Reklama

Atutowy: Mam problem, by znaleźć czas na odpoczynek

Atutowy: Można powiedzieć, że podążam dobrą drogą /materiały prasowe /materiały prasowe

Oderwaliśmy Atutowego od produkowania nowej muzyki, by porozmawiać z nim o studyjnej pracy z raperami i o tym, dlaczego wykładowcy w szkole muzycznej patrzyli na niego z przymrużeniem oka.

Marcin Misztalski, Interia: Od jakiegoś czasu mówi się o tobie jako o jednym z najbardziej utalentowanych i pracowitych producentów w polskim hip-hopie. Takie opinie przeszkadzają czy pomagają w tworzeniu?

- Jeśli tak mówią, to mi miło. (śmiech) To prawda, że pracuję bardzo dużo. Dlatego też nie skupiam się na tym, czy pochwały mi pomagają w procesie twórczym. Nie zamierzam spoczywać na laurach. Chcę wchodzić na coraz wyższy poziom w muzyce. Myślę, że takie opinie pomagają, bo wchodząc do studia, pracuję z artystami jak równy z równym. Myślę, że to jest najfajniejsze. Wykonawca, z którym działam może i chce mi zaufać w pewnych kwestiach dotyczących kawałka. Oczywiście, jeżeli mamy różne zdania, to zawsze znajdujemy złoty środek, który zadowala wszystkich. To nie jest oczywiście tak, że każdy pomysł, na jaki wpadnę, zostaje wykorzystywany. Nie upieram się przy swoim. Szukam nowych rozwiązań, które czasem mogą się sprawdzić. Na szczęście jestem też bardzo krytyczny wobec siebie.

Reklama

Ale jakbyś mógł jednak odsunąć na bok skromność.

- Nie wiem, czy jestem skromny. Chyba nie mi to oceniać. Staram się być w stu procentach sobą. Lubię cieszyć się z sukcesów, ale tak naprawdę kto tego nie lubi? Myślę, że u mnie wszystko idzie w parze z ciężką pracą, bo ja od zawsze sporo robiłem. Oglądałem kiedyś serial "Krótka historia popu". Jeden z odcinków poświęcony był producentom i songwriterom ze Szwecji - a jak wiadomo Szwedzi mają głowę do muzyki. Okazało się, że zdecydowana większość artystów w Szwecji, to ludzie skromni i pracowici. Można więc powiedzieć, że podążam dobrą drogą. (śmiech)

W którym momencie poczułeś, że droga, którym podążasz, jest rzeczywiście tą właściwą?

- Ja naprawdę nie mam czasu, by się nad tym wszystkim pochylić i zastanowić. (śmiech) Pewnie dlatego, że każdego dnia siedzę w studiu. Wszystko ostatnio dzieje się bardzo szybko. Mam wrażenie, że bardzo płynnie przeszedłem etap tak zwanego "przebijania się". Na pewno skrzydeł dodały mi takie akcje jak np. koncertowanie z Miłym ATZ-em, zobaczenie mosh pitu do kawałka "WMTB" na pierwszym koncercie OIO, szał przy "Workach w tłum" na festiwalu Fest czy pierwsze wyróżnienia płytowe. Oby takich budujących chwil było jak najwięcej. Te wydarzenia pokazują mi, że coraz więcej słuchaczy lubi moją muzykę. Chcę, by każdy kawałek, pod którym się podpisuję, był na najwyższym poziomie. Uważam, że nie osiągnąłem jeszcze odpowiedniego pułapu, ale robię wszystko, by tak się stało.

Szwed SWD, który też zajmuje się realizowaniem artystów i pracą w studiu, powiedział mi kiedyś taką anegdotkę: "Zauważyłem, że raperzy mniej się starają, kiedy nagrywają zwrotki dla innych MCs. Często takie wersy nagrywane są na kolanie, na szybko i nierzadko tylko z sentymentu. Nieraz słyszałem hasła typu: 'kurde, muszę to zrobić, a nie do końca podoba mi się klimat utworu'". Co ty myślisz o pracy polskich raperów w studiu?

- Akurat takiej sytuacji nigdy nie odnotowałem w swojej przygodzie z muzyką. Zazwyczaj słyszę, że raperzy chcą wypaść jak najlepiej na płytach swoich kolegów. Co jest dość naturalnym zachowaniem. Co do pracy w studiu. Tutaj kluczem jest zaufanie. Od każdego rapera uczę się czegoś innego. Każdy z nich ma inne podejście do rejestracji wokali i inne nawyki. Ważne, by stworzyć im wygodne warunki, zachowując wszystkie wyznaczone przez siebie standardy.

Ponoć im raperzy mają na koncie większe sukcesy, tym pokorniej podchodzą do prac studyjnych.

