Reklama

Muniek Staszczyk: Jako ludzie dostajemy maksymalny nokaut [WYWIAD]

Zespół T.Love wydał nowy album /Jacek Poremba /materiały prasowe

22 kwietnia to data premiery nowego albumu T.Love "Hau! Hau!". Czy to kolejny kandydat do miana "kultowej płyty"? O albumie, sytuacji w Polsce, rozpadzie i scaleniu zespołu opowiedział lider grupy, Muniek Staszczyk.

Oliwia Kopcik, Interia.pl: Pewnie masz już dosyć tego pytania, ale jak ze zdrowiem? Wszystko w porządku?

Muniek Staszczyk: - Zajebiście jest. Czuję się bardzo dobrze, tylko dużo się dzieje w tej chwili, bo zaczyna się już okres promo. Ale wiedziałem, że tak będzie, więc spoko.

Na początku trudno nie odnieść się do wydarzeń, które rozgrywają się za naszą wschodnią granicą. Wasza płyta wychodzi w czasach, kiedy trwa wojna, nadal na całym świecie panuje pandemia. Jedni mówią, że muzyka jest w takim czasie czymś "ku pokrzepieniu serc", drudzy z kolei, że nie mogą się bawić, kiedy umierają ludzie. Kto ma rację?

Reklama

- Czas jest straszny. Żyję na tym świecie już trochę i takiego momentu jeszcze nie było. My jako ludzie dostajemy maksymalny nokaut. Najpierw zaraza, teraz wojna. Ale nie mamy na to wpływu. Sam nie wiem, bardzo mnie to ciekawi. Nie możemy i nie będziemy zmieniać daty premiery, bo życie w takich sytuacjach musi gdzieś szczelinami wychodzić, mimo najgorszych sytuacji. Sytuacja jest ekstremalna, ale ludzie chcą żyć. Idzie wiosna, ludzie chcą też normalnie w jakiś sposób się cieszyć.

Nie grałem koncertów z T.Love pięć lat, ale wracamy na własną czterdziestkę i z nowym albumem, to jest dla mnie najważniejsze. Ale sytuacja jest, jaka jest, nie wiem, jak będzie na koncertach. T.Love był zawsze takim zespołem, który, mówiąc banalnie, dawał ludziom taką pigułę, pocisk miłości. Pozytywne wibracje. To wyświechtane słowa, ale ludzie z naszych koncertów wychodzili zawsze uśmiechnięci. To też nie znaczy, że dajemy ludziom głupią rozrywkę. Nie czuję się częścią rozrywki ani estrady. Przez te 40 lat właściwie graliśmy już wszędzie - w więzieniach, kościołach, na różnych tak zwanych eventach dla studentów, dla publiczności alternatywnej, na festiwalach tych wypasionych i tych undergroundowych, więc myślałem, że nic mnie nie zaskoczy, ale nie było ani wojny, ani zarazy.

Co będę mówił, każdy widzi, jak jest, natomiast to wszystko wyjdzie w praniu. Na początku maja zaczynamy koncerty i sam jestem bardzo ciekawy. To sytuacja bardzo perwersyjna, bo z jednej strony jestem bardzo podjarany naszą płytą, że wychodzi w starym składzie po pięciu latach milczenia, jestem zadowolony, pracowaliśmy nad nią dwa lata podczas zarazy i... teraz, kiedy ją w końcu urodzimy, to przyszedł Putin. Jest prze***ane po prostu. Ale chcemy to zrobić jak najlepiej, mamy nadzieję, że ludzie przyjdą na koncert, na te dwie godziny innej rzeczywistości.

Nawiązując jeszcze do pandemii - głośno było o sprawie, gdy Neil Young, którego jesteś fanem, domagał się od Spotify usunięcia podcastu z treściami antyszczepionkowymi, a ostatecznie to jego muzyka zniknęła z platformy. Myślisz, że to gwiazdorski popis czy faktycznie takie formy sprzeciwu mają sens?

- Mnie to w ogóle nie obchodzi. To tylko zamęt - szczepionkowcy, antyszczepionkowcy... To zamęt w mediach, żebyśmy czuli się zakłopotani, znerwicowani. Ja jestem zaszczepiony i tyle. W ogóle w tej dyskusji nie uczestniczę. Mam to w dupie, za przeproszeniem.

No dobra, skoro polityczno-społeczny komentarz za nami, to przejdźmy do płyty. Ale właśnie... w opisie możemy przeczytać, że to najbardziej wyszczekany album grupy, słychać to też w tekstach, jak choćby w wersie o wyłączeniu TVP. Skoro czasy są trudne, to i manifesty muszą być ostrzejsze, czy razem z wiekiem przyszła większa odwaga?

- T.Love zawsze grał piosenki, które były osadzone tu i teraz. Nagraliśmy 16 albumów, piosenki T.Love to jakby mój pamiętnik, bo jestem odpowiedzialny za stronę literacką. W skali makro nie jest istotne, którą telewizję oglądasz albo z jaką partią się identyfikujesz. To są bzdury, kompletnie mnie to nie interesuje, tak jak szczepionki. Ta piosenka z wersem o TVP, to po prostu piosenka o mediach, o tym, co robią media z nas. I nie ma znaczenia, czy TVP, czy TV Zen, czy TVX. Może poza Sport i Animal Planet, one są okej [śmiech].

10 piosenek znajduje się na płycie, każda jest jakąś pocztówką ze współczesności. Zawsze mówiłem w sposób prosty, ale nie prostacki, to jest różnica. Zawsze mówiłem o tym, co widzę za oknem.

Zawsze też ciekawi mnie kwestia tekstów, kiedy rozmawiam z wokalistami. Jedni wolą śpiewać czyjeś teksty, bo nie czują się na siłach pisać własnych, inni piszą zmuszeni na zasadzie "będziesz to śpiewał, to sobie napisz", a inni po prostu chcą wyrazić siebie. Ty piszesz teksty sam, a byłbyś w stanie śpiewać coś napisanego przez kogoś innego? Czy to byłoby sztuczne?

- Śpiewamy wiele coverów i zagranicznych, i polskich. Mnóstwo tego było, nawet nie jestem w stanie wymienić. Marek Grechuta, Brygada Kryzys, Bruce Springsteen, Bob Dylan, Rolling Stones, Bob Marley, Lou Reed... [śmiech]. Nie mam z tym problemów. Covery przypominają o tym, co cię inspiruje.

A tak to... Mój kumpel, Krzysiek Grabowski "Grabaż" z Pidżamy Porno napisał tekst do polskiej wersji piosenki "Gloria" [utwór autorstwa Van Morrisona - przyp. red.], którą nagrałem na płytę "Prymityw". To jest chyba jedyny przykład, bo oprócz tego, to zawsze śpiewałem swoje teksty. Nigdy nie czułem się jakimś specjalnym wokalistą, tylko przekaźnikiem emocji. I tak jest do dziś. Nie potrzebuję, żeby mi ktoś pisał teksty, bo jak robię płytę, to robię ją w swoim imieniu i jestem za nią odpowiedzialny. Teraz z Sokołem nagrałem kawałek "Tutto bene" na nowy album i to, co śpiewa, to Wojtek napisał - to jest oczywiste, bo ja nie jestem raperem. Ale takich przykładów jest bardzo niewiele.

Właśnie... nie mogę też nie spytać o gości. O Kasi Sienkiewicz mówiłeś, że "wiedzieliście, że w ‘Pochodni’ ma zaśpiewać jakaś fajna dziewczyna", a jej poczynania z Kwiatem Jabłoni wam się spodobały. Ale... skąd na tej płycie Sokół?

- Sokół to jest mój kumpel, znamy się z 10 lat. W różnych byliśmy ze sobą sytuacjach w życiu, sporo melanży, sporo rozmów, w ogóle fajny kolo jest. I świetny artysta. Występował z nami jako gość ze dwa razy... Jestem absolutnie pod wrażeniem jego miejskiej poezji i to była dla mnie naturalna sprawa.

Muzycznie "Hau! Hau!" miejscami przypomina klimat lat 80. Nie baliście się, że ludzie powiedzą "a, ktoś tu zapomniał, że świat się zmienia"? Chociaż z drugiej strony pewnie przy odejściu od waszego stylu, pojawiłyby się głosy, że "to już nie stary T.Love"...

- Zależało nam na tym, żeby album "Hau! Hau!" był takim pomostem między naszym korzeniem, tym z czego wyszliśmy, co nas kręci, jaka muza nas wychowywała, a tym, co jest dzisiaj. To nie było takie łatwe, ale chcieliśmy połączyć brzmienie współczesne z naszą bazą. Chodziło nam o to, żeby nagrać nowy album, który jest faktycznie nowym albumem i pokazuje zespół anno Domini 2022.

Nie ma nic mocniejszego w muzyce rock’n’rollowej niż taki kwintet - wokalista na środku, po dwóch stronach gitarzyści, z tyłu bębniarz i basista. Wiem, że gitara nie jest najmodniejszym instrumentem teraz, ale co my mamy grać? Nie będziemy się wygłupiać, bo to by był dopiero obciach. Jest dużo nowych artystów i musi być jakaś zmiana, ale ja nie wiem nawet, jakie są te nowe brzmienia. W "Pochodni" na przykład faktycznie słychać te "ejtisy", ale... no ja w latach 80. byłem już absolutnie dojrzałym chłopakiem [śmiech].

W tym roku obchodzicie też 30-tkę "Kinga". "Hau! Hau!" ma szansę powtórzyć sukces tamtego albumu i zostać kolejną kultową płytą T.Love?

- Nie wiem, bo teraz mamy zupełnie inne czasy... Nawet przez te pięć lat , jak T.Love się zawiesił w 2017 roku, zmieniło się wszystko. Już pomijam zarazę i wojnę, ale nośniki się zmieniły, sposób kupowania muzyki, konsumowania jej, kolejny system gwiazd i nowych wykonawców. Ale tak się musi dziać, "show must go on", jak śpiewał Freddie.

Też nie wiem, kogo my dzisiaj zainteresujemy [śmiech]. Bardzo mnie to ciekawi, jaka to będzie grupa wiekowa, bo naprawdę bardzo różni ludzie nas słuchają. Jak przyjdą młodzi, to będę mega zaskoczony na plus, bo młodzi mają zupełnie inne zabawki. Czy będzie kultowy... "King" został wydany w 1992 roku, to zupełnie inny czas. Płyty się wtedy sprzedawały po prostu jak ciepłe bułki, nakłady były duże, oprócz tego było piractwo straszne. A czy "Hau! Hau!" się stanie kultowe, to ludzie ocenią. Nie wypuszczamy przecież albumu dla siebie.

Nie wiem też, czy dzisiaj ludzi w ogóle interesują płyty, że się słucha całego albumu, tak jak to miała moja generacja. Nie chce gadać jak tak zwany boomer, że kiedyś było fajnie, a teraz nie. Po prostu teraz jest inaczej. Może bardziej singel niż album... Mój kumpel ma syna około 20-letniego i zapytał go kiedyś, czego słucha, a on odpowiedział: "Tego co leci", więc nie wiem, nie chcę oceniać [śmiech]. My czytaliśmy płyty jak książki, jak pewnego rodzaju Biblię. Niektóre płyty kształtowały nas, pokazywały nam życie. Czy dzisiaj płyta CD może komuś zmienić życie? Absolutnie w to wątpię. Ale jeśli stanie się kultowym albumem, to będę mega zaskoczony.

No i na tę "kultowość" trzeba sobie zasłużyć, to się nie staje tak pif-paf. Dzisiaj bardzo szybko możesz stać się kimś i nawet nie musisz napisać jednej książki, tylko, nie wiem, przybić sobie penisa do drzewa i pokazać to na Youtube. I już masz bardzo duże zasięgi. Głupi przykład, ale śmieszy mnie to.

Bardzo szybko można się stać kimś, ale też bardzo szybko zniknąć...

- No właśnie. Ja jestem długo w tej robocie, więc mam zupełnie inne podejście. No ale musi się zmieniać. Nie krytykuję, tylko obserwuję. Żyjemy w bardzo ciekawych czasach, jest tak wręcz apokaliptycznie. Wszyscy się cieszyli, że będzie piękna wiosna, a tu świrnięty KGB-ista, morderca - jak zwał tak zwał -  robi swoje poligony tak blisko nas. U mnie było niedawno siedem osób z Ukrainy, troje dzieci i cztery kobiety, więc mam tę wojnę namacalnie. I to jest taki absurd - wychodzi moja płyta, a tu jest taka sytuacja, ludzie muszą uciekać. To takie połączenie śmierci z życiem.

Chciałbym coś pozytywnego powiedzieć... Może, że na naszych koncertach będzie piguła pozytywu? My tak zawsze w kontrze. Jak jest straszny syf, to trzeba dawać ludziom dobrą energię, a jak jest głupkowato i tylko rozrywkowo, to trzeba pier***nąć z grzywy. Zawsze T.Love działał na zasadzie kontrastu. Smutna muza - podnoszące teksty, lekka muza - tekst cięższy. To fajnie działa.

W 2017 roku mówiłeś, że "trzeba zdystansować się od tego zjawiska, które nazywa się T.Love". I taka przerwa pomogła? Gdybyście wtedy nie zawiesili zespołu, to zmęczenie mogłoby doprowadzić do całkowitego rozpadu?

- Mieliśmy już tak zwany syndrom łodzi podwodnej. Tyle lat ze sobą w trasach, w busie, w hotelu... Jesteśmy dorosłymi facetami, każdy zna wady i zalety. Różne między nami były opcje - i biesiad, i konsumpcji, i odwyków. No nie byliśmy zespołem ministrantów [śmiech]. Ale też nie byliśmy jakimiś destruktorami, bo oprócz tego, że zespół był dosyć imprezowy, to pracowaliśmy ciężko. Jak ktoś chce więcej poczytać, to polecam biografię "King!", to taka długa rozmowa z Rafałem Księżykiem, świetnym dziennikarzem. Tam wszystko jest opisane w pigułce.

Ale wracając, wszyscy już nie mogli trochę na siebie patrzeć. To była dobrze prosperująca firma, więc wiele zespołów by mówiło, że fajnie, bo koncertów mnóstwo, pieniądze się zarabia, ale było ogromne zmęczenie. Są takie biografie potężnych zespołów, że tam każdy przyjeżdża na koncert osobną limuzyną... u nas na szczęście takiego syndromu nie było. Może dlatego, że nie jesteśmy w Stanach, tylko w naszej siermiężnej Polsce [śmiech]. Ale byłem zmęczony, więc musiałem to zrobić dla własnego resetu. To była trudna sprawa, bo to tak jak rozstanie z kobietą, z którą się jest bardzo długo w związku. Każdy z nas T.Love traktował bardzo uczuciowo, choć była to miłość i nienawiść. I dobrze, że to zrobiłem, bo potem były przygody ze zdrowiem, zdążyłem wydać płytę solową "Syn Miasta", gdzie była piosenka "Pola", która dała mi, jako solowemu artyście, bardzo duży zasięg. Nie lubię tego słowa [śmiech]. 

Byłem na granicy życia i śmierci, więc potem jak się okazało, że będę żył, dzięki Bogu i lekarzom, to nie marnowałem tego czasu, tylko przystąpiłem do pracy. Potem jak zaraza walnęła, to jeszcze bardziej przystąpiłem do pracy, bo nie ma nic lepszego na depresję niż praca. I bardzo się cieszę, że nabrałem dystansu do T.Love, jestem teraz kompletnie wyluzowany.

W "Pochodni" śpiewasz, że "widziałeś na żywo białego niedźwiedzia, Dylana i Stonsów", a co fani zobaczą na koncertach na 40-lecie?

- Bez większej filozofii. Jeszcze nie ułożyłem setlisty, ale na szczęście mamy z czego wybierać. Będziemy się obracać w kręgu 20-paru piosenek. W takiej sytuacji, jak band ma swoją historię, to trzeba zagrać tak zwane "best of" i promować też nowy album. Trzeba znaleźć kompromis między najważniejszymi kawałkami i dodać do tego kilka kawałków z nowej płyty. I taki właśnie jest plan. Jak ktoś się wybiera, to dostanie uczciwy koncert, trwający około dwóch godzin. Z nowego albumu zagramy na pewno "Pochodnię", "Ponurą żniwiarkę", "Ja Ciebie kocham"... Pięć-sześć nowych piosenek i 15 starych. Taka piguła T.Love.

Gdybyś wiedział, że słucha cię cały świat, co byś powiedział?

- I love you. 

PS Grupa będzie świętowała jubileusz 30-lecia płyty "King" m.in. podczas specjalnego wydarzenia w ramach Polsat SuperHit Festiwal. Jednym z gości specjalnych imprezy T.Love będzie Kasia Sienkiewicz.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL