Gorillaz odsłaniają kulisy nowego albumu. Stoi za nim rodzinna tragedia
Nowy album to zapis podróży, która zaczęła się od rodzinnej tragedii, a skończyła jako jedno z najbardziej osobistych wydawnictw w historii zespołu Gorillaz. Damon Albarn i Jamie Hewlett opowiadają, jak Indie, strata ojców i chaos współczesnego świata ukształtowały "The Mountain".

Nowy album Gorillaz nie narodził się w studiu ani z gotowego planu, ale z wyjazdu do Indii, który początkowo miał być jednym z najtrudniejszych doświadczeń w życiu twórców. Jamie Hewlett, grafik stojący za wizualną stroną zespołu, wrócił pamięcią do momentu, który zapoczątkował cały projekt:
"To miało być doświadczenie, po którym nigdy nie chcę wracać do Indii… a skończyło się tym, że zakochałem się w Jaipurze".
Artysta poleciał tam, gdy jego teściowa doznała udaru i zapadła w śpiączkę. Spędził z żoną kilka tygodni w szpitalu. To właśnie wtedy narodził się pomysł: "Wróciłem i powiedziałem: musimy pojechać do Indii i coś tam zrobić".
Dla Damona Albarna ten moment również był przełomowy:
"Dosłownie w tym dniu zaczyna się ta płyta. Potem przyszła śmierć mojego ojca, a dziesięć dni później jego ojca" - mówił wokalista w rozmowie dla Interii.
Indie jako oś całej historii
Pierwszy wspólny wyjazd do Indii odbył się w maju 2024 roku - w jednym z najgorętszych okresów.
"Nie mieliśmy jeszcze tematu albumu. Chodziło tylko o bycie tam, pracę z indyjskimi muzykami i chłonięcie kultury" - mówi Hewlett.
Dopiero później wszystko zaczęło się układać: "Temat albumu sam się nam objawił. Wiedzieliśmy, o czym jest, ale jeszcze nie wiedzieliśmy, jak to opowiedzieć".
Podróże obejmowały m.in. Mumbaj, Delhi, Waranasi i Rishikesh. Jak przyznają muzycy - to była intensywna, przytłaczająca wyprawa.
"Indie są pełne energii. Musisz zostawić swoją zachodnią wersję siebie i po prostu się w to wtopić" - tłumaczy Hewlett.
Muzyka i duchowość
Dla Albarna Indie miały również wymiar osobisty i duchowy. Artysta zabrał tam prochy swojego ojca nad Ganges. "Nie dlatego, że musiałem. Po prostu moi rodzice wprowadzili mnie w indyjską kulturę i duchowość już w dzieciństwie".
Jak dodaje: "To wszystko - śmierć mojego ojca, Indie, muzyka - łączy się w jedno doświadczenie, które ma ogromny wpływ na każdego".
"The Mountain" - piosenka, która wszystko zaczęła
Kluczowy moment przyszedł niespodziewanie - pod fortem Amber. Albarn usłyszał ulicznego muzyka grającego na jednocięciowym instrumencie:
"Nagrałem to. W hotelu zacząłem się tym bawić i nagle powstał motyw 'The Mountain'".
Jak twierdzi: "Pytałem wielu muzyków - nikt nie zna tej melodii. A ten człowiek gra ją codziennie". Pierwsza wersja utworu zrobiła ogromne wrażenie na żonie Hewletta: "Obudziła się i powiedziała: 'Boże, co to za piękna muzyka' - była bliska łez".
Chaos, upał i 60 muzyków w jednym pokoju
Jedna z najbardziej surrealistycznych sesji nagraniowych odbyła się w Jaipurze. "Mały pokój, prawie 40 stopni, 60 muzyków, małpy kradnące rzeczy i kable iskrzące za oknem" - opisuje Hewlett. Albarn dodaje: "Próbujesz nauczyć 60 osób nowej melodii w takim chaosie. To było szalone".
Album nie jest jednak tylko o Indiach. Albarn podkreśla, że ważną rolę odegrały także inne miejsca: "Serbia, Damaszek, Casablanca - to miasta z bliznami, ale też ogromną energią".
Jak dodaje: "Chciałem, żeby ta płyta miała też wymiar geopolityczny".
Powrót do analogowego świata
W warstwie wizualnej zespół postawił na radykalny krok - odejście od technologii.
Hewlett inspirował się klasyczną animacją: "Obejrzałem 'The Jungle Book' i pomyślałem - wszystko jest ręcznie robione, bez komputerów, bez AI. To jest piękne".
Efekt? "Ośmiominutowy film animowany rysowany ręcznie, z malowanymi tłami".
Twórcy świadomie odcięli się od współczesnych form promocji.
"Nie chcę robić żadnych dodatków typu TikTok czy Reels" - mówi Hewlett.
I dodaje: "Kupujesz album, dostajesz książkę z grafikami i film. Reszta należy do ciebie".
Albarn komentuje to jeszcze ostrzej: "Media społecznościowe są autokratyczne. Kropka".
Gorillaz wspomina 25 lat razem
Choć od powstania zespołu minęło ćwierć wieku, relacja twórców pozostaje kluczowa.
"Jesteśmy zespołem. Mieliśmy momenty, kiedy ze sobą nie rozmawialiśmy, ale dziś jesteśmy sobie naprawdę wdzięczni" - mówi Albarn.
Hewlett dodaje: "Znam go od ponad 35 lat. Nasze dzieci dorastały razem. To już rodzina".
"To nigdy się nie kończy"
Na koniec jedno pozostaje niezmienne - obsesja tworzenia.
"To nigdy nie jest skończone. Zawsze można zrobić coś lepiej" - przyznaje Hewlett.
A Albarn podsumowuje w swoim stylu: "Najlepsze, co może zrobić pracoholik, to pracować podczas podróży życia. To jest niebo".




![Wojtek Mazolewski Quintet: Zabrakło wody, nie zabrakło energii [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000LYP8B36J9NKTG-C401.webp)