- Podpisuję się pod tym obiema rękami. Raper, który ma za sobą już pewien bagaż doświadczeń, jest w studiu bardziej świadomy. Tu nie chodzi nawet o same sukcesy. Osoba, która ma za sobą lata w podziemiu, bardziej docenia miejsce, w którym się znajduje. Wiesz, mnie nie interesuje kto jakim jeździ samochodem, ile płyt sprzedał czy jak duże gra koncerty. W studiu pracujemy razem. 

Przypomniała mi się teraz pewna historia. Rejestrowałem kiedyś jednego młodego artystę, który przyszedł na sesję z managerem i trenerką wokalu. W pewnym momencie trenerkę trochę za bardzo poniosła fantazja i powiedziała, że moim zadaniem jest tylko wciskanie klawisza record i mam sprawdzać, czy wokale nadadzą się w dalszej produkcji. Byłem w*******y tym, że potraktowała mnie w taki sposób. Dla dobra całej sesji nie powiedziałem ani słowa, tylko wykonałem to, co chciała. Ale nie omieszkałem odpowiedzieć jej na to, że "miło się pracowało", tekstem "nigdy więcej".

Miło pracowało ci się za to pewnie nad projektem OIO.

- Projekt OIO był na pewno kolejnym kamieniem milowym w mojej karierze. Któregoś dnia zadzwonił do mnie Phunk'ill i zapytał, czy chciałbym spróbować usiąść z Otsochodzi, Young Igim i Okim w studiu. Od razu się zgodziłem. Przyznaję, że byłem trochę zestresowany, bo chciałem od razu puścić im bit, który ich zaciekawi i pokaże, że nie jestem jakimś lamusem. Chciałem, by od razu położyli pod moją muzykę swoje linijki. Udało się.

Zanim przyjechali, powstał bit do "Podzielonego" - to tak naprawdę pierwszy numer, który zrobiliśmy wspólnie. Tego dnia nie udało nam się dokończyć kawałka. Zostałem więc w studiu z Igim i Okim do rana. To był moment, kiedy dotarliśmy się muzycznie. Przynajmniej tak mi się wydaję. Wówczas zrobiliśmy zupełnie inny kawałek. Nie chcę na razie odkrywać wszystkich kart, ale numer przetrwał próbę czasu. Cały czas się nim jaramy, ale nie wiem, kiedy go ostatecznie opublikujemy.

Co zwróciło twoją uwagę w ich podejściu do muzyki? Jakimi są współpracownikami?

- Są przede wszystkim bardzo otwarci na różne warianty muzyczne i uwielbiają eksperymentować. Przykładem tego są ad liby, które wykręciliśmy w "Transparentnym" czy efekty z wokalem zrobione w "Moonwalku". To, że są zgrani i mówią jednym głosem, jest raczej oczywiste. Płyty nie nagrywaliśmy w jednym studiu. Dużo rzeczy stworzyliśmy na wyjazdach. Dzięki nim miałem okazję działać w takich poważnych studiach jak: Recpublica czy Tallpine Records. To był zaszczyt móc nagrywać w takich warunkach. Bardzo im za to dziękuję.

Dlaczego nazywasz te studia "poważnymi"?

- Ponieważ są to miejsca, które wyglądają jak z moich wyobrażeń! W środku znajdują się zajebiste monitory dalekiego pola, stoły SSL-a za milion złotych i outboardy - czyli kompresory analogowe. To naprawdę rzeczy, które budują producentowi zajebistą atmosferę. To nie jest już nagrywanie z mikrofonem w szafie czy ściany pokryte mitycznymi wytłoczkami z jajek. (śmiech) 

Swoją drogą - te wytłoczki pogarszają dźwięk i tylko sprawiają wrażenie "piramidek". Studia, o których wspomniałem to miejsca, gdzie wybieramy mikrofon pod wokal. A wybór jest jak w najlepszym sklepie muzycznym. W Recpublice w live roomie były nawet instrumenty. Za każdym razem, kiedy tam jestem, muszę, chociaż na chwile usiąść do fortepianu i przypomnieć sobie to uczucie, gdy grasz na prawdziwym instrumencie - nie na klawiaturze syntezatorowej, którą też uwielbiam. Fortepian brzmi tam pięknie i szlachetnie.

Co myślisz o producentach hiphopowych, którzy nie grają na choć jednym instrumencie?

- Gra na instrumencie zdecydowanie poszerza horyzonty. Jednak z drugiej strony - szkoła muzyczna i inne tego typu instytucje nie tworzą oryginalnych muzyków, lecz odtwórców i zabijają kreatywność. Widzę to za każdym razem, kiedy spotykam się z producentem, który nie posługuje się biegle teorią muzyki, tylko robi wyłącznie to, co czuje. Takie osoby na pewno działają bardziej nieszablonowo. Znam kilku producentów, którzy robią muzykę naturalnie i wychodzi im to świetnie. Kiedyś też zwracałem uwagę na to, by wszystko się zgadzało w teorii, ale muzyka to przecież też emocje i czasami trzeba przekraczać granice. 

