Gorillaz "The Mountain": Gorillaz we mgle [RECENZJA]
Kiedy ćwierć wieku temu świat po raz pierwszy usłyszał o "wirtualnym zespole", którego członkowie przypominali postacie z kreskówek posługujące się głosami aktorów, zainteresowanie wokół niego samo zaczęło się nakręcać. Chwytliwy pierwszy singiel ("Clint Eastwood") bez wątpienia pomógł, ale nagłówki w mediach na całym globie wywalczył przede wszystkim sam koncept. Co z tego dzisiaj zostało? Dziewiąty album Gorillaz porusza temat śmierci, więc to idealny moment, by zadać sobie takie pytanie.

Dwa główne mózgi stojące za całym przedsięwzięciem zostały dość szybko zdemaskowane. Jako pierwszego zidentyfikowano Damona Albarna, charakterystyczny głos Blur. Później przeciekła informacja o personaliach autora oprawy wizualnej, Jamie'ego Hewletta, twórcy dostępnego również w Polsce komiksu "Tank Girl". Chwilę trwało odkrywanie tożsamości innych postaci, pojawiały się nazwiska Miho Hatori z nieodżałowanego Cibo Matto czy Cassa Brownego z Senseless Things, ale kolejne lata dowiodły, że tylko Albarn i Hewlett mogą być uznawani za nietykalny fundament. Fikcyjni 2D, Murdoc, Russel i Noodle nie stanowili obdarzonych własnymi tożsamościami alter ego konkretnych osób, co z czasem zaczęło nasuwać pytanie o to, czy ten zespół w ogóle ma jakąś tożsamość?
"The Mountain" to kolejny album Gorillaz, który albumu w ogóle nie przypomina. Jest do pewnego stopnia uspójniony przez podjęcie tematu godzenia się ze śmiercią. Ukazanego oczami człowieka Zachodu, próbującego zmierzyć się z żałobą na sposób bliższy buddyzmowi i hinduizmowi, w którym smutek nie jest dominującą emocją. Od strony muzycznej z kolei luźno zespajają ten materiał powroty grającej na sitarze Anoushki Shankar, obecnej w sześciu z piętnastu utworów. To jednak tylko drobne, kosmetyczne zabiegi. Przyćmione przez traktowanie każdego z poszczególnych utworów jak okazji do przedstawienia kolejnej, zaplanowanej wyłącznie na te kilka minut wizji. Rezultatem jest bardziej składanka niż jednolity pod względem nastroju i kierunku większy projekt. Nic nowego. Ten zespół nie nagrał albumu w pełnym tego słowa znaczeniu od ponad dwudziestu lat.
Za debiut i za "Demon Days" w dużym stopniu odpowiadał producent Dan the Automator. Czuwał nad nimi od początku do końca i nadał im spójne brzmienie oscylujące pomiędzy lo-fi, trip hopem a dubem. Można wziąć dwa dalekie sobie utwory - na przykład mocno basowy i skromny w środkach stylistycznych "Sound Check (Gravity)" z pierwszego krążka i mistrzowsko operujący dynamiką "Every Planet We Reach is Dead" ze znakomitą, niewirtuozerską fortepianową solówką Ike'a Turnera oraz znacznie bardziej rozbudowaną aranżacją - a i tak z łatwością zidentyfikuje się łączące je te same, nieco przygaszone czy nawet mroczne tekstury oraz aurę, która od tego pierwszego, nieco upiornego teledysku do "Clint Eastwood" wydawała się cechą szczególną grupy.
Od "Plastic Beach" jedynym powracającym elementem jest z kolei wygląd tych czterech fikcyjnych postaci. Producenci ciągle się zmieniają, do głosu zaczęły dochodzić synth-pop i funk, zrobiło się energiczniej, pogodniej, bardziej tanecznie. Do tego goście nie są już spójną częścią czegoś większego - Del the Funky Homosapien nie był przecież na pierwszym albumie po prostu sobą, grał postać Dela the Ghost Rappera, który opętał perkusistę Russela - tylko nieproporcjonalnie dobranym zakłóceniem. Na przykład "The Manifesto" to bardziej utwór argentyńskiego rapera Trueno niż tych, u których rzekomo gości. To samo tyczy się "Damascus", gdzie Gorillaz wydaje się siedzieć przy stoliku na syryjskim weselu organizowanym przez Omara Souleymana. Z kolei wkład Idles w "The God of Lying" wydaje się bardziej symboliczny i medialnie nośny niż odzwierciedlający charakter tego zespołu.
Ciekawym zabiegiem - i dobrze współgrającym z tematyką albumu - jest "zaproszenie" gości, którzy ziemski padół już opuścili. W większości przypadków w jakimś stopniu w przeszłości związanych z Gorillaz. Dennisa Hoppera można było usłyszeć w roli narratora w "Fire Coming Out of the Monkey's Head" z "Demon Days", Bobby Womack odcisnął bardzo wyraźny ślad na albumie "Plastic Beach", na tym samym krążku zaśpiewał też, w utworze "Glitter Freeze", Mark E. Smith, lider The Fall. Niestety oni także pełnią funkcje peryferyjne, symboliczne i najsilniej zaakcentowane w wyliczance autorów pod tytułem utworu, a nie w samej muzyce. Pojedyncze wersy i inne króciutkie fragmenty dźwiękowe w ich archiwalnym wykonaniu przypominają ukryte nawiązania z filmów Marvela, które wypatrzą i zrozumieją tylko najbardziej oddani fani.
Konceptualnie "The Mountain" wiele ma do zaoferowania. Albarn i Hewlett pracowali nad tym materiałem pogrążeni w żałobach, zagłębieni w inny sposób patrzenia na śmierć, z którym zetknęli się w trakcie wspólnej wycieczki do Indii. Okładka, którą wypełnia głównie niebiański bezkres, a łącznikiem z ziemią pozostaje jedynie skrawek szczytu tytułowej góry, sugeruje oderwanie od problemów, ulgę i wolność, ale ani słowa, ani dźwięki, jakie padają przez te sześćdziesiąt sześć minut, nie mają na tyle dużej wagi, by słuchacz mógł poczuć je na własnych barkach. Gdzieś w tych stłoczonych, wystrzeliwanych jeden po drugim pomysłach umknęły emocje. Co gorsze, to nie są nawet szczególnie ciekawie zrealizowane pomysły. Rytmy, melodie, harmonie, właściwie każdy element składowy każdego z kawałków uderza banałem.
"The Happy Dictator", pierwszy singel, choć początkowo napawa optymizmem, a chórki przywodzą na myśl starsze dokonania Gorillaz, szybko okazuje się dreptać w miejscu do prostego, nużącego beatu rozciągniętego na blisko pięć minut (dwa razy mniej w zupełności by wystarczyło). Nie ma tutaj wersów, których chciałoby się uczepić i powtarzać je w głowie. Wchodzą jednym uchem i natychmiast wypadają drugim. To samo tyczy się "Orange Country", "Casablanca" i wielu innych - w każdym jest jakiś dodatkowy głos albo dodatkowy instrument, ale brakuje kompozycji, w których byłyby czymś więcej niż tylko ornamentami doczepionymi do całkowicie bezbarwnych piosenek. Przeszkadza to tym bardziej, że od okładki przez zawartość tekstową po obecność Shankar podkreślane są wpływy muzycznej tradycji Indii, a jednak od początku do końca Albarn gra na zachodnią modłę w metrum cztery czwarte. To podręcznikowy przykład tego, jak nie czerpać inspiracji z cudzej kultury.
Gorillaz od przynajmniej dekady sprawia wrażenie projektu, w którym Damon Albarn lokuje wszystkie swoje najśmielsze pomysły, ale nie najlepsze melodie. Hity na miarę "Feel Good Inc." albo "Clint Eastwood" już się temu zespołowi nie zdarzają. Stał się raczej zbiornikiem na to, czego lider Blur nigdzie indziej upchnąć nie może. Jest to warte uwagi i uznania za odwagę, ale trudno nie odnieść przy tym wrażenia, że wiele z tych eksperymentów zakończyło się fiaskiem, a poniesioną za to ceną jest utracenie wyjątkowego charakteru jednego z najbardziej oryginalnych zespołów z początku XXI wieku.
Gorillaz "The Mountain", Kong
5/10










