Reklama

Małpa: Moje życie zmieniło się z dnia na dzień [WYWIAD]

Małpa /Sylwia Szpylik /materiały prasowe

Gdzie pracował jako nastolatek, czy ma plan B i dlaczego już nie uważa, że media społecznościowe to zło konieczne? Małpa puszcza nam nową płytę "Bóg nie gra w kości" i odpowiada.

Marcin Misztalski, Interia.pl: Jak wyglądało twoje życie w ostatnich latach?

Małpa: - Przed premierą albumu "Blur" miałem dość ciemny okres w swoim życiu, bo byłem w depresji i nie potrafiłem znaleźć w sobie siły do walki z nią. Na szczęście moje życie zmieniło się na lepsze. Teraz jestem szczęśliwym 37-latkiem. (śmiech) Długo na to czekałem i w końcu nadszedł ten moment. Żyję w zgodzie z samym sobą. Jest mi dobrze.

Czego dowiedziałeś się o sobie przez ten czas?

- Jestem typem, który dużo się zastanawia, analizuje i rozkminia świat czy samego siebie. Z jednej strony - cały czas dowiaduję się o sobie czegoś nowego, a z drugiej - jestem na tyle dojrzałym chłopem, że całkiem dobrze się już poznałem. Rzadko się jeszcze zaskakuję. Może takim zaskoczeniem był moment, kiedy okazało się, że potrafię patrzeć na świat przez różowe okulary. Dostrzegam pozytywy. Okazało się, że umiem w kryzysowych momentach znaleźć w sobie resztki siły i zawalczyć o swoje dobro i swoją przyszłość. Był taki moment, kiedy miałem wrażenie, że mi się to już nie uda. Postawiłem na sobie krzyżyk.

Reklama

Ciągłe rozkminianie i analizowanie bywa męczące?

- Nic dobrego nie ma w bezmyślnym podchodzeniu do ludzi i świata, ale ciągłe rozkminianie zdecydowanie bywa męczące. To nic dobrego. Wiem ze swojego doświadczenia, że zbyt intensywne poszukiwania odpowiedzi na pewne pytania i brak akceptacji dla sytuacji, kiedy tych odpowiedzi po prostu nie ma, bywa męczące i frustrujące. Między innymi to spowodowało, że znalazłem się w takiej trudnej sytuacji swojego życia. Próbowałem znaleźć odpowiedzi na fundamentalne pytania, które były bardzo trudne. Odpowiedzi nie przychodziły. Narastał we mnie ból, gniew, lęk i strach. Zdecydowanie nie polecam takiego ciągłego analizowania.

Masz wrażenie, że takie rozkładanie pewnych spraw na czynniki pierwsze, jest domeną artystów i ludzi zajmujących się rzeczami kreatywnymi? Oni często są nadwrażliwi i inaczej odbierają rzeczywistość.

- Dużo jest w tym prawdy, ale nie uważam, że to tylko domena artystów. Widzę to po swoich znajomych, którzy są z innych branż. Teraz nie nazywa się tego nadwrażliwością, bo nadwrażliwość sugeruje, że to stan ponad jakąś normę, a tak naprawdę nie ma w tej materii normy. Obecna psychologia określa taką osobowość mianem wysoko wrażliwej. Ja preferuję to określenie. Wysoka wrażliwość i duży poziom empatii pomaga w tworzeniu, ale przeszkadza w życiu. Wspomniane cechy oczywiście pomagają w dostrzeganiu czegoś więcej niż tylko powierzchowności, ale i bywają męczące. Ludzie, którzy otrzymali dar i szansę tworzenia, często płacą za to wysoką cenę. W pewnym momencie człowiek nie potrafi powiedzieć sobie stop.

Nową płytę pisałeś już ze spokojną głową?

- Pewne jest jedno: najgorsze miałem za sobą. Pisanie płyty to u mnie proces. I rzeczywiście, kiedy zacząłem ją pisać, zaczęło się u mnie dziać lepiej, ale oczywiście nie od razu było super. Może gdybym ułożył tracklistę w chronologiczny sposób i pokazał, które numery powstały w pierwszej kolejności, to słuchaczom łatwiej byłoby to dostrzec. Wtedy byłoby widać postępy mojej kondycji psychicznej.

