ludźmi. Tego nigdy nie zapomnę, to obecnie moje najmilsze wspomnienie.
Wracając jeszcze do trasy - usłyszymy płytę "Real Life" i czego jeszcze możemy się spodziewać? Tu jest miejsce na autopromocję.
- Trochę się już wygrałam z "Real Life", więc niektóre utwory zostaną - te moje ulubione, które myślę, że do ludzi dobrze trafiają. Chciałabym też wrócić do niektórych utworów, które, wydaje mi się, że ludzie lubili, a przestaliśmy je grać przez to, że była nowa płyta. To będzie trochę taka kombinacja moich rozdziałów życia. To jest ciekawe, że dla mnie moja historia jest taka oczywista i przez jakiś czas była bardzo jasna dla ludzi, że grałam z tatą, że mój brat jeździ ze mną, że gram od 12. roku życia… Ale teraz, przez te lata pracy, trochę już się to rozdzieliło, więc myślę, że teraz jest moment, w którym chciałabym pokrótce opowiedzieć swoją historię i wrócić do utworów, które były na początku. I tak się rozpędzić przed następną płytą.
To opowiadaj od razu o następnej płycie.
- Jest dopiero w moim sercu (śmiech). Cieszę się na to, bo proces tworzenia jest całkiem inny - bardziej się skupiłam na tym, żeby poznawać swój instrument jeszcze, ćwiczyć harmonię. Zazwyczaj było dużo grania i wymyślania. Teraz zrobiłam sobie przerwę, bez kontaktu z instrumentem, tylko czytanie książek, słuchanie muzyki i myślenie nad życiem. Spisywałam przez długi czas myśli, mam bardzo długi opis tego, jak się miałam w jakimś okresie, więc mam nadzieję, że to się w muzyce ujawni potem.
A właśnie, oglądałam jeden z twoich koncertów z 2023 roku, gdzie mówiłaś o utworach "Unseen Bruises" i "Dear Ukraine", a często też zastanawiam się nad takim terapeutycznym wpływem muzyki - faktycznie tak to jest, że możesz z komponowania i grania zrobić pewnego rodzaju terapię?
- Myślę, że tak i że jest to pewnego rodzaju wolność. Świat, w którym można się zamknąć i czuć się bezpiecznym. Czym jestem starsza, tym bardziej to widzę, że muzyka jest czymś, co mnie uspokaja. Jest moim spokojem w życiu. Myślę, że muzyka może działać w dwie strony - dobrze i źle. Są utwory, które mogą cię wyprowadzić ze spokoju, jesteś nabuzowana i nawet nie wiesz czemu, a są też takie, które mogą cię uspokoić. Naprawdę muzyka ma moc ponadziemską. Szczególnie że grając, możemy docierać do ludzi, nie mówiąc do nich - przynajmniej w moim przypadku. Czuję, że mogę się z nimi połączyć i nie musieć śpiewać. Oni chcą, żebym śpiewała, ale ja nie potrzebuję (śmiech).
Ale może kiedyś...
- Może kiedyś (śmiech).
Jeszcze chciałam zapytać tak ogólnie o jazz. Czy też masz wrażenie, że polska scena przeżywa renesans? Te młode zespoły pokazują, że już nie trzeba się wzdrygać na słowo "jazz".
- Pewnie. To pozytywna zmiana, ale myślę, że jazz też się otworzył mocno i mieści w sobie różne style. Ta młodsza generacja to sprawiła, że nie jest to już tylko kontrabas, fortepian, trąbka i perkusja. Jest dużo ludzi, którzy są bardzo kreatywni, używając jazzu i szukając swojej drogi, z czego ja się mocno cieszę.
To jeszcze tak na koniec - filozoficznie. Gdybyś wiedziała, że słucha cię cały świat, co byś powiedziała?
- Chyba bym powiedziała, że zachęcam, żeby szukać w życiu spokoju i nie gonić za rzeczami, które są ulotne. W momentach, kiedy wpadamy w panikę, lepiej naprawdę się uspokoić i zastanowić, co tak naprawdę ma znaczenie. Bo czasem można się wystraszyć życia, a nie trzeba go aż tak poważnie traktować. Lubię to mówić na koncertach, że dla mnie życie jest jak taka fala, która się cały czas zmienia - czasami jesteśmy w jakiejś sytuacji i wydaje nam się, że będzie tak już na zawsze, a to się zmieni. A kolejna rzecz, myślę, że już jest znana wielu ludziom - żeby traktować ludzi dobrze, jak idziesz po drabinie do góry, bo możesz ich potrzebować, jak będziesz szedł po drabinie w dół. I to jest prawda, bo czasami w życiu, jak dużo się dzieje i człowiek się z tych rzeczy cieszy, to wartości się zmieniają. Dobrze być ostrożnym i uważnym.


![Twój, Dawid: Nie chcę być wydmuszką na reklamach [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ0S4GYILGKH-C401.webp)





