Maruja: Jeżeli uda się zmienić życie jednej osoby, to już było warto [WYWIAD]
Po koncercie Marujy na OFF Festivalu w 2024 roku pozostał duży niedosyt. Zespół wystąpił bez saksofonisty, Joe Carrolla, którego instrument stanowi immanentny element brzmienia autorów znakomitego, zeszłorocznego albumu "Pain to Power". Okazja do zrehabilitowania się nastąpi już niebawem - pod koniec marca, podczas gdańskiego Festiwalu Jazz Jantar. Kto jednak nie zdążył dotąd kupić biletu, obejdzie się smakiem. Wszystkie wyprzedano w ciągu czterech dni.

Jarosław Kowal, Interia Muzyka: Następny koncert w Polsce zagracie na festiwalu jazzowym. Jazz to pojęcie bardzo obszerne, obejmuje zarówno Duke'a Ellingtona, jak i Milesa Davisa z jednej strony, a z drugiej na przykład Alfę Mista czy Sons of Kemet. Maruja wpisuje się do tego ogromnego zakresu muzyki?
Joe Carroll: - Kiedy zaczynaliśmy szukać managementu, od niektórych osób słyszeliśmy, że musimy znaleźć swoją silną stronę i skupić się na jakimś konkretnym rodzaju festiwali. Inni przekonywali z kolei, że z naszą muzyką możemy zagrać właściwie wszędzie. Zgadzam się z tym drugim. Jednego dnia możemy zagrać na festiwalu jazzowym, drugiego na hardcore'owym i w żadnym przypadku nie będzie to dziwne albo nie na miejscu. Są nam bliskie tak różnorodne rodzaje muzyki, że czujemy się dobrze na każdej scenie.
Dla mnie jazz to do pewnego stopnia kategoria estetyczna, można z całym zdecydowaniem stwierdzić, że na przykład Mozart nie grał go, ale jazz to również wolność i odwaga do szukania czegoś nowego. Podejrzewam, że ludzie o tak otwartych głowach jak chociażby Ornette Coleman chętniej słuchaliby Marujy niż jednego z niezliczonych zespołów powielających ich pomysły.
- Jazz wywarł na nas wpływ właśnie jako koncepcja pozwalająca na całkowitą wolność. Ten pierwotny nie miał żadnych ograniczeń i to uważam za jego fundamentalną właściwość. Nawet kiedy gramy coś naprawdę hardcore'owego albo noise'owego, kieruje nami dokładnie ten sam sposób myślenia. Gramy te same synkopy i rytmy. Sposób, w jaki nazywana będzie nasza muzyka, nie ma jednak większego znaczenia. Kierujemy się intuicją, a nie próbami dostosowania się do jakichkolwiek ram.
Podejrzewam, że większość osób uznałaby, że tym, co przybliża Maruję do jazzu jest brzmienie twojego instrumentu, ale pod takim stwierdzeniem kryją się dwa stereotypy. Pierwszy, że saksofon równa się jazz, a przecież nawet Iggy Pop i The Stooges mieli w składzie saksofon. Drugi, że perkusja, gitara i bas to za mało, by grać jazz.
- To bardzo stare stereotypy, ale faktycznie do niedawna były powszechnie powtarzane. Dzisiaj saksofon można usłyszeć u wielu zespołów o bardzo odmiennych stylach. To zabawne, ale kiedy graliśmy pierwsze wspólne koncerty w Manchesterze, dla osób na co dzień zasłuchujących się w Oasis albo The Stone Roses, na mój widok natychmiast zaczynały padać pytania: "Co saksofon robi w zespole rockowym?" (śmiech). Teraz saksofon wraca i pojawia się w przeróżnych kontekstach. To instrument o bardzo bogatym brzmieniu, potrafi wtopić się w niemal każdy gatunek, ale jego tradycja jest ściśle związana z jazzem, co tworzy pewną barierę. Długo zespoły z innych kręgów muzycznych zatrzymywały się na niej.
Grałeś kiedyś w zespole, który według wszelkich definicji byłby zespołem jazzowym? Czy to swingowym, czy bebopowym, czy freejazzowym?
- Odrobinę. Grałem kiedyś w szkolnej orkiestrze, ale nienawidziłem tego. Dostawałem słabe oceny z czytania nut i grania dokładnie tak, jak mi pokazano. Kiedy z kolei mogłem improwizować, dostawałem najwyższe oceny. Tak było u mnie zawsze. Podczas przygotowań do matury z filozofii uświadomiłem sobie, jak wiele z tego wszystkiego to po prostu powtarzanie pomysłów innych osób. Nie o to w byciu człowiekiem, w moim odczuciu, chodzi. Zawsze bardziej interesowało mnie korzystanie z własnego umysłu i własnych możliwości do tworzenia czegoś odrębnego. Wejście w ten stricte jazzowy świat akurat dla mnie oznaczałoby narzucanie sobie dodatkowych ograniczeń. W Marujy ich nie ma. Możemy zagrać wszystko, co tylko zechcemy.
