Miuosh zamyka ważny etap swojej kariery: "Zajechałem już do garażu. Nie chcę tego" [WYWIAD]
Miuosh w rozmowie z Interią opowiedział o kulisach przeniesienia swojego wielkiego koncertu ze Stadionu Śląskiego do Areny Katowice, tłumacząc, jak chce zamknąć tom 1 i 2 "Pieśni Współczesnych". Nie zabrakło też chwili refleksji nad przeszłością, pożegnaniem z MaxFlo oraz lekcjami, jakie wyniósł ze współpracy z Bas Tajpanem. Wszystko to w obliczu niedawno zapowiedzianego końca rapowej kariery!

Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: W czerwcu 2026 roku wracasz na... no właśnie, chciałem powiedzieć Stadion Śląski, ale będzie zmiana na Arenę Katowice, dlaczego?
Miuosh: Wiesz co, z wielu przyczyn. Poczułem, że coś z tym projektem na Stadionie Śląskim nie gra. Nie klika się zarówno mi, jak i ekipie produkcyjnej. Widziałem też generalnie po reakcjach ludzi - takich bardziej stonowanych, zdystansowanych, że "Pieśni Współczesne" i Stadion Śląski nie za bardzo mają ze sobą po drodze. Trochę nietypowo podszedłem do tematu, bo nagrałem film, w którym po prostu zapytałem się, czy to jest na pewno dobry projekt na tak duży koncert, na tak dużą przestrzeń. Poprosiłem ludzi o to, żeby pomyśleli i żeby dawali znać w komentarzach. Ja naprawdę te komentarze czytałem przez parę grubych dni i wyciągałem wnioski.
Trafiały do mnie komentarze mówiące o tym, że stadion to jest supersprawa, bo trzeba to odpowiednio pożegnać, zamknąć, historia musi zatoczyć koło na śląskim klepisku, ze śląskim powietrzem, pod śląskim niebem. Rozumiałem to, ja też bardzo chcę te 2 tomy jakoś postawić koło siebie, podziękować im, podziękować ludziom za to, że z nami byli podczas tych tras koncertowych i zamknąć ich historię. Historię tych pierwszych 2 tomów chcę już podsumować, skończyć i wywietrzyć trochę studio, pokój, dom, głowę i zrobić miejsce na kolejne odsłony projektu "Pieśni współczesne". Bardzo chciałbym się już z tym pożegnać, a nie ciągnąć dalej wózka po tej samej ścieżce, bo to by było po prostu wtórne, a ja takich rzeczy nie lubię. Trafiały też do mnie komentarze mówiące o tym, że ludzie, którzy byli na jednej trasie na drugiej, na trzeciej, tutaj nie chcą przyjść, bo boją się, że będą siedzieć 150 m od sceny, widzieć nas na ekranach, straci się ta intymność i to ich trochę przeraża. Woleliby to w nieco mniejszej przestrzeni, a nie w takiej ogromnej jak Stadion Śląski. To jest największy budynek tego typu w Polsce. Ma i pełnowymiarową murawę boiska - największą, jaką może mieć stadion piłkarski i bieżnię lekkoatletyczną i jest w taki specyficzny, nieregularny sposób otwarty. Robi wrażenie obiektu ogromnego - bo jest ogromny.
Chciałem to wszystko jakoś połączyć, pogodzić i wpadłem na Arenę Katowice. To po pierwsze jest obiekt o wiele mniejszy, po drugie obiekt pozwalający nam zupełnie inaczej zbudować to wydarzenie i zachować tej intymności bardzo dużo, stworzyć ją na nowo. To jest przestrzeń, w której możemy się zamknąć z 15-20 tys. ludzi w postaci bardziej amfiteatralnej i pozwalająca nam jednocześnie zachować wszystkie te nasze pomysły produkcyjne, które chcieliśmy wrzucić w "Pieśni współczesne" na ten jeden wyjątkowy koncert, a nie da się tego zrobić ani w halach, ani w filharmoniach.
Bardzo dobrze, że jest to możliwe w moim przypadku, bo nie każdy może wymyślić sobie, że "słuchajcie, zostawiamy tę samą datę", a dla mnie też było ważne, żeby zostawić to samo miejsce, a zmienić stadion. Tak w Polsce nie jest, a nam się udało. Bardzo się cieszę, bo wiem, jak to będzie wyglądać, wiem, ile ludzi tam wejdzie, w jaki sposób będą siedzieć. Wiem, jak ten obiekt wygląda - pachnie nowością, ma 1,5 roku, daje nam to zupełnie inne możliwości produkcyjne i zupełnie inne możliwości, jeśli chodzi o brzmienie i oświetlenie tego wydarzenia. Ten koncert stał się jeszcze lepszym widowiskiem, pozwalającym nam połączyć pierwszy i drugi tom. Pożegnać je i odpowiednio podsumować, zachowując intymność, bliskość i bezpośredniość z widzem, słuchaczem tego wszystkiego. Mimo iż poszliśmy w dół, jeśli chodzi o liczebność, to poszliśmy w górę, jeśli chodzi o jakość.
"Scenozstąpienie" z 2019 roku imponowało właśnie skalą. To było ogromne widowisko i ogromne wydarzenie. Czujesz teraz na sobie presję, żeby dowieźć to w jak najwyższej możliwej jakości?
- Oczywiście to jest zawsze presja i ja kocham, że te nasze projekty są jakościowe i mam ludzi, którzy dbają o to od lewej do prawej, o każdy detal. Tak samo, jak ja o każdy detal w muzycznej części tych projektów i scenariuszach do klipów. Wszyscy w tym projekcie kochają to skupienie i jakość tych detali, łącznie z widzami. Na tym się tylko i wyłącznie skupiam. Stąd ten nagły zwrot, który powoduje to, że się przeprowadzamy z jednego stadionu na drugi.
W przypadku wielu artystów pojawiłyby się komentarze, że to jest w zasadzie strzał w kolano. Z takiego dużego stadionu, gdzie pojawi się masa, masa ludzi, przenosisz się na mniejszy, gdzie i tych widzów będzie mniej.
- Mniej, ale myślałem o tym, jak w skali problemów jawi się nam - jak teraz o tym rozmawiamy - problem zagrania koncertu dla 55 tys. osób, a dla 20 tys. Czy to dalej jest problem? Nie, to nie jest problem. Mi chodzi o ten projekt, a nie o skalę. Stadion Śląski oczywiście jest miejscem świetnym do organizacji widowisk spektakularnych i mogących po prostu zabić, jeśli chodzi o zdjęcie tego, ile ludzi tam będzie. Ja tam taki projekt zrealizowałem. Gdyby miał to być projekt rapowy, to pewnie dalej na Stadionie Śląskim by to funkcjonowało, bo jest to zupełnie inne miejsce, jeśli chodzi o płytę stojącą i o takie wypełnienie ludźmi i energią.
Jeżeli miałoby tam chodzić bardziej o energię i uderzenie ze sceny, no to tak, a tu chodzi o intymność, chodzi o coś zupełnie innego, chodzi o historię i o to, by ją odpowiednio ludziom wpakować w dłonie, żeby mogli siedzieć w tym i z tym przez parę godzin. To są 2 koncerty, łącznie 3 godziny muzyki, może nawet ponad. Mi zależy na tym, żeby oni byli zadowoleni, żeby wiedzieli, że nawet jak idą na coś, co jest stadionowe, to nie jest to stadionowe ze względu na chęć zarobku, tylko dowiezione z jakością, którą będą wspominać pozytywnie.
Na scenie pojawi się naprawdę masa artystów, gości. Jak zarządza się takim potężnym organizmem?
- Ja niespecjalnie tym zarządzam. Ten organizm stworzyłem, dałem mu życie i on funkcjonuje sobie bardzo dobrze, ale za każdym artystą i za mną też stoją ludzie, którzy o to wszystko dbają. Przecież jak ja bym miał się dogadywać z każdym artystą, z którym współpracuje na zasadzie "słuchaj, gramy tego i tego, przyjedź", to w życiu bym nigdy nic nie zrobił na żywo. Nad nami muszą być ludzie, którzy pilnują tych kalendarzy i harmonogramów i dla tych ludzi z tego co wiem - bo ja zawsze jestem taki trochę sfiksowany produkcyjnie i we wszystkim maczam palce - to jest wymagające logistycznie wydarzenie, ale oni sobie świetnie z tym dają radę i dla nich to jest właśnie frajda tej roboty. Oni po to tam są. To nie jest tak, że menedżerowie narzekają na to, że są menedżerami, bo nie mogą robić tego, co artyści, tylko się nimi zajmować.
Ja widzę, że jak się pojawia jakiś problem ze mną, który trzeba szybko ogarnąć, na przykład: nie dojadę jednak autem do Warszawy na odpowiednią godzinę, bo coś się dzieje u mnie rodzinnego, młoda jest chora, muszę się zawrócić z drogi, zostawić Sandrę w domu i dzwonię do Moniki: "Monia ja nie wiem, nie zdążę, chyba, że załatwisz jakiś samolot z Katowic do Warszawy i z powrotem". Monia to słyszy, i u niej jest po prostu "wooow, ok". Ci ludzie żyją takim czymś, dla nich zadania specjalne to są najciekawsze momenty. To nie jest narzekanie, to nie jest minus, to jest plus tej pracy i takie duże projekty to w sobie mają od samego początku. Tu trzeba połączyć milion rzeczy ze sobą. Monika nie jest tylko i wyłącznie menadżerem, jest też producentem wykonawczym takiego wydarzenia, tak samo Krzysiu, tak samo cała ekipa, którą angażujemy do tego. Oni od początku spotykają się z fajnymi wyzwaniami, a przerzucenie czegoś, co już miało ręce i nogi na jednym stadionie, w zupełnie inne środowisko, to jest zadanie superspecjalne, ale dali radę.
Kiedy zaczynałeś współpracę z Zespołem Pieśni i Tańca Śląsk, z tego co pamiętam, pojawiały się głosy, że to dość ryzykowne, że może nie wypalić. Spodziewałeś się, że wyrośnie to do aż takiej skali? Że będzie to w zasadzie przełomowy projekt?
- Nie spodziewałem się szczerze, że to będzie tak funkcjonować. Spodziewałem się może dotarcia, że owszem, będą słuchać, bo to są ludzie, którzy, którzy mają swoich słuchaczy i którzy na pewno też skupiają ich uwagę na tym projekcie. Ja też swoich słuchaczy mam i potrafię pokazać im coś w dobry sposób, żeby skupili się na tym trochę dłużej, ale nie spodziewałem się, że to będzie tak funkcjonować, że zagramy tyle koncertów, że dostaniemy 2 Fryderyki rok po roku i że skończymy z tym na Arenie Katowice, podsumowując te parę lat przygody z pierwszym i z drugim tomem. Nie spodziewałem się, że będę mieć możliwość w ogóle tworzyć dalej to wszystko. Myślałem, że to będzie jednorazowa przygoda, a chyba to zostanie już do końca ze mną. Chce o nią zadbać w odpowiedni sposób - stąd też trochę chcę tak odsunąć od siebie ten pierwszy i drugi tom, wspominać je dobrze, ale pomyśleć o tym, jak ten projekt zbudować na nowo w przypadku kolejnej części.
Jest to projekt przełomowy i to nie tylko dlatego, że raper zamiast robić bity i pisać teksty dla siebie, napisał tyle tekstów i zrobił tyle muzyki dla wykonawców z zewnątrz. To jest przełomowe w ogóle dla muzyki w Polsce - tak słyszałem. Na razie takie kolaboracje z zespołami pieśni i tańca, z orkiestrami, były raczej wykonawcze niż autorskie i twórcze. Tutaj po raz pierwszy - zamiast Zespół Śląsk zapraszać na scenę do wykonania czegoś, co już ktoś stworzył tak, jak ja na "Scenozstąpieniu", kiedy ich poznałem - zaprosił Zespół Śląsk do tego, żeby tworzyli coś nowego od początku razem z nimi, z wieloma artystami i się udało. To było i przełomowe dla zespołu Śląsk i dla mnie, i dla polskiej muzyki. Wszyscy artyści biorący w tym udział kochają ten projekt z tego co wiem. Ludzie z tym łączą jakieś takie punkty ze swojego życia i wydarzeń na świecie, które im się zawsze będą kojarzyć i zawsze do nich wracając, będą mieli pewne rzeczy przed oczami.
Jest to też o tyle ciekawe, że to chyba największa płyta producencka w Polsce.
- Chyba tak. To jest masa ludzi i w pierwszym tomie masa jeżdżenia po całej Polsce, po różnych studiach nagraniowych. Pierwszy tom wiązał się też u mnie z nauką wielu rzeczy i w przypadku drugiego tomu ja już miałem miejsce u siebie, gdzie większość wokalistów chciałem zaprosić i pracować u mnie, w swojej pracowni nad tym wszystkim, co tam zbudowałem i na moich zasadach. Ten drugi tom jest trochę inny, bliższy mi, bliższy domu, jeśli chodzi o warunki pracy.
Producencko to straszny kawał roboty, masa ścieżek w utworach, wyzwania dla Łukasza Muchy, który zajmował się miksem drugiej części i dla Rafała Smolenia, który zajmował się miksem pierwszej części. Masa roboty dla Janka Stokłosy, który w pierwszym tomie musiał wszystkie moje nierealne pomysły uczłowieczać, ale nauczył mnie, pracując nad tym pierwszym tomem, wszystkiego. Przy drugim już było o wiele łatwiej. Cholernie wielki projekt, jeśli chodzi o każdy koncert, tak samo. Ciężko mi to jakoś sobie uświadomić, że my zagraliśmy 80 koncertów tego projektu w przypadku 3 tras. Wielu artystów mówiło: "nie dość, że to jest ogromny projekt, który niesamowicie dużo kosztuje, to dodatkowo tyle razy zdołaliście to zrobić w tylu różnych miejscach w Polsce", więc no tak, jest to ogromne wydarzenie.
Wracając jeszcze do twojej hip-hopowej ścieżki - jesteś mocno trueschoolowym raperem. Później przeszedłeś na scenę NOSPR-u, zacząłeś współpracować z Zespołem Pieśni i Tańca "Śląsk". Gdzie w tym wszystkim, pośród tego, co teraz się dzieje, jest "Pan z Katowic"?
- Dobrze się bawi w każdej odnodze tego wszystkiego, o czym wspomniałeś. Ja to czuję, lubię robić muzykę. Nieważne jaką, szczerze powiedziawszy, taką, którą uważam za dobrą. To jest jedyna po prostu definicja muzyki, jeśli chodzi o kategorię, którą robię. Jak trzeba rapować, bo napiszę coś, co trzeba zarapować albo chcę zarapować coś, co trzeba napisać, no to wtedy to robię. Bardzo się cieszę, że już w tej części rapowej mojego życia, w tych ostatnich produkcjach coraz więcej było mojej muzyki, mojej produkcji, mojego miksu, mojego masteringu i dbania o to, żeby te albumy brzmiały po prostu tak, jak od samego początku, jak nagrywam demówkę, chcę, żeby ten numer brzmiał - to mnie nauczyło wielu rzeczy.
Jeśli trzeba pisać piosenki, jeśli mam coś, co ma być wyśpiewane, to to piszę i odpowiednie osoby, które od początku mam w głowie przy pisaniu takiego tekstu, zaśpiewają ze mną. Jeśli trzeba uczyć się jakichś kwestii orkiestracji, to też już coraz odważniejszy w tym jestem, ale to wszystko prowadzi do tego, że ja mam wspaniałe, kolorowe życie, jeśli chodzi o muzyczne zadania. Patrząc przez ostatnie lata, ja zagrałem, stworzyłem, wyprodukowałem, byłem dyrektorem artystycznym świetnych po prostu wielkich wydarzeń, podczas których współpracowałem z masą wspaniałych wykonawców, z Orkiestrą Akademii Beethovenowskiej z Krakowa - graliśmy przecież "To Kraków Tworzy Metamorfozy" w TAURON Arenie - wspaniała rzecz. Superwydarzenia z okazji tych wszystkich stuleci, które były, bo grałem i stulecie niepodległości Polski, i stulecie pierwszego powstania śląskiego, i stulecie przyłączenia Śląska do Polski.
To wszystko były projekty, które ja miałem prowadzić od lewej do prawej, w których łączyłem teatr, muzykę, historię narodową, orkiestrę symfoniczną Polskiego Radia, wykonawców, solistów, rap, więc tego naprawdę było bardzo dużo. Otwarcie Miasta Nauki Katowice jako Europejskiej Stolicy Nauki też było superwydarzeniem, bo to było ogromne wydarzenie łączące orkiestrę, chóry wszystkich uczelni, masę wykonawców, których pozapraszałem z zewnątrz do tego wykonania. Ja kocham takie rzeczy robić. Moje rzeczy to są moje rzeczy, ale ja bardzo lubię robić też rzeczy z muzyką, do której nie przyłożyłem ręki jako kompozytor, a mogę po prostu ją trochę popsuć, pozmieniać.
Tak teraz będzie z trasą Zakopower na 20-lecie, bo Sebastian po prostu zaprosił mnie do tego, żebym był dyrektorem artystycznym trasy koncertowej z okazji dwudziestolecia Zakopower i od jesieni zaczynamy to grać. Świetne wydarzenie, wspaniałe rzeczy. Ja się bardzo cieszę właśnie dlatego, że z powodu tych wszystkich rzeczy, o których mówiłeś, ludzie związani z muzyką, tworzący muzykę w tym kraju lub potrzebujący jakichś wielkich wydarzeń, nie pomyśleli sobie o tym, że ja jestem do wszystkiego, czyli do niczego, tylko popatrzyli i powiedzieli: "On potrafi we wszystko iść z jakąś odwagą i dobrze mu to wychodzi. Zadzwońmy do niego, pogadajmy z nim" - i to się dzieje, a ja to bardzo, bardzo doceniam, bo to lubię najbardziej.
Niedawno wspomniałeś, że kończysz z rapem. To wywołało dość spore poruszenie, ale zanim do tego przejdziemy, chciałbym jeszcze zostać w tej twojej rapowej przeszłości. Jak wyglądało twoje rozstanie z MaxFlo? Wydaje mi się, że to był znaczący moment, który ukształtował dalsze działania. Potem pojawiło się Fandango Records, działające do dzisiaj.