Studiując miałem czasem wrażenie, że wszystko, co pokazałem i zrobiłem, było traktowane przez wykładowców z przymrużeniem oka. Może dlatego nie zrobiłem magistra. Chciałem jeszcze dodać, że nie wyobrażam sobie produkcji bez klawiszy. Są one dla mnie ważniejsze niż myszka - bez której spokojnie mogę sobie poradzić w studiu. Dlatego na każdą sesję, nieważne gdzie będzie się odbywać, biorę ze sobą praktycznie cały sprzęt, który pozwoli mi robić numery od A do Z.

Jednymi z takich nowych numerów są "Slash!" Admy i "Warsaw Vice" Aviego i Kaza.

- Z Admą znamy się od dawna. To w zasadzie na jej zaproszenie przyjechałem do Warszawy... i tu zostałem. Nigdy jej tego nie zapomnę. Kiedy więc do mnie zadzwoniła i zapytała, czy robimy numer na jej materiał, to odpowiedz musiała być jedna. Wpadła, pokazała mi kawałek, nad którym wtedy pracowała i zrobiliśmy do tego porządny bit. Co do "Warsaw Vice", powiem ci szczerze, że ten kawałek jest dla mnie wyjątkowy. Pamiętam, że w dniu, w którym zrobiłem ten bit, wróciłem ze studia bardzo zdenerwowany i pełen frustracji. Bez wnikania w szczegóły. W pewnym momencie żona powiedziała mi, że mam nieodebrane połączenie od Aviego. Nie byłem za bardzo w nastroju do rozmowy, ale powiedziała mi, bym oddzwonił, bo przecież zawsze, kiedy z nim pogadam, mój nastrój jest lepszy. Oddzwoniłem więc. 

Avi powiedział mi, że wpadł na za******y pomysł. Opowiedział mi, że przeglądając różne rzeczy w internecie, trafił na aukcję jednego z klasycznych modeli Ferrari. Nie pamiętam już o jaki model chodziło - nie jestem ekspertem samochodowym. Powiedział, że ta fura nasunęła mu pewien pomysł. Rzucił tytuł "Warsaw Vice" i wysłał mi wcześniej wspomnianą aukcję. W sekundę zapomniałem o mojej złości i usiadłem do kompa. Od razu wiedziałem, jak chciałbym, by brzmiał podkład. Wyobraziłem sobie Miami za "kadencji" Tonego Montany. Muzyka lat 80. - klimat jak z GTA Vice City. Bębny są inspirowane klasycznymi próbkami rodem z TR-808 czy innych maszyn, które wówczas były używane jako automaty perkusyjne. Synthy i damski wokal dodały klimatu. Tego samego wieczoru miałem gotowy bit. Avi go zaakceptował. Nie czekaliśmy zbyt długo na spotkanie w studiu i zarejestrowaliśmy jego wokale. W numerze gościnnie pojawia się, jedyny w swoim rodzaju, Kaz Bałagane.

Lista artystów, z którymi współpracujesz, jest coraz dłuższa. Można więc liczyć na to, że kiedyś zaprosisz ich na swój album producencki. Domyślam się, że prace nad nim trwają.

- Mój album producencki to temat rzeka. Nie jestem ci w tej chwili w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy taki krążek istnieje. (śmiech) Na pewno mam na niego plan. Coś tam działam. Prace nad krążkiem utrudnia mi codzienna praca w studiu. Mam problem, by znaleźć czas na odpoczynek, a co dopiero na produkowanie swojego materiału. Ciągle szukam instrumentów, zabawek i wszystkiego, co wprawia cząsteczki powietrza w ruch i generuje dźwięk. Chcę pracować na poziomie, na jakim pracują obserwowani przeze mnie producenci - np. Mike Dean. 

Jeżeli chodzi o gości, to na razie będę powściągliwy. Chcę, by słuchacz od pierwszej chwili czuł, że ta płyta jest moja. Możliwe, że tworzę sobie powoli bańkę, w której mam swój idealny świat i boję się twardego zejścia na ziemię, ale uważam, że nie sztuką jest robić coś, co już było, tylko odkrywać niezbadane tereny. Trochę jak w "Heroesach", kiedy zaczynasz nową grę - widzisz tylko swój zamek, a chcesz wiedzieć, jakie tajemnice skrywa mapa. Chcę, żeby to była płyta, dzięki której słuchacz będzie mógł mnie lepiej poznać. Mam nadzieję, że uda mi się zahaczyć o jakieś mainstreamowe media. (śmiech) W pracy nad nią pomaga mi Phunk'ill, na którego gust zawsze mogę liczyć. Wiem, że płytę na pewno będzie miksował Enzu.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL