Reklama

Elvis Presley w drodze po Złoty Glob ("Elvis On Tour"). Król Rock'n'Rolla w najlepszej formie

Elvis Presley w 1972 r. /Michael Ochs Archives /Getty Images

W listopadzie minęło równo pięćdziesiąt lat odkąd "Elvis On Tour" pojawił się w amerykańskich kinach. Film pokazał Elvisa Presleya "w najlepszej, jeśli nie lepszej niż kiedykolwiek w całej jego karierze formie". Mimo to, wytwórnia filmowa na długie lata skrzętnie ukryła przed fanami nakręcone i nagrane wówczas materiały.

Latem 1969 roku Elvis Presley (posłuchaj!) wrócił do koncertowania po siedmioletniej przerwie (nie licząc czterech krótkich występów przed publicznością zaaranżowanych rok wcześniej na potrzeby programu NBC). Wcześniej, przez niemal całą dekadę lat sześćdziesiątych, piosenkarz tkwił w Hollywood gdzie dwa - trzy razy do roku kręcił niskobudżetowe filmy.

Początkowo bajecznie kolorowe, rozśpiewane produkcje z udziałem króla rock'n'rolla ściągały do kin tłumy fanów a jemu samemu przynosiły niebagatelne dochody. Elvis pojawiał się na dużym ekranie w roli przystojnych przewodników, pilotów śmigłowców, kierowców wyścigowych a nawet cyrkowców. Z czasem jednak śpiewanie do atrakcyjnych, często skąpo przyodzianych dziewcząt, psów i krewetek zaczęło go coraz bardziej nużyć a jego marzenie o poważnej, dramatycznej roli stawało się coraz bardziej odległe.

Reklama

Co gorsza, kolejne błahe komedie romantyczne, do których go angażowano nie budziły już takiego entuzjazmu wśród publiczności jak wtedy, gdy na afisze trafiały przebojowe "G.I.Blues", "Blue Hawaii", "Fun In Acapulco" czy "Viva Las Vegas". Podobnie z resztą jak rejestrowane do nich taśmowo banalne, pisane często w pośpiechu, piosenki, których jedynym zadaniem było pasować do wybranego miejsca w scenariuszu.

Szczęśliwie, po szalenie udanych sesjach nagraniowych w Nashville w 1966 i 1967 roku, w trakcie których zarejestrowano m.in materiał na wybitny longplay "How Great Thou Art", Elvis zaczął na nowo odzyskiwać wiarę we własne możliwości i w to, że po latach artystycznego niebytu uda mu się w końcu odbudować własną karierę.

Trampoliną do sukcesu okazał się nakręcony w czerwcu 1968 roku program telewizyjny "ELVIS", który dzięki młodzieńczemu zapałowi i wizjom producenta Steve'a Bindera oraz zaangażowaniu samego Presleya stał się genialnym muzycznym spektaklem a nie tym czym miał być w początkowych założeniach menedżera Elvisa - Pułkownika Parkera, gwiazdkowym show, w którym słynny artysta miałby zaśpiewać kilkanaście kolęd, złożyć widzom świąteczne życzenia, ukłonić się a następnie zejść  ze sceny.

Elvis Presley wraca na szczyt

Tymczasem, dzięki wspólnym wysiłkom Presleya, Bindera i całego sztabu osób odpowiedzialnego za powstanie programu, Elvis niczym przysłowiowy Feniks odrodził się na oczach tysięcy telewidzów śpiewając swoje dawne hity - "All Shook Up", "Jailhouse Rock", "Hound Dog" czy "That's All Right" (i wiele innych) w odświeżonych, bardziej współczesnych aranżacjach. Sam show natomiast, zamiast tradycyjną kolędą "Silient Night" (czy rozważanym ponoć "I'll Be Home On Christmas Day") zamknął przejmującym wykonaniem "If I Can Dream". Dramatyczną balladą, skomponowaną specjalnie dla niego przez Earla Browna, w której wokalista mógł publicznie wyrazić to co czuł po śmierci Martina Luthera Kinga i Roberta Kennedy'ego.

8 grudnia, tj. w dniu w którym NBC po raz pierwszy pokazała swój show, słupki oglądalności poszybowały do samej góry. Niedługo potem okazało się, że pierwszy od czasów "Timex Show" Franka Sinatry (wyemitowany w 1960 roku, tuż po powrocie Elvisa z wojska) program telewizyjny Presleya miał najwyższą oglądalność w całym 1968 roku!

Olbrzymim powodzeniem cieszył się również album z pochodzącą z niego ścieżką dźwiękową. W pierwszych miesiącach 1969 roku longplay z muzyką z programu uplasował się na wysokim, ósmym miejscu w rankingu HOT 200 tygodnika Billboard (w Wielkiej Brytanii dotarł do miejsca drugiego). Tak dobrych wyników Elvis nie miał od lat.

Spektakularny sukces programu NBC, a w szczególności ta jego część, w której Elvis wystąpił 'na żywo' przed publicznością, niemal naturalnie rozbudził zainteresowanie powrotem Presleya na estradę. Oczekiwania wielbicieli były teraz większe niż kiedykolwiek wcześniej. Po emisji show chyba nikt nie chciał już oglądać Elvisa w kolejnym filmie,  za to każdy życzył sobie wznowienia przez niego działalności estradowej.

Tak olbrzymi popyt na Presleya i jego muzykę (podobnie jak topniejące zainteresowanie filmami, w których występował) nie uszedł uwadze Pułkownika Parkera, który po wygaśnięciu zobowiązań względem Hollywood, wynegocjował dla swojego klienta intratny kontrakt z nowopowstającym hotelem International w Las Vegas. Największym tego typu obiektem w całym mieście.

Długo wyczekiwany sceniczny comeback Elvisa nastąpił 31 lipca 1969 roku. Na koncert otwierający ściągnęły prawdziwe tłumy. Mogącą pomieścić nieco ponad dwa tysiące osób elegancką salę widowiskową (showroom) szczelnie wypełnili zarówno fani artysty jak i największe ówczesne sławy - Ann Margret, Cary Grant, Sammy Davis Jr i Paul Anka.

Presley, ubrany w zaprojektowany specjalnie na tą okazję czarny kostium, wyglądem luźno nawiązującym do tradycyjnych strojów karate, wkroczył na scenę przy dźwiękach orkiestry Bobby'ego Morrisa i ogłuszającym huraganie braw. Swój występ rozpoczął porywającą wersją prawdziwego hymnu ery rock'n'rolla, "Blue Suede Shoes". Po nim nastąpiły kolejne, niemniej popularne (i niemniej ważne w dziejach muzyki rozrywkowej) "Jailhouse Rock", "Don't Be Cruel", "All Shook Up" i "Hound Dog".

Elvis Presley ze złotym pasem. "Światowe mistrzostwo"

Oprócz hitów z początków swojej kariery piosenkarz zaprezentował oczarowanej publiczności także kilka przebojów ze swoich ostatnich sesji nagraniowych, m.in "In The Ghetto" i "Suspicious Minds" oraz parę aktualnych kompozycji - w tym "Words" grupy Bee Gees czy "Hey Jude" i "Yesterday" Beatlesów, którymi chciał niejako potwierdzić, że pomimo swojej długiej nieobecności wciąż jest na bieżąco z tym co obecnie dzieje się w muzyce. Każdy zaprezentowany tej nocy utwór widownia przyjmowała równie gorącym aplauzem.

Na zwołanej następnego dnia konferencji prasowej Presley wyznał: "Bardzo się cieszę, że mogę z powrotem występować przed publicznością. Nie sądzę bym kiedykolwiek był bardziej podekscytowany niż dzisiejszego wieczora".

Cieszyła się również publiczność. Pierwszy sezon Presleya w hotelu International, obejmujący pięćdziesiąt siedem koncertów (!) okazał się absolutną sensacją. Dochód osiągnięty ze sprzedaży biletów, gadżetów i różnego rodzaju pamiątek wyniósł blisko półtora miliona dolarów! Las Vegas jeszcze nigdy nie przeżyło czegoś takiego!

W dowód uznania władze hotelu uhonorowały Elvisa złotym pasem (był autentycznie złoty) na którym wygrawerowano: "Elvis. Światowe mistrzostwo w rekordzie frekwencji. Las Vegas, Nevada. International Hotel".

Rok później Presley na dobre powrócił już do koncertowania. Pod koniec stycznia 1970 roku rozpoczął kolejną turę występów w hotelu International a miesiąc później zagrał sześć koncertów w  Houston w Teksasie podczas dorocznej imprezy Houston Livestock & Rodeo.

Do Vegas wrócił latem. Tym razem w towarzystwie ekipy filmowej MGM, która na mocy kontraktu z 7 kwietnia 1970 roku miała nakręcić film dokumentalny z przygotowań do letniego sezonu i w końcu z samych koncertów. Przez kilka tygodni kamery towarzyszyły więc piosenkarzowi zarówno podczas prób z zespołem jak i za kulisami, na chwilę przed wejściem na scenę. "Po raz pierwszy widać go w filmie takim jakim jest", zauważył w książce "Elvis Files 1969 - 1970" Erik Lorentzen. "Jest przedstawiony jako artysta i fenomen".

Gotowy obraz, "Elvis. That's The Way It Is" w reżyserii dwukrotnego zdobywcy Oscara, Dennisa Sandersa, trafił na ekrany kin 11 listopada 1970 roku i z miejsca zyskał przychylne opinie zarówno krytyków filmowych jak i fanów artysty. "'That's The Way It Is' był zupełnie innym filmem od tych, które Elvis robił w latach sześćdziesiątych", pisał na łamach swojej książki Todd Slaughter z brytyjskiego fanklubu artysty, który podobnie jak inni europejscy wielbiciele Presleya mógł obejrzeć nową produkcję MGM dopiero wiosną 1971 roku. "Sposób, w jaki wyglądał, sposób w jaki śpiewał, w jaki się poruszał - wszystko w nim było inne. Wyglądał tak jak wtedy gdy zrobił 'Comeback Special' - king of cool".

Wydaje się jednak, że spośród wszystkich tych powyższych zachwytów najlepszą recenzję obrazowi Sandersa wystawił sam Elvis, stwierdzając, że "That's The Way It Is" był najlepszym filmem w jakim dotąd wystąpił!

Premierze filmu towarzyszyło wydanie nowej płyty. Longplay pod tym samym tytułem co film został częściowo nagrany w Las Vegas, podczas sierpniowych występów Elvisa w hotelu International oraz w Nashville, w tamtejszym Studio B. Dla sporej części obserwatorów twórczości Presleya wydany w listopadzie album "That's The Way It Is" był więc jeszcze jednym soundtrackiem w dotychczasowym dorobku artystycznym wokalisty. I nawet jeśli rzeczywiście za taki go uznać to różnice pomiędzy dotychczasowymi filmowymi propozycjami a materiałem zarejestrowanym podczas legendarnego czerwcowego "maratonu w Nashville", tj. pięciodniowej sesji nagraniowej w trakcie której Elvis nagrał ponad trzydzieści piosenek, były kolosalne!

Tym razem utwory, w większości ballady, zostały starannie wyselekcjonowane spośród dziesiątek płyt demo i dopracowane w najdrobniejszych detalach. Począwszy od nastrojowego "Twenty Days And Twenty Nights" poprzez "How The Web Was Woven" i "Mary In The Morning" aż po kończące longplay majestatyczne "Bridge Over Troubled Water".

"Elvis nigdy nie brzmiał lepiej"

"To wspaniały album", zachwycał się branżowy magazyn Billboard. "Elvis nigdy nie brzmiał lepiej". Po niespełna dwóch miesiącach od wydania płyta dotarła do dwudziestego pierwszego miejsca w zestawieniu Hot 200 cytowanego wyżej tygodnika.

Statystyki dotyczące nowego filmu Presleya były więc szalenie obiecujące. Tylko w dniu amerykańskiej premiery obraz "That's The Way It Is" uplasował się na wysokiej, dwudziestej drugiej pozycji rankingu Variety National Box Office Survey a sprzedaż towarzyszącej mu płyty ze ścieżką dźwiękową przekroczyła pół miliona egzemplarzy. Ponadto, jak stwierdził jeden z recenzentów, najnowszy film Presleya stanowił również doskonałą promocję jego przyszłych występów w Nevadzie.

W świetle powyższych faktów nie dziwi więc fakt, że zaledwie kilka miesięcy później, menedżer Elvisa, rozpoczął z władzami wytwórni MGM negocjowanie warunków nakręcenia kolejnego dokumentu. Pierwsze rozmowy na temat przyszłej produkcji ruszyły na początku 1972 roku. Do tego czasu Elvis koncertował już w całych Stanach Zjednoczonych.

W swoje pierwsze od połowy lat pięćdziesiątych tournee piosenkarz wyruszył we wrześniu 1970 roku. Trasa wiodła wówczas przez sześć amerykańskich miast, od Phoenix w Arizonie począwszy a na Mobile w Alabamie skończywszy i obejmowała osiem wyprzedanych do ostatniego miejsca występów. Bilety na każdy z koncertów rozeszły się błyskawicznie a ukazujące się w następnych dniach recenzje prasowe były więcej niż pozytywne. Podobna sytuacja utrzymywała się zresztą przez cały następny rok.

Elvis gnał ze swoim show od miasta do miasta, dając łącznie, w całym 1971 roku, sto pięćdziesiąt sześć koncertów. Każdy z nich obejrzało od dwóch (tyle była w stanie pomieścić sala hotelu International) do osiemnastu tysięcy osób!

Żelaznym punktem na tej koncertowej mapie było oczywiście Las Vegas, gdzie jak w poprzednim roku, Presley rezydował dwukrotnie - na przełomie stycznia i lutego oraz w sezonie letnim - przez cały sierpień i kilka dni września. I to właśnie w Las Vegas miały powstać zdjęcia do jego kolejnego filmu dokumentalnego.

Początkowo bowiem Pułkownik Parker zamierzał wykorzystać sprawdzoną przed dwoma laty formułę i raz jeszcze pokazać widzom swojego sławnego klienta podczas występów w hotelu International.  Materiał do projektu o roboczym tytule "Standing Room Only" planowano nakręcić podczas zimowej serii koncertów Elvisa w mieście.

W ostatniej chwili powyższą koncepcję jednak zmieniono i zamiast do stolicy rozrywki MGM wysłała swoje kamery za Presleyem na wiosenne tournee. Nowy film miał teraz pokazać jego tryumfalny powrót na estrady największych amerykańskich hal koncertowych.

Pełniący w tamtym czasie funkcję wiceprezesa MGM, Jack Haley Jr, nadzór nad projektem powierzył dwóm doświadczonym producentom - Robertowi Abelowi i Pierre'owi Adidge, którzy zaledwie przed rokiem doskonale sprawdzili się przy realizacji obrazu "Mad Dogs & Englishman" dokumentującego trasę Joe Cockera po Stanach Zjednoczonych w 1970 roku.

"W tym okresie w muzyce najwięcej się działo", wspominał Abel w jednym z wywiadów. "Dla mnie to był wielki artystyczny manifest naszych czasów. A w połączeniu z filmem... co za niesamowity mariaż. Czułem się jak Alan Lomax nagrywający Woody'ego Guthriego. Utrwalałem dla potomności ten wielki fenomen. Dopiero co na ekrany wszedł 'Woodstock' i nagle wszyscy zdali sobie sprawę, że właśnie trwa niesamowita artystyczna, społeczna rewolucja, a ja zawsze chciałem dotrzeć do jej korzeni i zawsze chciałem zrobić film o Elvisie".

Zanim jednak ten niezwykle ceniony ekspert w dziedzinie efektów wizualnych, animacji komputerowej oraz mediów interaktywnych przystąpił ostatecznie do prac nad trzydziestym trzecim (!) filmem Presleya miał już w swoim CV m.in ekranizację bestsellerowej książki "Making Of The President, 1968" oraz kilka zrealizowanych z zastosowaniem najnowocześniejszych rozwiązań technologicznych, reklam telewizyjnych.