- Wydaje mi się, że to jest naturalna kolej rzeczy. Po pierwsze takie pewniaki: dwóch raperów, dwóch gości, którzy robią muzykę, chcący prowadzić razem wytwórnię - to nie ma jakiejkolwiek racji bytu. To się nie wydarzy. Ja byłem młody, myślałem, że się uda. Ja bardzo dobrze współpracowałem sobie z Rahimem, bardzo dużo się od niego nauczyłem, bardzo jestem mu wdzięczny za ten początek tego wszystkiego, bo to jednak on szerzej pokazał mnie Polsce i wierzył we mnie. Ale ja byłem wtedy młody i zaczynałem dopiero być facetem. Jak już coraz bardziej tym facetem byłem - i to nie jest żaden przytyk - po prostu coraz dalej było mi do Rahima, bo jesteśmy zupełnie innymi typami facetów i nie było nam po drodze.
On chciał zupełnie inaczej to prowadzić. Ja w ogóle siebie w tym przestawałem widzieć. Trochę z niepotrzebną ilością nerwu, ale zawsze w takich sytuacjach są nerwy. Najmniej było ich z mojej strony wobec Rahima i ze strony Rahima wobec mnie. To zawsze otoczenia coś takiego bardziej budują i tworzą, ja tego nie rozumiem, bo nikt nikomu krzywdy nie zrobił. Dogadaliśmy się, pożegnaliśmy się, zbiliśmy piony i tyle. Podzieliliśmy sprzęt ze studia, podzieliliśmy to, co stworzyliśmy jako wytwórnia i poszedłem w swoją stronę. Bogu dzięki, bo ani oni nie byliby zadowoleni z tego, gdybym tam był dłużej, ani ja bym nie był zadowolony z tego, gdybym tam pozostał.
Fandango Records to było coś, co było mi potrzebne, bo tam się po prostu wszystkiego nauczyłem. Po kolei, od lewej do prawej: dystrybucji fizycznej i cyfrowej, produkcji płyt, prowadzenia studia nagraniowego, tworzenia teledysków. To było chałupnictwo. My to wszystko prowadziliśmy w 3-4 osoby: ja, moja dziewczyna wtedy - czyli teraz żona, mój brat, który był od grafiki i od wideo, ja, który też trochę wideo montowałem i osoby, które gdzieś były obok. Ekipa w studiu skupiona wokół muzyki, mikrofonów... imprezy i szansy na to, żeby to jakoś rozwinąć, rozbudować i trochę tym poskręcać w inne strony, niż bym mógł w MaxFlo. Jak z nieba spadło mi wtedy to, że spotkałem na swojej drodze po raz kolejny gościa, z którym znałem się od lat i go szanowałem.
Nagle okazało się, że po prostu znowu przede mną stanął. Zaprzyjaźniliśmy się już totalnie z Bas Tajpanem i zaczęliśmy razem tworzyć muzykę trochę na pograniczu. Mnie to rozwinęło bardzo, jeśli chodzi o takie kwestie beatmakerskie, bo ja wtedy bardzo dużo tej muzyki dla nas robiłem, dla Fandango Gang. Organizowaliśmy nasze trasy koncertowe, dosyć partyzanckie, ale jednak. No i przez te parę lat działaliśmy razem na naprawdę pełnych obrotach. Strasznie to było dla mnie dobre, motywujące i wspaniale funkcjonujące.
Wydałeś ze ś.p. Bas Tajpanem płytę, która jak na tamte czasy była dość świeża, bo to było połączenie rapu z reggae. Jak dzisiaj jako osoba, która łączy gatunki z bardzo różnych sfer, patrzysz na ten projekt?
- Ja jej ostatnio słuchałem, bo przez to, że od paru miesięcy myślę o tym, jak się z tym rapem się pożegnać, to tak sobie pomyślałem, że są albumy, których nawet tekstów za bardzo nie pamiętam. Fajnie było ich znowu posłuchać po czasie, jak to brzmi, bo tego się słucha jak obcej płyty po tych 20 latach Fandango Gang. Słuchałem jej i uważam, że to jest momentami zabawne przez to, że wtedy rządziło nami specyficzne poczucie humoru i specyficzny dystans i pomysł na ten projekt. Poruszaliśmy też zupełnie inne problemy niż te, które potem poruszałem w swojej twórczości. Ja to bardzo dobrze wspominam, nie mogę o tym złego słowa powiedzieć.
Jestem i będę wdzięczny Basowi za wszystko, co dostałem od niego jako człowiek, jako przyjaciel, jako gość, z którym współpracowałem. On zrobił dla mnie chyba jeszcze więcej niż Rahim. On mnie wziął w miejsca do ludzi, z którymi się znam i do dzisiaj współpracuję. On nauczył mnie takiej odwagi w kontaktach z raperami, którzy są już docenieni, bo on ich długo znał i widziałem, z jakim szacunkiem oni się odnoszą do niego, z jaką sympatią i jak się z tymi ludźmi powinno rozmawiać, jak trzeba schować ego i dać czyjemuś ego istnieć po to, żeby kogoś poznać. Bardzo wiele się nauczyłem od Basa. Strasznie mnie dotknęło to, jak się dowiedziałem w lipcu, że odszedł.
Przyznam, że nie zagłębiałem się aż tak w twórczość Basa, ale znam trochę przebojów, które jeszcze w moim wieku podstawówkowym były słuchane.
- Nawet jak rozmawiałem o tym z Dawidem Kwiatkowskim, to mówił, że w liceum słuchał Basa. To są niesamowite rzeczy. Zrobił kawał muzyki, która już zawsze będzie z nami. Współtworzył tę scenę w pięknych latach undergroundu, który i tak został, i zawsze będzie. Od tamtego momentu zrobił naprawdę bardzo wiele rzeczy. Strasznie prywatnie, osobiście mnie to dotknęło, bo poczułem, że te ostatnie lata trochę zmarnowałem, bo mogłem śmielej, szczerzej i częściej kontaktować się z nim.
Masz jakieś jego niepublikowane zwrotki?
- Tak, mam takie rzeczy, bo Bas był bardzo płodny i bardzo wiele rzeczy powstało przy okazji Fandango Gangu, przy okazji "Fandango Mixtape" jako jego alter ego albo jako on sam. My to wszystko mamy gdzieś zarchiwizowane, nie pozwolę temu zginąć. Nie chciałbym też po prostu... sam nie wiem, co z tym robić. Bas miał różne etapy w swojej twórczości, ja do końca nawet nie wiem, jak wyglądały te jego ostatnie działania w momencie, kiedy zaczął walczyć z chorobą, gdzie, co, z kim planował zrobić. Nie poczuwam do tego, żeby nagle teraz wyskakiwać i być piewcą tego, że nasz przyjaciel odszedł i mam jakieś jego stare zwrotki.
Ja to przeżywam po prostu jako człowiek, bo jego żarty, jego poczucie humoru i to, co z nim przeżywałem, zostało ze mną. Nie było tygodnia w moim życiu, w którym bym sobie czegoś z tych sytuacji nie przypomniał. On był niesamowicie śmiesznym, wesołym, konkretnym gościem i bardzo wiele dziwnych historii - fajnych, przyjemnych, śmiesznych i też strasznych - z nim przeżyłem, i daliśmy sobie z nimi radę. Odkąd odszedł, to chyba raz na 2 dni przypominam sobie coś z nim, bo to było po prostu epickie. Nauczył mnie bardzo dużo, zaraził mnie swoim poczuciem humoru. To zostało ze mną do końca i to, jak się czasem zachowuję gdzieś w telewizji czy podcastach i ludzie doceniają moje żarty albo poczucie humoru, to jest wydaje mi się w dużej mierze jego zasługa.
Wracając jeszcze na chwilę do Rahima i do Fokusa - miałem z nimi przyjemność niedawno rozmawiać i powiedzieli coś, co mnie zszokowało. Rozmawialiśmy o nowych materiałach, które tworzą i powiedzieli, że chcieliby nagrywać z młodymi raperami, ale nie mają do nich dostępu. Zaczęło mnie to zastanawiać, jak osoby o takim statusie na polskiej scenie, mogą nie być w stanie sięgnąć po młodszego rapera i zaprosić go na kawałek.
- Ja sobie tego nie wyobrażam, może oni po prostu jeszcze tego nie robili. Wydaje mi się, że są szanowani, wspominani, podkreślane jest przez tych młodych, że są młodsi niż ich klasyczna płyta, ale wiedzą, że to są kozaki. Ja nie jestem taką legendą, w życiu nie będę. Coś tam swojego zrobiłem, ale dalej spotykam się z tym, że ci młodzi wykonawcy, do których oni pewnie mówią, że nie mają dostępu, to spotykając mnie na głupiej stacji benzynowej, wiedzą kim jestem, zbijają piony i potrafimy sobie okazać szacunek i zamienić 2-3 słowa. To jest chyba normalne, jesteśmy ludźmi, którzy robią muzykę i fajnie, że gość, który teraz jest topem w Polsce, pamięta tego starego dziada z Katowic, że trochę jego muzyki posłuchał kiedyś i potrafi mu to normalnie szczerze powiedzieć. Wydaje mi się, że to oni zbudowali większość z tych typów i gdyby tylko głupią prywatną wiadomość na Instagramie napisali, to ich management w 100% by im przekazał, że panowie z Paktofoniki chcieliby się skontaktować, i to by się wydarzyło.
Tym bardziej, że ci młodsi lgną do kontaktu. To ja się na przykład wstydzę. Widziałem na stacji benzynowej Okiego i mówię "o kurde, Oki", a to on podchodzi i mówi cześć. Mówię "kurde siema, miło mi". Tak samo było z Soblem. To nie znaczy, że będziemy współpracować kiedykolwiek, bo ja po prostu nie widzę się w ich muzyce, chociaż strasznie momentami ją doceniam. Ale no coś zrobiliśmy, znamy się jako odbiorca - twórca. Nie ma prawa tak być, że ktoś się zasadzi i nie ma do niego dostępu. Dostępu to można nie mieć do Dawida Podsiadły.
Myślę, że Dawid Podsiadło chętnie by w twoim projekcie wziął udział.
- Ja się znam z Dawidem kupę lat, prawie wziął. Przecież nawet na moich koncertach akustycznych był i mamy takie nagranie live gdzieś schowane, gdzie Dawid Podsiadło śpiewa z nami "Wizje". Ja go strasznie szanuję, serdecznie pozdrawiam, bardzo lubię. Kiedyś może. On jest strasznie wyreżyserowanym gościem, jeśli chodzi o działania konkretne, tam jest napisane co, kiedy, gdzie, jak na parę lat do przodu. Ciężko się w to wbić, ale może się uda kiedyś.
Przejdźmy do tego końca z rapem, jak to w końcu jest?
- 40 lat. W październiku będę mieć. To suma różnych zmiennych, suma różnych sił. Po pierwsze przypomniało mi się, że parę razy zapowiadałem w życiu, że nie widzę się rapując na scenie po czterdziestce. Nie mówię, że to nie powinno występować. Niektórzy moi koledzy pokazali, że nie powinno i powinni sobie dać spokój. Niektórzy bardzo dobrze pokazują, że to nie jest kwestia uniwersalna, to jest kwestia człowieka. Więc ja jako człowiek zadecydowałem, że nie będę tego robić, nie będę już pisać rapowych albumów, nie będę już pisać rapowych numerów. Ja zawsze przez ostatnie, szczególnie 10 lat, byłem taką soczewką dla ludzi z zewnątrz tego, co się dzieje we mnie w środku.
Teraz, nawet grając koncerty ostatniego lata, łapałem się na tym, że wykonując numery, które mają już parę lat, muszę wracać do swego rodzaju emocji, które mi wtedy towarzyszyły, pisząc ten utwór, żeby na żywo był też autentyczny. Nie chodzi o to, żeby to wykonać. Chodzi o to, żeby to dać ludziom na żywo z tymi emocjami, które się miało w sobie, kiedy się to tworzyło. I to jest ciężkie - wracać do tych emocji. Ja nie chcę ich do końca życia przeżywać w kółko. Chciał zamknąć je w tych utworach i nie wracać już do nich na scenie, nie wracać już do nich w życiu. To są przeszłościowe tematy, które mam nadzieję, że nigdy nie wrócą. W moim życiu obecnie dzieją się zupełnie inne rzeczy.
Parę tematów zostało do poruszenia. Mam taki "bucket list" tego, o czym jeszcze muszę napisać, żeby się czuć spełnionym. Ale moja codzienność jest wspaniale przyjemna, wspaniale prosta, nieskomplikowana, bezpieczna, ciepła. To nie jest temat na rap. To nie jest temat na to, żeby o tym pisać. Chciałbym, żeby się w moim życiu już nic nie zmieniało i nie chcę o tym pisać, że jest fajnie i pięknie, bo takich rzeczy nie słucham i takich rzeczy nie chciałem pisać. Wolę poruszać jakieś problemy zero-jedynkowe. No i wymyśliłem, żeby to fajnie jakoś podsumować. Listę problemów do poruszenia mam, wiem, ile tam tych problemów jest. Wiem, ile numerów już zacząłem kiedyś pisać, i wymyśliłem, że przy okazji tego, że zbliża się ta czterdziestka, że mam masę pracy jako producent, kompozytor, dyrektor artystyczny - mam co robić i bardzo mi się w tej muzyce podoba - wymyśliłem, żeby jesienią się pożegnać.
Trochę w specyficzny sposób, bo chciałbym z tego zrobić 3 EP-ki i wydać je miesiąc po miesiącu. Trochę inaczej je promować, inaczej je wydać, potem zagrać jakąś krótką trasę koncertową, koncert pożegnalny w jakimś większym środowisku i tyle. To nie jest nic specjalnie smutnego ani nic specjalnie dołującego. Nagrałem w cholerę albumów, nawet nie potrafię ich zliczyć. Jeśli ludzie chcą mnie słuchać, to po to te albumy są. Sam ich słucham po to, żeby sobie przypomnieć, jak to było, albo mam swoje ulubione numery, do których lubię wracać. Po to to jest w streamingach, po to to jest na półkach. Ale ja nie muszę cały czas gonić za pieniędzmi, gonić za tym, żeby być gdzieś tam na wierzchu rozpoznawalnym jako raper solista. Nie chcę tego.
Moja córka zawsze była trochę smutna, kiedy rapowałem. Mówi: "Tata, te fajne kawałki są takie smutne, że się od razu muszę przytulić". Ja mówię: "No widzisz, może ja też się musiałem przytulić, dlatego są smutne". A teraz pyta: "Ale będziesz jeszcze czasem rapować?". Ja mówię: "Jasne, że czasem będę rapować, bo ja to lubię robić". Lubię to, lubię wypluwać z siebie rzeczy przed mikrofonem, ustawiać konkretnie głos, może czasem jakaś gościnna zwrotka, może czasem gościnnie gdzieś na koncercie. Chodzi mi o to, żeby ściągnąć z siebie brzemię rapera funkcjonującego. Ja po prostu zajechałem już do garażu i dzięki.
Chcesz zdradzić, co masz na tej "bucket liście"?
- Nie mogę, to będzie na płytach. Są rzeczy łatwe - ich tam nie ma, a są rzeczy trudne i bardzo trudne - i wszystkie tam są. Chciałbym trochę też przejść przez ten wachlarz muzyki, po którą sięgałem, będąc raperem. Żeby wszystko wyszło spod mojej ręki, ale żeby nawiązywało do niektórych etapów muzycznych, bo było tego sporo. Był taki bardzo southowy rap, był trueschool i boombapowe bity, były potem takie Timbalandowe bity i sięganie w stronę Jay-Z, potem znowu powrót do takiej nowej klasyki, jak funkcjonowała i była prowadzona przez Hi-Teka, a potem już było granie bardzo żywe, rozpływające się w elektronikę, w pop, w rock. Więc ta trzyczęściowa przygoda może być bardzo ciekawa nawet jeśli chodzi o muzykę, jeśli chodzi o brzmienie tego wszystkiego, niekoniecznie o teksty.
I co po tym?
- Mam co robić. Naprawdę chciałbym dalej robić "Pieśni Współczesne". Je robi się długo. To jest taki cykl trzyletni i w tym roku już nie zdążyłem się wziąć za następny tom przez to, że skupiliśmy się na Antologii i na pożegnaniu tych pierwszych dwóch. Mieliśmy masę pracy i cały czas dostaję jakieś wspaniałe zlecenia, nad którymi się mogę zastanowić. Przez to, że produkuję wielu młodych artystów, których sam zaprosiłem i chciałbym im tak pomóc na początku, żeby ich droga w sensowny sposób się zaczęła pod odpowiednimi skrzydłami i może żeby chcieli, żebym zawsze ich produkował, bo ja chcę to robić. Ja kocham produkować muzykę, nieważne czy tą wymyśloną przeze mnie, czy tą przyniesioną przez kogoś - to jest świetna praca. Bardzo to lubię.
Chcesz odłożyć swój głos, że tak powiem do szuflady, czy jednak zmierzysz się ze śpiewaniem?
- Kaśka Nosowska ostatnio w podcaście powiedziała mi, że koniecznie mam śpiewać, że moje teksty wypowiedziane przeze mnie są zupełnie inne, niż teksty moje wypowiedziane przez kogoś innego i ma zupełnie rację w tym wszystkim. Jak już kiedyś śmialiśmy się, że to takie coś mruczącego między Nickiem Cave'em a Leonardem Cohenem, ja to lubię. Ja bardzo lubię dziwną muzykę, czasem jej słucham i zostaje ze mną bardzo długo. Nie będę nigdy wybitnym wokalistą, ale mogę być jakimś takim emisariuszem głosowym. Zobaczymy, ale muszę zatęsknić za tym, żeby znowu być własną historią na froncie. Na razie potrafię robić muzykę w taki sposób, w który słychać, że to ja, i chciałbym to trochę jeszcze rozkręcić, żeby było to jeszcze bardziej słyszalne, bardziej konkretne, bardziej eklektyczne i bardziej dokładne.





![The Rumjacks: "Zakochaliśmy się w podejściu Polaków do muzyki" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ4WC9AM9HLM-C401.webp)



