Wojtek Mazolewski Quintet: Zabrakło wody, nie zabrakło energii [RELACJA]
Wojtek Mazolewski Quintet w warszawskim klubie Stodoła po raz kolejny udowodnił, że jest jedną z najbardziej charyzmatycznych formacji europejskiego jazzu. 24 marca grupa zaprezentowała w głównej mierze materiał z najnowszego krążka "Live Spirit I".

Już od pierwszych dźwięków było jasne, że wieczór będzie wyjątkowy. Set otworzyły kompozycje rozpoczynające najnowszy album zespołu - "Live Spirit I". Najpierw hipnotyzujące "Live Spirit", a zaraz po nim pulsujące energią "New Energy", które natychmiast wciągnęły publiczność w charakterystyczny dla WMQ trans - balansujący między duchowością a miejskim groove'em. Ciekawym momentem było połączenie dźwięku saksofonu z ludzkim głosem. Wojtek sięgnął tutaj po niskie E w skali głosowej (ok. 82 Hz), które zahipnotyzowało salę i nadało całości tajemniczości - jakbyśmy słuchali starożytnych plemion albo chóru gregoriańskiego. Zaraz potem świeżej energii dodał utwór "Beautiful People", który artysta zadedykował publiczności jako wyraz wdzięczności.
Nie zabrakło także starszych kompozycji, jak na przykład jedna z popularniejszych "Polka", zadedykowana żeńskiej części publiczności, czy moje ulubione, kołysankowe "My Heart". W repertuarze pojawiły się również m.in. "Kalaczakra" oraz "Sun", które tylko potwierdziły, jak szerokie spektrum emocji i stylistyk potrafi objąć WMQ - od duchowego skupienia po niemal taneczną energię. Momentami miałem ochotę beztrosko "odpłynąć" przy kołyszących dźwiękach (ochroniarz pilnujący wejścia na scenę też nie krył takich zapędów), a innym razem - ruszyć na parkiet, jak na najlepszej imprezie klubowej.
Oczywiście nie zabrakło muzycznych niespodzianek. Zespół sięgnął po materiał z projektu "Mazolewski / Dorosiński - Witkacy. Kompozycje Astronomiczne", który idealnie wpisał się w klimat wieczoru, dodając mu kolejnej warstwy artystycznej narracji. Brak obecności Dorocińskiego wynagrodziła jednak obecność Plumm, która specjalnie przyleciała z Londynu. To właśnie ona była największą niespodzianką tego wieczoru. Wspólnie z zespołem wykonała nowy utwór, a jej niski, hipnotyzujący głos i charakterystyczne wibrato zrobiły ogromne wrażenie. Uważam, że momenty z jej udziałem oraz solówki poszczególnych muzyków należały do najmocniejszych punktów koncertu.
Wojtek Mazolewski jako lider i kontrabasista był nie tylko przewodnikiem tej podróży, ale też jej spoiwem. Uważny, a jednocześnie pełen emocji - łączył indywidualności muzyków w jedną, oddychającą całość. Każdy z członków kwintetu miał swoją przestrzeń, ale to Mazolewski nadawał kierunek i sens całości. Zastanawiałem się, czy w ogóle wypada kogoś wyróżniać, bo absolutnie wszyscy dali z siebie wszystko, ale największe wrażenie wywarli na mnie jednak najmłodsi (tak sądzę) członkowie zespołu - saksofonista (solówki - chapeau bas!) i pianista (ten to miał energii). Może to charakter, a może młodość, ale miałem wrażenie, że to z nich, a nie z instrumentów, wychodzi muzyka. Całe ich ciała pracowały podczas gry, więc nikogo nie zdziwiła sytuacja, gdy Mazolewski z uśmiechem musiał dopraszać się o butelkę wody (dwukrotnie!). Można by więc rzec: wody brak, ale emocji nadmiar. Artysta wyraźnie nie krył wzruszenia - zarówno frekwencją, jak i reakcją warszawskiej publiczności. Uznał to za dobry sygnał oraz świetny początek wiosennej trasy koncertowej z tym materiałem.
Coś co jeszcze muszę poruszyć, okej? Bo takie rzeczy też doceniać trzeba… Każdy wyglądał rewelacyjnie! Outfity sprawiały wrażenie, jakby muzycy zostali wyjęci ze starego amerykańskiego serialu z lat 70. Wszystko się zgadzało: zaczes, biżuteria, okulary…
W marcowym koncercie udział wzięli: Oskar Török (trąbka), Miłosz Pieczonka (saksofon), Stanisław Pańta (fortepian), Wojtek Zieliński (perkusja) oraz oczywiście Wojciech Mazolewski na kontrabasie.











