Madison Beer "locket": choć na chwilę przedłoży wspomnienie nad smutek [RECENZJA]
Internet oszalał na punkcie 2016 roku i zupełnie to rozumiem. Rola nostalgii ciągnie się w kulturze systematycznie, a dodając do tego wczesnego TikToka (wtedy to nawet nie był on), moment powrotu do przeszłości jest niemal pewny. Madison Beer też do niej powraca i w "locket" udowadnia, że znajduje się w fazie przejściowej. Następny przystanek to stardom na miarę najlepszych i najbardziej pożądanych, ale póki co sprawdźmy, co kryje się w jej zamykanym medaliku w kształcie serca.

Swoją drogą, co ciekawe, mam taki sam, tylko że złoty - kilkanaście lat temu dał mi go dziadek w nagrodę po tym, jak dzielnie trzymałem się grzywy konia podczas asekurowanego przejazdu na drugi koniec podwórka. "Włożysz do środka, co tylko będziesz chciał. Tylko pamiętaj, że będziesz na to często spoglądał, więc zastanów się trzy razy" - ostrzegł mnie, a ja dopiero po latach uświadomiłem sobie, co na stałe wypełni mój "locket".
Gdy w 2017 roku Lana Del Rey zawarła "Change" na albumie "Lust For Life", wiedziałem, że coś się święci. Choć opowiadała w utworze, swoją drogą pięknie, o braku kontroli w postępie, warstwa kulturowa zaczęła się kurczyć pod ciężarem jej słów. W istocie miała rację - nadchodziła zmiana, która zdewaluowała pojęcie statusu gwiazdy. Stało się łatwiej, próżniej, aż w końcu nijako. Popularności zaczęły dosięgać ludzie, którzy nomen omen niewiele wnosili do świata popu. Nawoływali głośno: "#BeYourself", jednocześnie dążąc do innej wersji siebie. Madison Beer zamknęła się w klatce uroczej dziewczyny i szablonowej modelki, choć od premiery EP-ki "As She Pleases" czułem, że jest w stanie namieszać i wywrócić cały ten szajs do góry nogami.

Madisonka, jak lubię na nią mówić, nie miała łatwo. Jasne - dobrobyt, wczesna sława i sięgnięcie gwiazd mogą sprawić, że pomyślicie, iż plotę farmazony. Tymczasem Beer latami zmagała się z depresją, lękami, a nawet wypłynięciem do sieci jej intymnych materiałów. Miała wtedy 15 lat, więc nic dziwnego, że w "Default" z "Life Support" śpiewała: "Będę końcem samej siebie". Totalna miazga, ale przynajmniej wiemy, dlaczego w świetle księżyca trudniej jej się oddychało. Potem nadszedł czas na "Silence Between Songs" ("Envy the Leaves" <3), a "locket" to jej przepustka do opuszczenia "Khia Asylum". Swoją drogą chwilami kocham internet, bo kultura fanowska określiła zapomnianą raperkę Khię mianem klątwy psychiatryka, który trzeba opuścić, żeby dostać się do mainstreamu. Lol.
W bajkę wpędza nas z rozpędu "locket theme", czyli intro bogate w harmonie, których nie powstydziłyby się Ariana Grande i Mariah Carey. Wspomnienia zaklęte w medaliku są bezpieczne, bo wisząc na piersi, zdejmują z niej ciężar. Choć spodziewałem się mocniejszego openera, wszystko wynagradza usadowienie "yes baby" na drugiej pozycji. Flirt, nu-rave i powtarzalność połączone z klipem w estetyce lat 80. miały być dla Madison jej momentem przedarcia, przebojem zmieniającym tory na miarę "Espresso" Sabriny Carpenter. Tak się jednak nie stało, co nie znaczy, że numer został źle przyjęty. Tu w grę wchodzi moja teoria, jakoby "locket" był projektem projekcyjnym, prowadzącym do finału i stabilnej pozycji na notowaniach, coś na wzór "emails i can't send" wspomnianej już Carpenter czy płyty "Tusk" od Fleetwood Mac. Jedni mówili, że "Tusk" może istnieć tylko w cieniu krążka "Rumours", drudzy po dziś dzień okrzykują go konieczną przepustką. Ciekawi mnie fakt, że Madison właściwie żadnej "przepustki" nie chce i nie potrzebuje. Wielokrotnie podkreślała w wywiadach, że nie będzie się zmieniać ani fizycznie, ani marketingowo - jest taka, jaka jest i jeśli to nie wystarczy, aby podbić mainstream, to okej. Szanuję to, co nie zmienia faktu, że chętnie zobaczyłbym, jak poradziłaby sobie z presją większego świecznika.
Słuchając "angel wings", poczułem się, jakbym jechał miejskim autobusem do szkoły jazdy w moim mieście, bo w 2018 roku zapętlałem "Dead". Niepotrzebnie się w tym tytule zasłuchiwałem, bo nie należę do najlepszych kierowców. Ale żyję! I "angel wings" też o życiu myśli. O niezamartwianiu, pogodzeniu. R&B dobrze robi Madison, a outro piosenki to chyba jedna z najlepszych wizytówek Leroya Clampitta. Co ciekawe, utwór "for the night" powstał wcześniej od "make you mine", dzięki czemu można go nazwać pierwowzorem projektu. Jest uroczo, ale jakoś mnie nie porwał. Powtarzalność udawała się Beer lepiej, a "Showed Me (How I Fell In Love With You)" bardzo trudno przebić.
O trzymaniu się ochłapów poniżej naszych standardów słyszymy w najnowszym singlu, czyli "bad enough". Bo przecież nigdy nie jest aż tak źle, żeby kończyć wymarzoną relację. Tak, znamy to! Stare jak świat, więc prawdziwe, a i Madison otwiera się wokalnie, jakby chciała wydrzeć z gardła pozostałości po byłym. Całą naukę zaprzepaszcza w "healthy habit", bo zachciało się romantyzowania relacji z papierosem w ręku pod wiatrołapem w kuchni. "Czasami zapominam, dlaczego w ogóle odeszłam" - śpiewa, bo zapomniała całej swojej dyskografii. Dziewczyno, odpal cokolwiek i sobie przypomnisz.
Uwielbiam auto-tune, więc "you're still everything" pobłogosławiło moje uszy. Śliczny, duszny i szczery kawałek, idealnie wprowadzający do świata "bittersweet", czyli serca całego albumu. Choć trąca mi ono "twilight zone" Ariany, nie mam tego za złe, a wręcz przeciwnie! Silna, balansująca ballada wzbogaciła świat trzeciego długogrającego krążka Mad, a nagłe podbudowanie natężenia w bridge'u robi mi ciary za każdym razem. Konstrukcja "complexity" też daje radę, ale potrzebuję z nią chwili. Teraz skupiam się jednak na "make you mine", bo mam do tej piosenki wielki sentyment. Wyszła podczas mojej wizyty w Neapolu, więc miałem ciągle seksi track na ramieniu. "Jennifer's Body" nigdy nie miało lepszego soundtracku i nie trzeba mówić więcej. Klasa! Potrzebujemy EDM-u w popie jak tlenu.
Przygodę z "locket" kończy 11. pozycja, czyli "nothing at all". Piękny tekst i forma. Madison zostawia nas z myślą, że chwilami dobrze jest tak, jak jest, bo sięgając po więcej, sięgamy tym samym po gorzki zwrot akcji. Nic nie trwa wiecznie, ale "locket" na szyi choć na chwilę przedłoży wspomnienie nad smutek, stąd powiedziałem dziadkowi, że do medalika, który mi kiedyś sprezentował, włożyłem jego portret. Skończyło się tak, że po prostu mnie wyśmiał: "Przecież mówiłem, żebyś zastanowił się trzy razy".










