Gnarls Barkley "Atlanta": Więcej niż "Crazy" [RECENZJA]
Pamiętacie singiel "Crazy"? Wiecie, że minęło już 20 lat od kiedy duet Gnarls Barkley, złożony z Cee-Lo Greena i Danger Mouse'a podbił z zaskoczenia listy przebojów na całym świecie? I wiecie, że właśnie wrócili po 18 lat od ostatniego albumu? I są w lepszej formie niż kiedykolwiek? Tym bardziej szkoda, że wielki powrót okazuje się jednocześnie pożegnaniem.

Prawdę mówiąc gdzieś wewnętrznie mnie boli, że Gnarls Barkley postrzegani są jako zespół jednego przeboju. Wielkiego, ale jednego. Po pierwsze, ich dyskografia to dwa naprawdę świetne alternatywno-soulowe krążki. Po drugie, wokalista zespołu, CeeLo Green, to postać niezwykle zasłużona dla rapu z południa Stanów Zjednoczonych, głównie jako członek Goodie Mob - najważniejszego zespołu rapowego z Atlanty tuż obok OutKast. Po trzecie, producent i kompozytor, Danger Mouse, to w zasadzie człowiek-instytucja: produkował "Demon Days" Gorillaz, albumy The Black Keys, krążki Michaela Kiwanuki, większość utworów na "Songs of Innocence" U2 (dobra, to nie jest najlepszy przykład, przyznaję), a swój ślad odcinął również na albumach Adele oraz Red Hot Chili Peppers. Był więc chłopak nieźle zajęty.
Jeżeli wychylaliście się poza singlową zawartość dwóch poprzednich krążków, "Atlanta" niespecjalnie was zaskoczy. Nowy album Gnarls Barkley to rollercoastowa przewózka po najbardziej wypełnionych groove'em czarnych brzmieniach wywodzących się ze Stanów Zjednoczonych. Duet nie zważa na to, czy w swoim wehikule czasu pędzą ku przyszłości czy przeszłości. Jeżeli mielibyśmy postawić na skrajności ustawione na tej linii czasowej, to są to dwie piosenki umieszczone tuż obok siebie.
Zacznijmy od pierwszej z nich. Naprawdę niesamowicie trudno nie docenić zawieszonego między deep soulem a muzyką gospel "Let Me Be", które autentycznie brzmi jakby wyciągnięto ten utwór z zapomnianego albumu z przełomu lat 60. i 70. Istnieje takie angielskie słowo "soulful", które mam wrażenie, że w polskich tłumaczeniach i tak nie oddaje w pełni oryginalnego znaczenia. Ten utwór właśnie nim jest - z jednej strony pełen emocji, z drugiej emocjonalny, wypełniony serduchem i miłością do muzyki. Co jest jeszcze ciekawsze, to piosenka wyjątkowo mocno osadzona na samplach z kawałka "Reflections of Charlie Brown" zespołu Rupert's People, który grał… baroque pop. To ciekawe, jak niewiele trzeba było w gruncie rzeczy uczynić, aby przeciągnąć kompozycyjny fundament na "czarną" stronę.
Mocno z "Let Me Be" kontrastuje "Cyberbully (Yayo)" nagrane z członkami Three 6 Mafia. To rzecz futurystyczno-funkowa, zawieszona w galaktycznych odmętach rzeczywistości niczym wyjęta z późniejszych albumów Outkastu. Jednocześnie raperzy wchodzą z południowym, tripletowym flow jakby wcale nie minęły 2 dekady od muzycznej dominacji autorów "Stay Fly".
Ale przyjemnych rzeczy mamy tu dużo więcej. Oparta na pianinie ballada w postaci "Sorry", w której CeeLo wchodzi w rejony, które wydawały się niegdyś dla niego nieosiągalne. "Boy Genius", które będzie smakowitym kąskiem dla wszystkich hip-hopowych nerdów pamiętających Quannum Projects i raperów pokroju Lyrics Borna czy ś.p. Gift of Gaba, do których CeeLo Green brzmi tu niesamowicie podobnie. "Line Dance" to genialna partia klangującego basu i funkowa przewózka, która brzmi jakby Gnarls Barkley ukradli utwór samemu Jamesowi Brownowi.
Brzmienie jest mięsiste, odpowiednio brudne, całość kipi groove'em jeszcze mocniej niż poprzednie dokonania duetu i to właśnie bogactwo warstwy muzycznej ciągnie te utwory.
CeeLo Green oczywiście chętnie popisuje się szerokimi umiejętnościami wokalnymi i potrafi imponować - nawet jeżeli czasami marzyłoby się, aby znacznie rzadziej wchodził w skrzeczącą manierę. Jawi się również jako osoba dużo wrażliwsza niż wskazywało na to wiele jego zachowań i wpisów w mediach społecznościowych. Może jest to główny powód, dlaczego pomimo faktu, że "Atlanta" jest krążkiem naprawdę świetnym, mówi się o tym albumie wyjątkowo mało.
Może niewielki hajp na nowe Gnarls Barkley wynika również z tego, że gdy wszyscy spodziewali się po nich podążenia za przebojowością "Crazy", oni konsekwentnie szli drogą, którą obrali wcześniej, po czym zniknęli na 18 lat i w zasadzie dalej robią swoje jeszcze lepiej niż wcześniej, nie chcąc korzystać z gry na sentymentach. To trzeba doceniać i dlatego szkoda, że zgodnie z deklaracjami duetu słyszymy ich ostatni raz.
Gnarls Barkley, "Atlanta", 10K Projects/Atlantic
8/10








