Reklama

1988: Nie czuję się częścią polskiego hip-hopu

1988 opowiedział o swoim nadchodzącym albumie producenckim /Rafał Kolsut /materiały prasowe

Z 1988 rozmawiałem chwilę przed premierą jego albumu producenckiego. Pogadaliśmy więc o tym, co znajdziemy na „Rulecie" i dlaczego muzyka może nabrać dziś większej mocy.

Marcin Misztalski, Interia: Masz wrażenie, że rozmowa o muzyce w czasie, kiedy w Ukrainie dzieją się tak tragiczne wydarzenia, jest... banalna?

1988: - Mam na maksa takie poczucie, ale nie można się temu poddać. Trzeba znaleźć równowagę. Żyję tym tematem w stu procentach - staram się angażować w pomoc czy pozytywnie wykorzystywać swoje zasięgi. Żyjemy tak naprawdę w mniejszej lub większej tragedii od ponad dwóch lat. Świat się zmienił, ale trzeba się w tej rzeczywistości odnaleźć.

Mnie muzyka bardzo pomaga w dzisiejszych realiach. Sprawia, że odreagowuję stres. Od zawsze była dla mnie ucieczką. Kiedy robię lub słucham muzyki, przenoszę się do innego świata i chcę, aby tak brzmiała moja twórczość. Muzyka to dla mnie najlepsza terapia. Jakiś czas temu miałem taką rozkminę, że czasy stały się nijakie, bez wyrazu i muzyka straciła swoją moc. Stawała się coraz bardziej skomercjalizowana i rozrywkowa. Kilka lat temu było niewiele sytuacji, przeciwko którym można było się buntować i wykorzystywać muzykę jako arsenał. Niestety wykrakałem. Bo w tej chwili muzyka może nabrać większej mocy i wagi.

Reklama

Myślisz, że czeka nas wysyp kawałków zaangażowanych?

- Takie kawałki już powstają na naszym podwórku. Ja mam pewien problem z muzyką zaangażowaną politycznie. Tylko niektóre rzeczy z tego nurtu do mnie trafiały - głównie te, które zostawały w ciekawy sposób przemycone do tekstu, nie były wprost. Nie lubię, jak ktoś opiera na tym całą swoją twórczość, bo czuję się, jakbym był na wiecu. Często takie teksty ocierają się o banały i ubrane są w nie do końca trafne metafory. Mam na myśli coś innego. Nie chodzi mi o same słowa, które artyści wypowiadają. Mam na myśli pewną kontrkulturowość w postawie. Taki wewnętrzny bunt i sprzeciw wobec tego, co się dzieje. Nie uważam, że czeka nas wysyp antywojennych utworów. To trudny temat, bo niby do kogo masz słać ten kawałek? Do Rosjan? Przecież wiadomo, że tego nie przesłuchają.

To nie musi być odezwa. Bardziej wyrzucenie z siebie tego, co się myśli.

- Hades, z którym obecnie współpracuję, ma w sobie dużo wewnętrznego bólu przez tę sytuację. Kiedy widzi jakieś dramatyczne zdjęcia cywilów, to ewidentnie narasta w nim potrzeba słownego wyżycia się...

Hades tematy rewolucji i wojny poruszał już na pierwszej płycie.

- On akurat jest przykładem rapera, który w umiejętny sposób podchodzi do tematów społecznych. Nigdy nie czułem zażenowania słuchając jego płyt. Tam nie było tanich haseł.

Planowałem ten temat poruszyć później, ale skoro już go wywołałeś - co stało się z płytą Hades/1988?

- Ogłosiliśmy, że działamy wspólnie, ale nasz materiał nie dążył w jednym kierunku. Tak bym to ujął. Hades był u mnie w domu przez tydzień. Zrobiliśmy więc sporo bitów na płytę. Mieliśmy zalążki kawałków i ponagrywaliśmy trochę zwrotek. Można powiedzieć, że stworzyliśmy brudnopis, z którego teraz korzystamy przy projekcie Strata, który współtworzymy z Kosim. Temat płyty z Hadesem trochę się rozmył i postawiliśmy na luźną współpracę jako trio. Mamy szkielet projektu. Wiemy, po jakich rewirach chcemy się poruszać. Chcemy iść pod prąd. Nie mamy zamiaru spełniać oczekiwań słuchaczy. Nie chcieliśmy kolejnej płyty na "Synowskich" bitach, czy takich jak na mojej płycie z Włodim. Dlatego postawiliśmy na materiał mocno junglowy, drumnbassowy i z soundsystemowym zacięciem.

Nie chciałeś kolejnej płyty na takich bitach, ale dla wielu słuchaczy wciąż jesteś 1988 z Synów.

- Chyba dla wielu jestem po prostu 88. Wydaję mi się, że udało mi się uzyskać pewien znak rozpoznawczy. Pomogła w tym oczywiście płyta z Włodim. To po niej przewinęły się te wszystkie nominacje do nagród. Niektórzy bardziej kojarzą mnie z Włodkiem niż z Synami.

Ludzie, którzy byli oczarowani muzyką Synów, poszli za tobą? Sprawdzają twoje nowe rzeczy? Wiem, że trudno to zmierzyć, ale...

- Nie wiem. Mam kontakt z ludźmi, którzy sprawdzają mnie od samego początku. Syny były bardzo unikatowym projektem. Ogromną wagę miały tam słowa. Włodi i Robert Piernikowski są zupełnie innymi raperami. Korzystają z innych zasobów słów, więc część słuchaczy Synów może sprawdzać tylko moje instrumentale. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że ludzie tak podchodzą dziś do moich nowych albumów. Jako Syny mieliśmy wielu słuchaczy spoza środowiska hiphopowego, którzy słuchają co najwyżej odpałów typu: Hewra czy Belmondo. Włodiego niekoniecznie już sprawdzają, bo reprezentuje bardziej klasyczny styl rymowania i opowiadania. Ale oczywiście zdarzają się też tacy odbiorcy. W końcu Włodi jest postacią szanowaną w różnych kręgach muzycznych.

Jestem przekonany, że po premierze płyty z Włodim, zgłosiło się do ciebie wielu rodzimych raperów z zapytaniem o współpracę.

- Tak naprawdę do dziś mam wysyp takich wiadomości - od mniej lub bardziej znanych osób. Nie reaguję negatywnie na wiadomości, w których ktoś prosi mnie o paczkę bitów. Kultura wysyłania paczek jest wpisana w hip-hop. Ja co prawda nie rozsyłam takich paczek, ale nie mam problemu z tym że ktoś tak robi. Wiesz, jeśli małolaci siedzą w domu i produkują na potęgę muzykę, bo nie mają nic innego do roboty, to mają takich paczek pełno. Dla rapera na pewno wygodniejsze jest, kiedy dostanie paczkę z 30. bitami, posłucha sobie ich i wybierze z 5. Rozumiem to. Ja działam jednak inaczej - nigdy nie robiłem jednego bitu za drugim. Działam pod konkretny projekt. Nie mam paczek.

A jeśli już o działaniu pod konkretny projekt. W 2021 roku byłeś zaangażowany w film "Zadra", który ma trafić do kin jesienią tego roku.

- Stworzyłem do tego filmu muzykę i nagrywałem kawałki z aktorami, głównie z aktorką Magdaleną Wieczorek. Fabuły oczywiście nie mogę jeszcze zdradzić, ale film opowiada głównie o miłości i problemach dziewczyny, która jest raperką. Scenariusz obraca się trochę wokół współczesnego środowiska rapowego. Dużo rozmawiałem z reżyserem i scenarzystką o tym, by film nie był... przypałowy. Powiedzmy, że prowadzili ze mną takie konsultacje. Ludziom spoza środowiska ciężko ugryźć temat rapu w taki sposób, by ludzie ze środowiska go zaakceptowali. Na pewno jestem zadowolony z kawałków, które powstały i z samej Magdy, która okazała się ukrytym rapowym talentem. Bałem się pierwszej nagrywki w studiu. Myślałem, że będę musiał ją uczyć i powtarzać po 10 razy, by to flow odpowiednio siadło. Okazało się zupełnie na odwrót. Teksty pisał jej Żyto, co też jest ciekawą sprawą. Film nie będzie słodki, ale celuje w szeroką publikę. No i reżyser - Grzegorz Mołda, jest bardzo ambitny. Czeka nas ciekawe kino.

Z twoją nową płytą, która na półki sklepowe trafi w maju, też celujesz w szeroką publikę? Pytam, bo kiedy spojrzymy na tracklistę, to okazuje się, że nie ma niej wielu znanych raperów. Gdzie Sokół, O.S.T.R. czy Pezet, którzy teoretycznie powinni zapewnić ci dobrą sprzedaż?

- Muzyką Ostrego nie jaram się już od dawna. Podobnie mam z Sokołem. Pezet akurat był zaproszony, ale się niestety nie dograł. On był jednym z pierwszych, którego zaprosiłem - zaraz po naszym feacie na "Muzyce współczesnej". Nie dograł się z powodów osobistych. Miał swoje problemy. Nie chcę tego roztrząsać. Jesteśmy w dobrych relacjach, lubimy się. Kiedy jest w Gdyni, to spotykamy się przy kawie. Miał pojawić się w numerze z Tymkiem, którym się zajarał. Dostał ode mnie chyba z 5 deadline'ów. Natomiast w pewnym momencie poczułem, że chyba nie do końca wie, co ma nagrać. Z czasem powiedział mi, że nie jest w stanie wyżyć się na tym kawałku. Towarzyszyły mu zupełnie inne emocje. Pewnie, gdybyśmy usiedli i zrobili jakiś numer razem od początku, to ta współpraca zostałaby sfinalizowana, ale ja miałem do ogarnięcia 33 osoby i w pewnym momencie musiałem niestety odpuścić Pawła. Miał nawet taki etap, kiedy powiedział mi, że nie będzie już nagrywał rapu. No coś siedzi w tym człowieku i muszę go zrozumieć.