Wasze utwory mają konkretne struktury, ale wszystkie powstały z improwizacji. Kiedy już zostają nagrane, osiągają ostateczny kształt czy są fundamentem do dalszych improwizacji podczas koncertów?
- Podczas koncertów zawsze improwizujemy w oparciu o wcześniejsze pomysły. Niektóre utwory są do tego lepiej przystosowane, inne mniej, ale nigdy nie narzucamy sobie żadnych ograniczeń. Nikt nie mówi, że teraz będzie taka partia, więc musisz ją zagrać tak czy inaczej. Sposób, w jaki wchodzimy w interakcje ze sobą w trakcie koncertów, również bierze się z improwizacyjnego sposobu myślenia. Przy niektórych utworach, zwłaszcza tych, które gramy od dawna, mogłoby się wydawać, że nasze zachowanie na scenie jest niemal choreografowane, ale to wszystko także bierze się z improwizacji.
Czasami ktoś z nas może popełnić drobny błąd albo wydarzy się coś niespodziewanego, a w rezultacie nagle pojawia się świetny nowy pomysł. Na przykład utwór "Kakistocracy" ma bardzo otwarte zakończenie. Nagrany trwa prawie siedem minut, ale podczas występów potrafi przedłużyć się do dwunastu. Inny przykład to "Resisting Resistance" - któregoś dnia Matt (Buonaccorsi - basista) po prostu dłużej pociągnął progresję akordów, a my poszliśmy za nim przez następne cztery-pięć minut. Podobnie było z "Saoirse" - zagraliśmy całość, ale Matt nie kończył, dodał kolejny pomysł na basie, więc szybko dołączyliśmy. Nieustannie improwizujemy i cały czas wpadamy na nowe pomysły, kiedy jesteśmy na scenie.
Od większości jazzowych zespołów odróżnia was na pewno rodzaj wokalu i mocne, bezpośrednie przesłanie. Nierzadko pojawiają się głosy, że muzycy powinni się skupić po prostu na muzyce, a nie na polityce, ale dzisiaj to przecież polityka jest skupiona na każdym z nas. Kolektywnie podjęliście decyzję, żeby taką tematykę przyjąć czy po prostu nie da się od niej uciec?
- Teksty powstają u nas w bardzo naturalny sposób. W naszej filozofii i nastawieniu do życia, zarówno na scenie, jak i poza nią, chodzi wyłącznie o miłość. To ważny fundament. Jedni pozwalają, by ich życiem kierowała miłość, inny by robił to strach. Ja staram się podejmować decyzje bez strachu. Muzyka jest po prostu przedłużeniem nas samych, więc w oczywisty sposób takie podejście do życia przejawia się również w niej.
Na całym świecie dochodzi obecnie do okrucieństw, które tak głęboko nas poruszają, że byłoby coś sztucznego w stwierdzeniu: "Nie jesteśmy zespołem politycznym, więc nie będziemy o tym śpiewać". Nie ma nas w oderwaniu od świata, w którym żyjemy. Na przykład utwór "Zeitgeist" przesiąknięty jest niepokojem. Jest intensywny i utrzymany w szybkim tempie. Odzwierciedla życie we współczesnym Manchesterze. W dużym mieście w późnej fazie kapitalizmu, gdzie każdy dookoła odczuwa lęk. Patrzymy jednak nie tylko na własne podwórko, ale też na sytuację w Palestynie czy w Ukrainie i w wielu innych miejscach. Tego się po prostu nie da ignorować.
W tym rodzaju muzyki, który wykonujemy, nie jest to zresztą niczym nowym. Zawsze była zaangażowana. Da się jednak zauważyć, że nawet mainstream nie pozostaje obojętny. To ważne, by artyści korzystali ze swojej popularności i dawali moralny przykład, głośno mówiąc o problemach tego świata. Jako jedni z nielicznych dysponują równie donośnym głosem, co milionerzy kontrolujący większość platform medialnych. Mają wyjątkową możliwość przemawiania do ludzi i są przez nich słuchani, a w dodatku nie mają w tym żadnego ukrytego celu. Nie mają też akcjonariuszy, przed którymi odpowiadają i dla których muszą się naginać.