Na płycie wspominasz, że pochodzisz z rodziny robotniczej. Pamiętasz w jaki sposób zarobiłeś swoje pierwsze pieniądze?

- Swojej pierwszej pracy nie pamiętam. Nim zacząłem się profesjonalnie zajmować muzyką, robiłem w życiu różne rzeczy. Z racji tego, jak wyglądała sytuacja w moim domu, szybko podjąłem pracę, bo chciałem mieć pieniądze na swoje potrzeby. Pomagałem np. tacie w remontach. W pamięci utkwiły mi wakacje, kiedy miałem 15 lat, może 16. Wtedy przez dwa miesiące kładłem z tatą płyty kartonowogipsowe. Za kasę, którą wtedy zarobiłem, kupiłem sobie chyba nagrywarkę do płyt CD. Praca fizyczna uczy pokory i szacunku do pieniądza. Zupełnie inaczej smakuje 2000 złotych zarobione przez godzinę na koncercie, a inaczej 2000 złotych, na które pracujesz, kładąc kostkę brukową przez cały lipiec. Mam wrażenie, że ludzie, którzy nie pracują fizycznie, nadużywają takiego określenia jak "ciężka praca". 

Oczywiście nie neguję prac biurowych czy innych, bo często są to odpowiedzialne zajęcia. Wbrew temu, co może się wydawać ludziom, uważam, że zawód rapera także jest odpowiedzialną robotą. Mam świadomość, że słuchają mnie tysiące ludzi, na których mam w pewien sposób wpływ. Czuję się poniekąd za nich odpowiedzialny. Trochę się przed tym bronię, ale z tyłu głowy mam myśl, że muszę ważyć słowa - bo niektóre zdania różnie na odbiorców mogą zadziałać. Ten zawód jest odpowiedzialny, czasem trudny, ale nie powiem ci, że to ciężka praca. Ciężką pracę mają górnicy, budowlańcy, czy osoby zatrudnione na kuchni. Oni wracają po kilkunastu godzinach pracy do domu i czasami nie mają siły podnieść łyżki. Dzięki moim doświadczeniom jestem w stanie jeszcze bardziej docenić szczęście, jakie spotkało mnie w życiu.

O jakim szczęściu mówisz?

- Jestem konsekwentny, mam trochę talentu, ale miałem też w życiu mnóstwo szczęścia, którego inni nie mieli. Moim szczęściem jest to, że zupełnie przypadkowo poznałem ludzi, którzy pokazali mi rap i zaprosili na pierwszy koncert. Moja pierwsza płyta ukazała się w takim momencie, w którym było zapotrzebowanie na tego typu muzykę. Gdybym był o 10 lat młodszy i zrobił taki sam album jak "Kilka numerów o czymś", to w 2020 roku przeszedłby bez echa. Nastąpiło wiele zbiegów okoliczności, dlatego to wszystko wygląda dziś tak, a nie inaczej.

Twoja kariera wyglądałaby inaczej, gdybyś mieszkał w Warszawie?

- Zdecydowanie. Zacząłem to dostrzegać dopiero w ostatnim czasie, bo bardzo długo zwalczałem w sobie tę myśl. Na siłę wkręcałem sobie, że to, iż mieszkam w Toruniu, nie ma żadnego znaczenia. Mówiłem sobie, że przecież wszyscy mają Internet i mamy na tej scenie równe szanse. Dziś wiem, że to nieprawda. Mieszkanie w wielkim mieście, zwłaszcza w Warszawie, jest przywilejem. Masz wtedy szanse budowania relacji z ludźmi, którzy mogą ci pomóc w tej - jak to nazwałeś - karierze. Mówiąc zupełnie bez ogródek - ja w Toruniu nie pójdę sobie na wódkę z dziennikarzami, którzy prowadzą popularną audycję w popularnym radiu. Nie mogę z nimi imprezować do 4 nad ranem, a później dostać od nich zaproszenia do audycji. Takie możliwości stwarza Warszawa. 

Oczywiście nie wszyscy z tych opcji korzystają. Nie bez powodu ludzie, którzy chcą osiągać sukcesy, przeprowadzają się do stolicy. Nie mam oczywiście na myśli tylko picia wódki z kolegami raperami, bo zdarzają się sytuacje, że ktoś mieszka z kimś na jednym osiedlu i z odruchu serca chce pomóc koledze. To normalne. Przytoczę ci pewną anegdotkę. Mój dobry kolega przeprowadził się niedawno do Warszawy, rozpoczął tam pracę w branży rapowej. Gdy poprosił swoich współpracowników o wymienienie raperów, którzy odnoszą w Polsce największe sukcesy, to padły tylko ksywy ze stolicy. Mam świadomość ich krótkowzroczności. Niektórym jest nawet trudno dostrzec Palucha. Oczywiście, że scena warszawska jest największa, ale nie jest jedyna.

W takim razie, jakie plusy niosło za sobą mieszkanie w Toruniu.

- Cieszę się, że nie trzeba było pić tej wódki przy barze. (śmiech) Mieszkanie w Toruniu pozwoliło mi uniknąć kilku niezręcznych sytuacji. Jestem gościem, który nie potrafi udawać, że kogoś lubi, ale nie mam też specjalnej potrzeby pokazywania, że kogoś nie lubię. Staram się zachowywać neutralność, a ona bywa niezręczna. Czasami trzeba dać komuś do zrozumienia, że nie chce się mieć z nim kontaktu. Łatwiej mi to zrobić z perspektywy Torunia. Z socjologicznego punktu widzenia mieszkanie w takim mieście jak Toruń daje szerszy horyzont. Zwłaszcza kiedy masz okazję jeździć po Polsce i obserwować ją taką, jaka faktycznie jest. Polska jest trochę ze szkła, ale też pełna brudu i dziur. Myślę, że mieszkając w centrum Warszawy, pewnych rzeczy można nie zauważyć.

Nie trzeba wnikliwie słuchać twojej płyty, by dojść do wniosku, że jesteś zmęczony branżą hiphopową. Rozumiem to, ale z drugiej strony mówi mi to co drugi raper. O co chodzi?

- Branżę trzeba odzierać z pewnych mitycznych szat, które z naturalnych powodów zostały jej ubrane. Słuchacze w mocny sposób ją idealizują. To takie samo środowisko jak inne. Są w niej ludzie, których lubię, ale za zdecydowaną większością nie przepadam. Bardzo przeszkadza i męczy mnie zakłamanie, dwulicowość i hipokryzja, które są tu wszechobecne. Umówmy się - w każdej branży wygląda to podobnie. Nie jest to nic wyjątkowego. Tu też są idealiści czy ludzie, którzy za wszelką cenę chcą odnieść sukces. Są też tacy, którzy nie chcą się prostytuować.

Ty miałeś dużo propozycji muzycznego prostytuowania się?

Miałem kilka takich propozycji na początku swojej drogi. Mam świadomość, że jestem teraz w czwartej rapowej lidze w tym kraju. Kiedy byłem w pierwszej lidze, to te propozycje się pojawiały. Z pewnych opcji korzystałem, ale też szybko uświadomiłem sobie, że nie tędy droga. Ludzie, którzy potencjalnie takie propozycje mogliby mi składać, chyba wyczuli, że nie będę nimi zainteresowany. Dlatego też przestały się pojawiać. Nie tęsknię za nimi.

Byłeś więźniem opinii słuchaczy?

- Myślę, że jestem nim cały czas. Trudno znaleźć na scenie rapera, który jest nim bardziej niż ja. Staram się w tej klatce nie siedzieć i za wszelką cenę z niej wydostać. Wkładam dużo serca w to, by moje albumy były inne. Zależy mi, by tym więźniem nie być, ale zdaję sobie sprawę, że większość moich słuchaczy, najchętniej przykułaby mnie łańcuchem do winyla.

Można powiedzieć, że traktujesz media społecznościowe jako zło konieczne?