Kogoś jeszcze musiałeś odpuścić?

- Dwie osoby. Jedną z nich był Bedoes.

To byłaby dość egzotyczna współpraca.

- Tak. Obserwuję go na socialach. Kiedyś po meczu reprezentacji Polski w piłce nożnej coś mu skomentowałem. Odezwał się do mnie. Okazało się, że kuma Synów, a później napisał mi: "Dawaj, zrobimy coś niesamowitego". (śmiech) Przyznaję, że mnie zaskoczył, ale lubię wyzwania, więc się zgodziłem. Zaprosiłem go na album producencki. Bedoes miał być docelowo w numerze z Gedzem, ale przestał mi odpisywać. (śmiech) Nie wiem, co się stało. Nie mam do niego pretensji. Zamiast niego w utworze pojawił się Ras.

Na płycie jest też Margaret. Jak ci się z nią współpracowało?

- To jedna z najbardziej wyluzowanych osób w środowisku. (śmiech) Jest mega wesoła i pełna energii. Pamiętam, że na rozdanie Fryderyków jechała w jednym busie z Włodim i dogadali się bez problemu. Margaret wypłynęła na szerokie wody, mając naście lat dzięki jakiejś szwedzkiej wytwórni talentów. Ludzie stamtąd zrobili z niej maszynę do nagrywania hitów. W pewnym momencie zmęczyła się tym środowiskiem i postawiła na niezależność. Od tamej pory robi rzeczy po swojemu. Jej mąż Kacezet też ma talent do pisania tekstów i melodii, więc siedzą razem w chacie w lesie i tworzą. To bardzo otwarta dziewczyna. Otwarta nawet na współpracę z kimś takim jak ja. (śmiech) Czyli producenta, który był znany z mrocznej muzyki. Nasz kawałek swoją drogą też nie jest wesoły, bo opowiada w pewnym sensie o depresji.

Wspomniałeś wcześniej o Tymku. Skąd pomysł, by na płycie znalazł się też i on?

- Tymek robił jeszcze do niedawna hity, które sprawiły, że zarobił zapewne tyle siana, że nie będzie w stanie go wydać do końca życia. Napisał kiedyś do mnie i zapytał, czy możemy podjąć współpracę. Wtedy wiedziałem o nim tyle, że jest gościem, którego muzyka leci w każdym możliwym miejscu. Napisałem mu szczerze, że nie po drodze mi z jego muzyką i to chyba nie do końca dobry pomysł. Później się nad tym jeszcze zastanawiałem. Wiesz, piszę do ciebie naprawdę gruba postać, chcę zrobić z tobą muzykę i to... wydawało mi się takie dziwne. Później podpytywałem o niego nawet KasięCoals'ów, która miała z nim jakąś przelotkę. Kasia powiedziała mi, że to super gość. Z czasem stwierdziłem, że się z nim spotkam. Poszliśmy do studia posłuchać muzyki i okazało się, że gość ma naprawdę gruby przelot i odwrócił się od tych wszystkich hitów. Powiedział mi wprost, że ma teraz wakacje i chce bawić się muzyką i ma wobec siebie poczucie misji. Puszczałem mu jakiejś dziwne rzeczy, najdziwniejsze, jakie znałem, a on się nimi jarał. Też zaskoczył mnie kilkoma numerami. Uznałem więc, że w sumie to dlaczego miałbym odrzucać nagrywkę z kimś, kto ma charyzmę, głos i posłuch? No i okazało się, że do dzisiaj zrobiliśmy 5 kawałków.

Podczas naszego wywiadu w 2016 roku powiedziałeś, że nie czujesz się częścią sceny hip-hopowej. Podtrzymujesz to?

- Nadal nie czuję się częścią polskiego hip-hopu. Jeśli myślę o nim, to w pierwszej kolejności mam w głowie te wszystkie portale hiphopowe i rozkminki o wszystkim, tylko nie o muzyce. Otoczka wokół polskiego rapu jest po prostu wieśniacka. Brzydzę się tym. Dlatego nie chcę czuć się częścią polskiego hip-hopu w 100 procentach. Wolę lawirować obok niego i trzymać się z ludźmi, którzy prezentują inną postawę. Bliżej mi do Tymka, Brodki czy Margaret, którzy po prostu jarają się muzą. Kiedy się z nimi spotykam, to gadam o muzyce i o sztuce - nie o kolejnym wypitych drinkach i jakiś pierdołach.

Jednak z drugiej strony nagrywasz z Włodim, Hadesem i Kosim, którzy są totalnie hiphopowi.

- Ale oni też stoją w opozycji do takich zachowań. Gdybyś zadał im to pytanie, to odpowiedź byłaby podobna do mojej. (śmiech) 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama