BLACKPINK "DEADLINE": Niedosyt w sosie koreańskim [RECENZJA]
Wydaje się, że osoby odpowiedzialne za powstanie "DEADLINE" postawiły sobie za główny cel zaangażowanie wielkich zachodnich nazwisk. Nie uchroniło to jednak najnowszego mini-albumu Blackpink od pozostawienia słuchacza z poczuciem niedosytu.

Przyznaję, że daleko mi do osoby, która śledzi uważnie scenę k-popową - co najwyżej coś się przewinie, coś wpadnie. Być może dlatego tak bardzo nie odczułem kilkuletniego braku żeńskiego kwartetu Blackpink. A może głównym powodem był fakt, że mimo przedłużenia kontraktu grupowego z YG Entertainment, nieco inaczej było z kontraktami indywidualnymi - a to właśnie kariery solowe stanowiły główny obszar działalności zespołu w ciągu ostatnich lat i sprawiły, że o wokalistkach wciąż było głośno. Wszak jeżeli nawet osoby, które nie mają pojęcia, czym jest k-pop, a tym bardziej nie znają Blackpink, kojarzą singel "APT." Rosé z gościnnym udziałem Bruno Marsa, to przerwa od grupowej twórczości okazała się opłacalna.
Dziewczyny wróciły w końcu z nowym minialbumem, a poprzedzający je singel "Jump" zdążył już porządnie namieszać w połowie minionego roku wszędzie, gdzie tylko się dało. Tym samym girlsband wskoczył z powrotem na szczyt, bo i trudno się temu dziwić, kiedy do produkcji singla zaciągnęły samego Diplo. I wytworzyła się z tego rzecz nie lada zaskakująca - jasne, że EDM i trap przewijał się wcześniej w ich muzyce, ale spodziewalibyście się, że w utworze Blackpink usłyszycie rumble'owy bas typowy dla późnonocnego techno, albo… hardstyle? Nie wydaje mi się, że ktokolwiek był na to gotowy. Aż szkoda, że przez tę konieczność bodźcowania za wszelką cenę, to zawsze tylko drobne smaczki w całości.
Jeżeli natomiast w "GO" wyczuwacie retrowave, również nie jest to przypadek - do produkcji został zaciągnięty Cirkut, który odpowiadał za lwią część tego, co zaprezentował The Weeknd na albumie "Starboy", a na gitarze oraz klawiszach zagrał… Chris Martin. I myślę, że jego moment w piosence jest na tyle coldplayowy, że nawet niespecjalnie trzeba odgadnąć gdzie. A tu mamy jeszcze post-dubstepowe wobble, drillowe basy, trapowe bębny. Dzieje się naprawdę sporo i już zaczęło robić się duszno.
Ale kiedy obawiałem się, że będę miał do czynienia z muzycznym ADHD, trzy kolejne utwory upuszczają znacząco ciśnienie. W "Me and my" oraz w "Champion" stery produkcyjne przejmuje Dr. Luke, proponując to najpierw kawałek na wskroś pop-trapowy, by później rzucić potencjalny hit stadionowy stanowiący połowę drogi do Imagine Dragons. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że w porównaniu do pozostałych momentów na płycie to kawałki zaskakująco anachroniczne, spóźnione o kilka dobrych lat. A "Fxxxboy" oparty na motywie gitarowym (nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to Fender Stratocaster tak ładnie gra, ale mogę się mylić) jest może i klimatyczne, ale wydaje się tak ogromnie niedoprodukowane, że aż pozostawia mnie z poczuciem dysonansu poznawczego.
Dlatego chociaż początkowo obawiałem się, że fakt, iż "DEADLINE" trwa jedynie kwadrans, jest w pełni zasadny przez to, ile dzieje się na przestrzeni dwóch pierwszych utworów - zwyczajnie takiej dawki bodźców nie dałoby się dłużej wytrzymać - tak trzy kolejne utwory sprawiają, że całość kończę z poczuciem ogromnego niedosytu. Nawet jeżeli wymuskane brzmieniowe doszło z kolei do takiego poziomu, że hity sprzed kilku lat jak "Shut Down" czy "How You Like That" wydają się w porównaniu do zawartości "DEADLINE" robotą totalnego amatora. Tu zresztą koszt produkcji i przywiązanie do detali czuć na każdym kroku, ale odrobinę zabrakło pomysłu na całość.
BLACKPINK, "DEADLINE", Mystic Production
6/10