- Przez długi czas miałem awersję do sociali. Pewnie dużo przez to straciłem. Nie czułem specjalnej potrzeby dzielenia się swoim życiem codziennym. Dzisiaj trochę się zmieniło, ale media społecznościowe traktuję tylko jako narzędzie do swojej pracy. Promuję swoją muzykę, nie twarz. Nie zostanę influencerem, który będzie promował pastę do zębów, kiedy moje płyty przestaną się sprzedawać.

Uważaj. Było już kilku raperów, którzy tak mówili. (śmiech)

- Życie nas weryfikuje. Każdy z nas musi płacić rachunki. Nie chcę oceniać innych. Jednak moja droga muzyczna jest dowodem na to, że żyję w zgodzie z własnymi przekonaniami. Te przekonania mogą się oczywiście zmienić. W tej chwili wykorzystuję swoje profile tylko do informowania ludzi o pracy.

Był już moment, kiedy poczułeś, że dzięki muzyce możesz mieć spokojną głowę i nie martwić się o pieniądze?

- Nie. Położyłem w życiu kilka płyt gipsowych na ścianie, sprzedałem trochę ciuchów w Reserved, ale moje doświadczenie zawodowe jest praktycznie zerowe. Gdyby moja przygoda z muzyką skończyła się z dnia na dzień, to mogłoby być różnie. Nie zarobiłem tyle, że mogę się nie martwić o pieniądze do końca życia. Dzięki robieniu i wydawaniu muzyki jestem w stanie żyć komfortowo i jestem spokojny o jutro czy o za rok, ale na pewno nie mogę ci teraz powiedzieć, że mam w tej kwestii spokojną głowę.

Nie masz planu B?

- Nie mam, ale nie wydaje mi się, by było to coś dziwnego. Nigdy nie chciałem go mieć. Wiesz, posiadać taki plan to jedno, ale trzeba mieć jeszcze środki i możliwości, by go zrealizować. Gdybym miał skuteczny plan B, to musiałbym od wielu lat równolegle rozwijać swoje inne umiejętności. Uważam, że w momencie, kiedy zastanawiasz się nad wyjściem awaryjnym, skazujesz się na porażkę.

Tak, ale z drugiej strony można to nazwać zdroworozsądkowym podejściem do życia.

- Nie jestem lekkoduchem, który bezrefleksyjnie podchodzi do życia. Mam plany i zacząłem czynić pewne kroki, by pewnego dnia nie obudzić się z ręką w nocniku. Jednak nie jestem obecnie w sytuacji, w której byłbym w stanie z dnia na dzień przeprogramować swoje życie i robić coś innego. Zarobki w rapie są na tyle dobre, że jestem się w stanie stopniowo zabezpieczać finansowo na przyszłość.

Zapytam metaforycznie, nawiązując do jednego z twoich singli. Kiedy było cię dzięki muzyce stać na "drogi dres"?

- Myślę, że dzień po premierze mojej pierwszej płyty.

A kiedy ten "drogi dres" przestał ci imponować?

- W tym momencie, kiedy było mnie na niego stać. To był moment zwrotny. Pragnąłem go po to, by stać się równy innym. W sytuacji, kiedy mogłem go kupić, zdałem sobie sprawę, że to nie on stanowi o człowieczeństwie. Ten "drogi dres" był taką metaforą strachu o przyszłość. Zaznałem spokoju w momencie, kiedy mogłem go sobie kupić. Poczułem się bezpieczny.

I zaakceptowałeś siebie?

- Nie, nie. Ten moment jeszcze nie nadszedł. A może jestem w trakcie tego momentu? Ten stan nie ma związku z pieniędzmi. Mam wrażenie, że moje problemy osobiste zaczęły się właśnie nasilać w momencie, kiedy zacząłem się profesjonalnie zajmować muzyką. Nie byłem chyba na to wszystko gotowy. Byłem gościem przyzwyczajonym do zupełnie innych realiów. Moje życie zmieniło się z dnia na dzień. Nie wiedziałem, jak mam się w tym wszystkim zachować. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama