OFF Festival 2025: Roztańczone Katowice [Relacja z pierwszego dnia]
Tradycyjnie w pierwszy weekend sierpnia, Dolina Trzech Stawów w Katowicach zamienia się w miejsce spotkań osób, dla których poszukiwanie nowych brzmień jest największą pasją. A - warto dodać - reakcje na tegoroczny line-up OFF Festivalu dawno nie wzbudzały aż takiego entuzjazmu. Jak wypadli wzbudzający liczne kontrowersje Kneecap? Czy Kraftwerk dalej warto zobaczyć na żywo? Kto jeszcze nas zaskoczył w tym roku? I czy to był najbardziej roztańczony dzień w historii OFF Festivalu? Zapraszamy na relację z pierwszego dnia!

Tegoroczny OFF Festival rozpoczął rodzimy Hesoyam - to rzecz, która z pewnością zadowoli wszystkich fanów Lil Uzi Verta czy rodzimego 2115 i osób, którym brakuje na tegorocznej edycji brzmień trapowych. Tych - nie ukrywajmy - jest o wiele mniej niż w tamtym roku.
Rozgrzewką w zupełnie innych klimatach było jednak The Cassino - indie rockowe trio, w porównaniu do ostatniej trasy koncertowej, wzbogaciło swój występ o wiolonczelę. Nie był to element przełomowy dla osób, które miały okazję widzieć ich już wcześniej na żywo, ale z pewnością obrazujący bardzo ciekawą drogę, jaką obiera w ostatnim czasie grupa dowodzona przez Huberta Wiśniewskiego i jak powoli oddala się od tego rockowego korzenia. Na małej scenie BLIK w tym czasie szalała Ala Szlagowska, której kontaktu z publicznością i promieniowania pozytywną energią z pewnością może pozazdrościć wielu artystów.
Co zostanie z nami na dłużej? Z pewnością Nilüfer Yanya, która na OFF Festivalu zaproponowała muzykę balansującą gdzieś pomiędzy introwertycznym soulem a brit popem. Swoim głębokim głosem hipnotyzowała wręcz publiczność podczas wykonywania swoich najpopularniejszych utworów, takich jak "Method Actor" czy "Like I Say (I Runaway)". Co ciekawe, pod koniec setu zaproponowała również cover "Rid of Me" PJ Harvey. Kto nie znał, niech nadrabia. Zanotować też warto walijskie Los Campesinos! podróżujące między zabawą a indie popową refleksją.
Nie można zapomnieć o Os Mutantes. Istniejący od lat 60. zespół wydawał się wyrwany z innej planety ze swoim połączeniem latynoamerykańskiej muzyki i beatlesowsko-pinkfloydowskiej psychodelii. Myślę jednak, że umieszczenie ich na scenie większej niż eksperymentalna byłaby lepszą przestrzenią - nie zmienia to faktu, że bardzo cieszy zaproszenie do Polski po raz pierwszy tych legend brazylijskiej muzyki, którymi zachwycał się nawet Kurt Cobain.

Polityka i muzyka
To, że koncert Kneecap (sprawdźcie nasz wywiad!) będzie jednym z mocniejszych fragmentów tego wieczoru, było wiadomo w zasadzie od początku. Irlandzcy raperzy zaczęli od razu z grubej rury, wyświetlając na ekranie garść statystyk o sytuacji Palestyńczyków w Strefie Gazy, tekst "Free Palestine" przewijał się wielokrotnie podczas koncertu tuż obok oskarżeń w kierunku państw zachodnich. Wśród licznych przemów znajdował się też chociażby szereg inwektyw skierowanych w stronę Viktora Orbana - tu głównie z powodu odwołania ich koncertu na Węgrzech i obwołania Kneecap mianem "narodowego zagrożenia" przez głośną krytykę działań izraelskiego rządu. Ze strony publiczności słychać było wyjątkowo głośne buczenie, gdy tylko jego nazwisko było wspominane. Równie szybko przeradzało się to w skandowanie przeciwko politykowi i okazywanie wsparcia Irlandczykom. Ale czy koncert Kneecap - mimo obecności flag palestyńskich nawet wśród publiczności - był tylko i wyłącznie polityczny? Nie powiedziałbym. To była masa mocnej, pełnej wigoru i pewnego rodzaju agresji, energii, która dodatkowo była podkreślana przez bardziej nowoczesne bity, basowe, na których od pewnego czasu nawijają Móglaí Bap oraz Mo Chara. DJ Próvaí z nieodłączną irlandzką balaklawą z kolei wskoczył w pewnym momencie w publiczność, aby wraz z nią rozkręcać moshpit.

Machine Girl - występujący na Scenie Trójki w tym samym czasie, co Kneecap - w żaden sposób nie ustępowali im energii. Jednak z powodu medialnej popularności Irlandczyków, którzy zapewnili prawdopodobnie jeden z największych tłumów pod sceną w historii OFF Festivalu, musieli z oczywistych powodów cieszyć się mniejszą frekwencją. A tu przecież też było wskakiwanie między publiczność, deklaracje polityczne, crowdsurfing, szalona energia wymieniana między publicznością a muzykami. Jeżeli ktoś wybrał się na nich, zamiast na raperów, nie miał najmniejszych powodów, aby żałować.
Przyznaję, że kolejny zestaw w postaci Fat Dog i Frost Machine trzeba nadrobić. Ci pierwsi zapowiadali się jako post-punkowy zespół, a tymczasem rozkręcili niemały rave, gdyż stopa perkusyjna - w perwersyjny wręcz sposób zestawiana z saksofonem - grała dużo gęściej niż można było się tego spodziewać. Ci drudzy natomiast zapowiadali się jako hyperpopowy rave i zaoferowali dokładnie to, czego po takiej grupie można było się spodziewać. To był dobry moment, aby potańczyć jeszcze z tą energią, która została po Kneecap i Machine Girl.

Jestem operator i mam minikalkulator
Kto by za to się spodziewał, że najlepszą imprezę rozkręci… Kraftwerk. Dobrze, pewnie ci, którzy widzieli już zespół w przeszłości mieli tego świadomość. Doświadczający ich audiowizualnego spektaklu po raz pierwszy mogli się w końcu przekonać, w jak taneczny sposób przearanżowano najbardziej znane kompozycje niemieckiego zespołu. Czterech muzyków stojących stoicko na scenie przed wielkimi pulpitami, stroje z paskami LED-owymi, retrofuturystyczne wizualizacje obrazujące fascynację wczesną grafiką 3D - to podkreślało tylko niezwykłą atmosferę, która roztańczyła w tym momencie tysiące fanów w Dolinie Trzech Stawów. Nie zabrakło oczywiście "The Model", "The Robots", "Radioactivity" czy "Autobahn", chociaż największy entuzjazm tłumu - jak na każdym nadwiślańskim koncercie grupy dowodzonej przez Ralf Hüttera, wzbudził utwór "Pocket Calculator" zaśpiewany po polsku. Fani tłumnie krzyczeli "Jestem operator i mam minikalkulator", dumnie pląsając do kultowego utworu. Mimo wszelkiego uwielbienia, to był ten moment, w którym koncert zespołu ||ALA||MEDA|| dowodzonego przez legendę polskiej muzyki niezależnej, Kubę Ziołka, został przez nas pominięty.
Znalazła się jednak chwila, by zobaczyć Kosmonautów. Powiedzieć, że dali genialny koncert, to jak nie powiedzieć nic. Namiot mBank OFF'N Jazz Club wypełniony był do granic możliwości, a wylewające się z niego dźwięki kolejnych solówek na saksofonie czy perkusji oczarowywały przechodniów. Chłopaki grali z wręcz punkową dzikością i energią, a każdy następny numer tylko to wrażenie pogłębiał, dając dowód na to, że jazz idealnie nadaje się na festiwale. Miejmy nadzieję, że następnym razem trafi on jednak na większe sceny!

Na sam koniec klasycznie sety DJ-skie. HiTech zapewnili garść tradycyjnych klubowych brzmień z Detroit, za to yaeji znacznie bliższa była brytyjska elektronika. Kto miał jeszcze energię, to się wytańczył do reszty. Bo trzeba przyznać, że aż tak tanecznego dnia na OFF Festivalu nie było już dawno. A to nieźle wróży na dwa kolejne dni. Bądźcie z nami!





![The Rumjacks: "Zakochaliśmy się w podejściu Polaków do muzyki" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ4WC9AM9HLM-C401.webp)




![Wojtek Mazolewski Quintet: Zabrakło wody, nie zabrakło energii [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000LYP8B36J9NKTG-C401.webp)