Innym często powracającym zarzutem jest brak siły sprawczej muzyki. Myślę, że bierze się to ze zbyt wygórowanych oczekiwań. Punki w latach 70. nie zakończyły monarchii, hip-hop nie położył kresu biedzie w zapomnianych przez władze nowojorskich dzielnicach w latach 80., ale opowiadanie o problemach klasy robotniczej bez wątpienia doprowadziło do zwrócenia na nie uwagi, poprawienia jakości życia i pomocy na szczeblu życia codziennego.
- Taka postawa jest najlepsza. Nie chodzi o to, żeby zmieniać cały świat. Jeżeli uda się zmienić życie jednej osoby, to już było warto. Widziałem ludzi płaczących na naszych koncertach. To najlepszy dowód na to, jak mocno ktoś może być poruszony przez muzykę. Tego rodzaju doświadczenia na długo zagnieżdżają się w świadomości i powracają w rozmowach z rówieśnikami albo z rodzicami. Kiedy tworzy się muzykę, nie da się przewidzieć, w jaki sposób dotknie słuchaczy.
Ważne jest dla nas, by dać głos tym, którzy na co dzień go nie mają. Takich grup jest wiele i są bardzo różnorodne. Chociażby Palestyńczycy albo z innej strony osoby żyjące w ubóstwie. Może to nic nie zmieni, ale może akurat komuś pomoże. Mamy ten przywilej, że podróżujemy po świecie, rozmawiamy z przeróżnymi ludźmi o ich codziennym życiu i możemy ich doświadczenia przekazać dalej. Przed nikim nie odpowiadamy, nikt nam nie narzuci i nie zabroni podejmowania żadnego z tematów. Z tego też powodu nikt nam nie zarzuci braku szczerości albo koniunkturalizmu. Jesteśmy w stu procentach szczerzy we wszystkim, co robimy.
Jest w waszej działalności jeszcze inne przesłanie, związane z miejscem, w którym dwadzieścia lat temu przez prawie rok mieszkałem - Irlandią. Pracowałem w fabryce, gdzie tylko jeden starszy mężczyzna znał irlandzki język i historię okolicy. Młodszych to nie interesowało, ale mam wrażenie, że teraz się to zmienia. Ludzie są znudzeni globalizacją i monokulturą, czego jesteście przykładem. Coraz więcej osób chce wiedzieć, skąd się wywodzą.
- Zdecydowanie tak jest. Irlandia przez bardzo długi czas była tłumiona i uciszana, dlatego jej kultura w dużym stopniu przetrwała za sprawą przekazów ustnych. Dzięki powtarzaniu mitycznych historii, które upowszechniały wiedzę na temat otoczenia czy moralności. Uznawano je za ważne, a to, co jest dla ludzi ważne, potrafi oprzeć się upływowi czasu. Podobnie było z muzyką irlandzką. Jakiś czas temu odkryłem zresztą, w jaki sposób granie na saksofonie wiąże się z moimi irlandzkimi korzeniami. W dużym uogólnieniu - muzyka była w Irlandii zakazana. Dlatego kiedy powstała sprzeciwiająca się angielskiej dominacji IRA, za logo przyjęła harfę. Muzyka pełniła symbol wolność. Wiele osób śpiewało w dodatku utwory powstałe dziesiątki lat przed ich narodzinami. Utwory, które przetrwały dzięki gwizdaniu ich przez kolejne pokolenia. Instrumenty były zakazane, można było przemycić co najwyżej blaszany gwizdek, więc tylko gwizdanie pozwalało ocalić je od zapomnienia. Ruch powietrza, podobny jak w grze na saksofonie.
Teraz, kiedy ludzie coraz bardziej oddalają się od siebie nawzajem i od ziemi, a ich umysły są nastawiane na konsumowanie, odczuwamy mniejszą radość z życia. W dobie mediów społecznościowych jest to bardziej niż oczywiste. Trwa to od lat, ale powoli coś się zmienia. Wraca świadomość tego, czym jest bycie człowiekiem. Ludzie są głodni czegoś autentycznego. Coraz mniejsza jest wśród nas w dodatku religijność, więc szukamy zaspokojenia duchowych potrzeb gdzie indziej. Ziemia, z której pochodzimy w każdej religii i w każdej filozofii jest niezwykle ważna. To nasz dom i to ona pozwala nam żyć. Ludzie znowu to sobie uświadamiają. Coraz częściej szukają odpowiedzi na temat własnej tożsamości właśnie w ziemi, z której pochodzą. Sądzę, że niezależnie od społecznej sytuacji rodzaju ludzkiego, to na zawsze pozostanie uniwersalną prawdą.