Do pierwszego, oficjalnego spotkania przyszłych twórców filmu z popularnym wokalistą doszło po jednym z koncertów tego ostatniego w Las Vegas. W lutym 1972 roku. Pomimo olbrzymiego, bardzo pozytywnego wrażenia jakie Elvis wywarł na obu producentach (''... z wrażenia nie wiedzieliśmy co powiedzieć"), Robert Abel już na samym początku rozmowy zdołał przedstawić mu swoje oczekiwania względem ewentualnej dalszej współpracy. "Kręcę filmy dokumentalne i tak naprawdę interesuje mnie nie sama muzyka, ale człowiek, który ją tworzy", wyjaśnił. "Chociaż chciałbym, żeby na taśmie znalazła się również twoja prawdziwa muzyka. Ścieżki dźwiękowe wydane do tej pory nie zrobiły na mnie najlepszego wrażenia. Jeśli opowiemy o tobie ciekawą historię to może wyjść z tego interesujący film...".

W późniejszych wywiadach Abel nie ukrywał bowiem, że jedynymi filmami z udziałem Elvisa, na które tak naprawdę zwrócił uwagę były "Jailhouse Rock", "King Creole" i "Flaming Star". Zakulisowe spotkanie podczas którego wstępnie omówiono pomysły na realizację dokumentu przebiegło w sympatycznej atmosferze. Elvis przez cały czas był w świetnym nastroju. Sporo żartował a co najważniejsze... od samego początku wydawał się być autentycznie zainteresowany realizacją nowej produkcji.

Według różnych źródeł, nie oponował nawet wówczas gdy Abel i Adidge, wyraźnie dali mu do zrozumienia, że nie podejmą się dalszej współpracy dopóki nie obieca im, że podczas zdjęć będzie zachowywał się całkowicie naturalnie (w ich opinii bowiem w "That's The Way It Is" więcej było gry niż prawdziwego Elvisa).

Elvis Presley On Tour

Tydzień później przygotowania do realizacji filmu, który ostatecznie przemianowano na "On Tour" (tj. "W trasie") ruszyły pełną parą. Jak pisze w swojej książce Jerry Hopkins, Pierre Adidge udał się wraz z Pułkownikiem Parkerem w trzydniowy objazd po miejscach, w których Elvis miał wystąpić w ramach kwietniowego tournee i wybrania tych, które najlepiej będą się nadawały do sfilmowania. Robert Abel pozostał w tym czasie na miejscu i zajmował się kompletowaniem ekipy filmowej oraz niezbędnego sprzętu.

Do realizacji projektu zamierzano wykorzystać jedenaście kamer firmy Eclair. Małych, dyskretnych rejestratorów wyposażonych w jedenastominutowe rolki filmu (by zachować ciągłość kamery zostały podłączone do magnetofonu, "zbierającego dźwięk i obraz ze wszystkich źródeł").

Początek wiosennej trasy zaplanowano na środę, 5 kwietnia 1972 roku. Zanim jednak Elvis pojawił się Buffalo w zachodniej części stanu Nowy Jork, w którym miał zagrać koncert otwierający, udał się na kilka dni do Los Angeles - na krótką sesję nagraniową i próby z zespołem. W podróży towarzyszyły mu kamery MGM...

6363 Sunset Boulevard

Według wstępnych planów, premierze filmu, podobnie jak w 1970 roku, miało towarzyszyć wydanie płyty ze ścieżką dźwiękową. Premierę albumu, zatytułowanego "Standing Room Only" zaplanowano na sierpień 1972 roku. Pomimo jednak iż longplay pojawił się w planach wydawniczych i jak mogło się wydawać, prace nad nim były bardzo zaawansowane - nadano mu nawet numer katalogowy LSP 4762 i zatwierdzono dla niego okładkę - to ostatecznie nigdy nie ujrzał światła dziennego. Podobnie z resztą jak i lista przewidzianych na niego utworów. Do dzisiaj nie jest więc jasne czy wytwórnia RCA zamierzała zrealizować wydawnictwo stricte koncertowe, wykorzystując w tym celu materiał nagrany podczas zimowej tury występów Presleya w Las Vegas, czy też płyty nawiązującej koncepcją do wydanej dwa lata wcześniej "That's The Way It Is".

Wydaje się jednak bardzo prawdopodobnym, że pozyskanie utworów na powyższy album a także kilka promujących go singli było głównym celem wizyty Elvisa w należącym do RCA studiu nagraniowym przy 6363 Sunset Boulevard w Kalifornii w marcu 1972 roku. Zgromadzony w ciągu trzech nocy materiał (27/28, 28/29 i 30/31 marca) zdominowały piękne lecz przygnębiające ballady o utraconej miłości i rozstaniu.

Elvis Presley opłakuje rozstanie z żoną. "Głupcze, miałeś jej nie stracić"

Wybór takiego właśnie repertuaru wynikał po części z osobistych doświadczeń piosenkarza, który zaledwie kilka tygodni wcześniej rozstał się ze swoją żoną, Priscillą Presley. Od lutego para oficjalnie pozostawała w separacji (o tym, że odchodzi do Mike'a Stone'a Priscilla poinformowała go po jednym z koncertów w Las Vegas).

Przytłoczony rozpadem małżeństwa Elvis rozpoczął sesję od zarejestrowania utworu "Separate Ways", wspólnej kompozycji Richarda Maingra i Reda Westa. "Pewnego dnia, kiedy ona będzie już starsza, może zrozumie dlaczego jej mama i tata nie są już razem", śpiewał Presley w nagranej po dwudziestu pięciu (!) podejściach balladzie. "Te łzy, które płynęły po jej twarzy, gdy żegnałem się z nią po raz ostatni, na zawsze pozostaną w moim sercu".

W podobnym tonie co "Separate Ways" utrzymane były także pozostałe kompozycje. W wykonanej chwilę później "For The Good Times" Krisa Kristoffersona Elvis pocieszał się: "Cieszmy się, że mogliśmy razem spędzić trochę czasu. Nie ma potrzeby by oglądać się na mosty, które palimy". Z kolei słowa utrwalonego na zakończenie drugiego dnia sesji utworu "Fool" zabrzmiały jak wyrzut: "Głupcze, miałeś jej nie ranić. Głupcze, miałeś jej nie stracić. Głupcze, miałeś ją tylko kochać... a teraz jej miłość odeszła".

Jedyny wyjątek od powyższej reguły stanowiła rockowa "Burning Love", którą od początku marcowych nagrań starał się zainteresować Elvisa jego producent, Felton Jarvis (widząc jak bardzo Elvis potrzebuje nowego przeboju, którym mógłby ponownie podbić listy przebojów). Początkowo jednak ten ostatni zupełnie nie zwracał na nią uwagi. Jego myśli wciąż bowiem krążyły wokół smutnych ballad, których bohaterowie obwiniali się o rozpady swoich związków. Do jej zaśpiewania zdołali przekonać go dopiero jego wieloletni współpracownicy, Jerry Schilling i Joe Esposito.

W rezultacie, po sześciu próbach, uzyskano jej "dobrą energetyczną wersję". Każda osoba obecna jednak tego dnia w studiu zdawała sobie jednak sprawę, że Elvis zgodził się zrobić "Burning Love" tylko po to by nie zawieść swojego producenta. Efektem marcowych sesji było siedem utworów, które zrealizowane na singlach zapewniły Presleyowi najwyższe notowania na listach bestsellerów od czasów "Suspicious Minds", stając się jednocześnie jednymi z najważniejszych w całej jego karierze.

Niestety, wydaje się, że wytwórnia RCA nigdy w pełni nie wykorzystała potencjału takich hitów jak "Always On My Mind", "It's A Matter Of Time" czy wspomnianego "Separate Ways".  Po zdjęciu z planu wydawniczego longplaya "Standing Room Only" roztrwoniła wspomniane kompozycje na budżetowe produkcje w stylu "Burning Love And Hits From His Movies" czy "Separate Ways" (umieszczając je obok przeciętnych piosenek filmowych z lat sześćdziesiątych). Szkoda, bo zebrane na jednym albumie mogły zagwarantować Elvisowi płytę na miarę "Elvis Country", okrzykniętego przez fanów i krytyków najlepszym longplayem w całych latach siedemdziesiątych!

Dzień po skończonych nagraniach Elvis pozostał w studiu by wraz z członkami swojego zespołu odbyć krótkie próby przed zbliżającym się tournee. I... dostarczyć materiału wytwórni MGM do nowego filmu. "Elvis był naprawdę bardzo skoncentrowany na swoich wykonaniach", zapamiętał w jednym z wywiadów basista Emory Gordy, który wraz z Jamesem Burtonem, Johnem Wilkinsonem, Glenem D. Hardinem, Ronniem Tuttem, Charliem Hodgem oraz członkami grupy wokalnej The Stamps, towarzyszył Presleyowi w przygotowaniach. "To znaczy, był naprawdę zaangażowany. Odsłuchiwał playbacku, ustawiał swoje partie tak jak chciał i był naprawdę skoncentrowany".

W odróżnieniu od nakręconej latem 1970 roku serii prób przed letnimi koncertami w hotelu International w Las Vegas, te zarejestrowane w Kalifornii miały zupełnie inny przebieg. Tym razem bowiem ekipa MGM zastała Elvisa w zupełnie innym punkcie jego kariery a przede wszystkim w zupełnie innym miejscu jego życia osobistego. Niedawne odejście Priscilli sprawiło, że piosenkarz nie był już tak skory do żartów, wygłupów czy błaznowania przed kamerą (choć i takich momentów nie brakowało). Wręcz przeciwnie...

Pierwszy wieczór (czwartek, 30 marca) niemal w całości wypełnił repertuar oparty na piosenkach nagranych zaledwie parę dni wcześniej. Przez kilka godzin Elvis dopracowywał więc brzmienie takich utworów jak "Always On My Mind", "Separate Ways" czy "For The Good Times", które zdominowało całą próbę. Balladę Krisa Kristoffersona wokalista powtarzał w kółko przynajmniej dziesięć razy! "Jest taka piękna wersja, w której Elvis i jego wieloletni przyjaciel, Charlie Hodge, harmonizują wspólnie jeden wers a po chwili cicho dołącza do nich zespół", zanotowano w jednym z opracowań poświęconych marcowym próbom.

Równie dużo uwagi co piosence "For The Good Times" Presley poświęcił także kompozycji "Burning Love", którą zamierzał zaprezentować publiczności jeszcze podczas kwietniowych koncertów. Resztę nocy poświęcono na doszlifowanie takich klasyków jak "Johnny B.Goode" Chucka Berry'ego czy "A Big Hunk' O Love", które w koncertowym repertuarze Elvisa pojawiło się zaledwie przed dwoma miesiącami, w styczniu 1972 roku.

Przeboje z wcześniejszych płyt artysty, takie jak chociażby "Love Me", "All Shook Up", "Heartbreak Hotel", "Hound Dog", "Lawdy Miss Clawdy" czy medley "(Let Me Be Your) Teddy Bear/Don't Be Cruel" stały się z resztą dominującą częścią kolejnego dnia prób w studiu przy 6363 Sunset Boulevard. Elvis wydawał dobrze się bawić ćwicząc ich nowe aranżacje. Podobnie jak i wtedy, gdy zespół "brał na warsztat" inne, szczególnie cenione przez publiczność kompozycje - "Polk Salad Annie", "Proud Mary", "Never Been To Spain" czy "Funny How Time Slips Away" i "See See Rider".

Patrząc jednak z perspektywy czasu, jednym z najpiękniejszych utworów (długo nie wydawanych na żadnych płytach) jaki wówczas udało się zarejestrować ekipie MGM, była ballada "Young And Beautiful" z filmu "Jailhouse Rock", w którą za sprawą odświeżonej aranżacji Elvis tchnął zupełnie nowe życie. Słuchając dzisiaj tego rzadkiego wykonania, można jedynie ubolewać nad faktem, że utwór w tej formie nigdy nie wszedł na stałe do jego koncertowej setlisty. Stał się za to swego rodzaju atrakcją. Przez blisko osiem lat swojej estradowej działalności, Presley zaskoczył swoją publiczność jego wykonaniem tylko cztery razy - 12 listopada 1971 roku w Houston, 19 sierpnia 1975 roku w Las Vegas oraz rok później, 6 i 9 maja w Lake Tahoe.

Wtedy działa się magia

Filmowcy MGM, którzy od kilku dni towarzyszyli Elvisowi w hollywoodzkim studiu, z uwagą śledzili więc sposób w jaki tworzył on swoją muzykę. Jak pracował ze swoim zespołem. Jak co pewien czas, pomiędzy jednym a drugim podejściem, zaskakiwał członków swojej grupy spontanicznie rzucanymi tytułami swoich ulubionych utworów, takich jak chociażby "El Paso" z repertuaru Marty'ego Robinsa. Procesowi, któremu do tej pory mogły przyglądać się jedynie nieliczne osoby z zaufanego kręgu piosenkarza. I choć już wszystko powyższe dla zwykłego fana czy znawcy historii muzyki rozrywkowej wydaje się brzmieć niczym wygrana na loterii to to czego realizatorom nowego dokumentu dane było doświadczyć w kulminacyjnym momencie drugiego dnia prób było niczym odkrycie Świętego Graala.

Wielka słabość Presleya do muzyki gospel nigdy nie była tajemnicą. "Moją największą miłością jest muzyka spirituals", deklarował z resztą sam piosenkarz. "Czasami sięgam po stare kolorowe pieśni w tym stylu". W latach pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych Elvis robił to szczególnie przed rozpoczęciem kolejnych sesji nagraniowych czy za kulisami koncertów oraz programów telewizyjnych. W latach siedemdziesiątych natomiast, po wyczerpujących występach w Las Vegas, otoczony swoimi przyjaciółmi, współpracownikami i członkami grup wokalnych, potrafił w swoim hotelowym apartamencie godzinami śpiewać ulubione pieśni gospel.

Niestety, z tych nierzadko całonocnych, owianych dzisiaj legendą jam session, ani minuta nie zachowała się w postaci choćby słabej jakości nagrania audio (nie mówiąc już o wideo). Ten czas przeznaczony był tylko dla najbliższych...

Pewnego wyobrażenia na temat tego jak owe nieformalne, hotelowe spotkania mogły wyglądać dostarczyli dopiero Robert Abel i Pierre Adidge filmując późnym wieczorem 31 marca 1972 roku spontaniczne jam session zbudowane właśnie wokół muzyki gospel. Po wielogodzinnych, wyczerpujących przygotowaniach do nowej serii koncertów, Elvis wraz z członkami grupy The Stamps zajął miejsce przy stojącym w studiu fortepianie i na kilkadziesiąt minut zatopił się w dźwiękach, przy których dorastał, które kochał i które z czasem ukształtowały jego muzyczną wrażliwość. "Lighthosue", "Turn Your Eyes Upon Jesus/Near My God To Thee", "Lead Me, Guide Me", "Bosom Of Abraham", "I John" czy "You Better Run". To tylko niektóre standardy muzyki gospel, które wybrzmiały w tamtej niezwykłej chwili... Jeśli kiedykolwiek w studiu nagraniowym zadziała się magia... to właśnie wtedy.

Elvis Presley i Błękitny pazur

Wyprzedane na kilka tygodni wcześniej wiosenne tournee rozpoczęło się w środę, 5 kwietnia 1972 roku, koncertem w Buffalo w stanie Nowy Jork. Wizyta słynnego króla rock'n'rolla w mieście szybko urosła do rangi wydarzenia, o którym lokalne stacje radiowe informowały niemal codziennie aż do chwili przyjazdu piosenkarza.

A dokładniej, jak wynika z relacji fanów, którzy na kilka godzin utknęli w kilometrowych korkach tworzących się na trasie dojazdowej do hali Memorial Auditorium, w której Elvis miał wystąpić, audycje promujące koncert nadawano jeszcze na godzinę przed jego rozpoczęciem.

Pomimo iż początek show zaplanowano dopiero na godzinę pół do dziewiątej wieczorem, najwierniejsi wielbiciele Presleya, ściskając w dłoniach bilety - przepustkę na spotkanie z idolem i wielkie muzyczne wydarzenie, od wielu godzin czekali już w kilkunastometrowych kolejkach pod usytuowaną w centrum miasta salą by zaraz po otwarciu drzwi zająć możliwie najlepsze miejsca.

"Miałem wtedy dwadzieścia jeden lat i byłem bardzo podekscytowany tym, że mogłem być obecny na tym koncercie", wspominał po latach jeden z uczestników. "Wszedłem do Aud (popularna nazwa Memorial Auditorium, przyp. autor) zaraz po otwarciu drzwi. Z lornetką w dłoni podszedłem do miejsca za sceną skąd mogłem zobaczyć muzyków stojących na podwyższeniu i listę piosenek, które będą wykonywane".

Wyczekiwane w napięciu pojawienie się Elvisa poprzedził zwyczajowy support, który zapewnili komik Jackie Kahane oraz towarzyszące piosenkarzowi grupy wokalne - The Sweet Inspirations oraz The Stamps. Kilkadziesiąt minut później, około godziny dwudziestej pierwszej trzydzieści, w arenie rozległy się pierwsze dźwięki tematu muzycznego z filmu Stanleya Kubricka, "Odyseja Kosmiczna 2001". Dla blisko siedemnastu i pół tysiąca osób stłoczonych w budynku (tj. rekordowej frekwencji w tym obiekcie) znak, że za moment na scenie pojawi się ten dla którego tu przyszli. Kiedy więc tylko sylwetka Presleya zamajaczyła przy wyjściu na estradę publiczność natychmiast poderwała się z miejsc i powitała swojego idola ogłuszającym aplauzem.

Ubrany w błękitny jumpsuit o nazwie "Blue Nail" (tj. "Błękitny pazur") Elvis odwzajemnił tak gorące powitanie swoim charakterystycznym uśmiechem po czym przedzierając się przez nieustającą wrzawę i wyrazy uwielbienia wciąż wykrzykiwane w jego kierunku z widowni, otworzył show mocną wersją "See See Rider". Po nim, pomimo drobnych kłopotów z dźwiękiem, z werwą uderzył w "Proud Mary" z repertuaru Creedence Clearwater Revival i "Never Been To Spain". Te jak i każde kolejne wykonania fani nagradzali huraganem braw.

Po zaprezentowaniu kilku swoich aktualnych przebojów, takich jak "Until It's Time For You To Go" czy "Polk Salad Annie", Presley przypomniał również kilka wielkich hitów ze swoich wcześniejszych płyt. "Love Me", "All Shook Up", "Blue Suede Shoes", medley "(Let Me Be Your) Teddy Bear"/"Don't Be Cruel", "Hound Dog" czy porywające "A Big Hunk O' Love". Bez wątpienia, dla sporej grupy jego wielbicieli, była to ulubiona część jego koncertu.

A w szczególności dla jego fanek, które w trakcie wykonywania "Love Me Tender" mogły nie tylko otrzymać jedną z jego apaszek lecz także... wymarzony pocałunek. Tej niezwykłej relacji łączącej Elvisa z jego fanami z uwagą przyglądał się Robert Abel, który również był tego dnia na widowni. Jak sam wyjaśniał w późniejszych wywiadach, przybył do miasta by zaznajomić się ze specyfiką występu bohatera swojego nowego filmu. "Zabrałem do Buffalo przenośną kamerę Sony Portapack, którą sfilmowałem koncert tak żebyśmy mogli później przeanalizować muzykę i wszystkie jego ruchy na scenie", tłumaczył.

Nakręcony wówczas materiał nigdy jednak nie został wykorzystany w powstającym dokumencie. Producent pokazał go jedynie swoim najbliższym współpracownikom ("wszyscy kamerzyści, którzy dla nas pracowali musieli obejrzeć tę taśmę", wyjaśniał w wywiadach) uczulając ich przy tym, na które fragmenty koncertów Elvisa powinni zwrócić szczególną uwagę podczas filmowania.

Kamerzyści nie odstępowali Elvisa o krok

Oficjalne zdjęcia do filmu (a w zasadzie jego koncertowej części) wystartowały dopiero cztery dni później. Tymczasem, po udanym otwarciu kwietniowego tournee, Elvis ruszył ze swoim show do kolejnych miast. Po Buffalo, następnymi przystankami na koncertowej mapie były kolejno Detroit, Dayton i Knoxville. 9 kwietnia, Presley i jego kilkudziesięcioosobowa ekipa wylądowali w Hampton Roads. Bilety na oba zakontraktowane występy w tamtejszej Hampton Roads Coliseum (ceny wejściówek wahały się od pięciu do dziesięciu dolarów), podobnie jak i w innych miastach rozeszły się "na pniu".

"Jego (Elvisa, przyp. autor) dzisiejsze koncerty mogą nie przypominać jego ostatniego występu w Newport News (miasto w stanie Wirginia, przyp. autor) z 1955 roku kiedy to grał dla tłumu rozkrzyczanych nastolatków w starym James Theater na początku swojej kariery, ale wśród publiczności na pewno znajdzie się wiele osób, które wciąż żywo pamiętają tamten dzień", pisano w porannym wydaniu dziennika "Daily Press". "Żaden inny wykonawca, ani Frank Sinatra, ani Tom Jones, ani Donny Osmond ani nawet David Cassidy nie zdołał osiągnąć na przestrzeni lat, od wojny w Korei do wojny w Wietnamie, tak gigantycznego rozgłosu jak Elvis".

Próbując sprostać własnej legendzie, Presley stanął na scenie Coliseum dwukrotnie. Po raz pierwszy około godziny pół do trzeciej po południu i kolejny o pół do dziewiątej wieczorem. Tym razem już pod czujnym okiem kamer (choć, jak podaje w swojej książce Jerry Hopkins, Abel i Adidge nawet wówczas nie mieli pewności czy Pułkownik Parker zgodzi się na realizację filmu i zaproponowane przez producentów rozwiązania). Filmowcy z MGM kręcili się dosłownie wszędzie, towarzysząc Elvisowi zarówno w garderobie, w której przygotowywał się do występu, podczas przemarszu korytarzem wiodącym w kierunku estrady jak i podczas samych występów.

Obecność kamerzystów, dyskretnie podążających za nim po scenie, w połączeniu z uwielbieniem jedenastotysięcznego tłumu (bo tyle osób każdorazowo wypełniło arenę) zadziałała na Presleya jeszcze bardziej motywująco. Oba koncerty były absolutnie fenomenalne!

"Magiczny wieczór"

W ciągu nieco ponad godziny Elvis zaprezentował swoim fanom ponad dwadzieścia utworów! Od porywającego "See See Rider", którym od kilku miesięcy miał zwyczaj otwierać swoje występy, poprzez doskonałe "I Got A Woman", "Never Been To Spain", "Bridge Over Troubled Water" aż po doskonałe "Suspicious Minds" i "A Big Hunk O' Love". W trakcie wieczornego występu, tuż przed wykonaniem utworu finałowego, tj. ballady "Can't Help Falling In Love", Elvis zaskoczył swoją publiczność, prosząc by wraz z nim wysłuchała jednej z jego ulubionych pieśni gospel. Po tych słowach zwrócił się do członków grupy The Stamps i ze spuszczoną głową wysłuchał ich przejmującego wykonania "Sweet, Sweet Spirit". W sali panowała absolutna cisza... "To był magiczny wieczór", skwitował po latach Robert Abel. Podobnego zdania byli również autorzy recenzji, które ukazały się w prasie następnego dnia.

Z Hampton Roads Elvis i jego zespół odlecieli do Richmond - stolicy stanu Wirginia, w którym na występ piosenkarza oczekiwało już jedenaście i pół tysiąca wielbicieli. Koncert w tamtejszym Richmond Coliseum miał być kolejnym, który Abel zamierzał sfilmować na potrzeby nowego filmu.

Zanim jednak współpracujący z nim filmowcy weszli ostatecznie na teren otwartej zaledwie rok wcześniej areny, producent musiał uzyskać zgodę Pułkownika Parkera na kontynuowanie swoich prac (wciąż nie mając pewności, że ich pomysł na pokazanie Presleya spotka się z aprobatą jego menedżera)! Kiedy więc Elvis był już w drodze do kolejnego miasta, Abel pospiesznie wracał do Hollywood, ściskając w dłoni jeszcze gorącą, pozbawioną dźwięku taśmę z jego występu w Hampton Roads, którą zamierzał zaprezentować Parkerowi podczas prywatnego seansu. Dopiero po jej obejrzeniu impresario Presleya dał projektowi "zielone światło" i produkcja filmu mogła ruszyć z pełnym rozmachem. Kilka godzin później, mając "błogosławieństwo" Pułkownika, Abel dołączył do reszty zespołu.

Show Elvisa rozpoczął się tradycyjnie około godziny pół do dziewiątej wieczorem (tj. wówczas publiczności zaprezentowały się grupy wokalne. Sam Presley wszedł na scenę kilkadziesiąt minut później) i wywołał falę zachwytu zarówno wśród fanów jak i lokalnych krytyków. "Ten człowiek wciąż daje czadu", odnotował A.B. Thames w dzienniku "The Richmond Times - Dispatch" następnego dnia po koncercie. "Jego godzinny set okraszony był rzeczami, które stały się obecnie klasykami: 'See See Rider', 'Lawdy Miss Clawdy', 'I Can't Stop Loving You', 'Funny How Time Slips Away', 'I Can't Help Falling In Love'. A także jego własnymi hitami z lat pięćdziesiątych: 'Don't Be Cruel', 'Heartbreak Hotel', 'Love Me Tender' oraz zapożyczonego od Big Mamy Thorton, 'Hound Dog'".

Jednocześnie, autor zwrócił też uwagę na poważne zmiany jakie zaszły w koncertach Elvisa w ciągu ostatnich osiemnastu lat, tj. od chwili kiedy piosenkarz ostatni raz występował w mieście. "Spod showmana wyłania się utalentowany człowiek. (Elvis, przyp. autor) jest uosobieniem tego czym jest rock'n'roll i żadna szmira Pułkownika tego nie ukryje. Ani w Memphis. Ani w Vegas. Ani tutaj, w Richmond", skwitował w ostatnich akapitach swojej recenzji. Przedstawicielom prasy nie uszły uwadze również obecne wokół sceny kamery. "Poinformowano nas, że część występu będzie kręcona na potrzeby filmu, który ukaże się jesienią - 'Elvis. Standing Room Only'", donosił na swoich łamach "Richmond News Leader".

Po udanym występie w Richmond Presley kontynuował trasę, odwiedzając takie miasta jak Roanoke, Indianapolis czy Charlotte. W każdym z tych miejsc fani witali go w iście królewskim stylu. W tym samym czasie Robert Abel ponownie udał się do Los Angeles gdzie przez kilka dni przeglądał nakręcony materiał i opracowywał scenariusz swojego filmu (niektóre źródła podają, że w tych dniach producent raz jeszcze spotkał się z Pułkownikiem Parkerem). Oba, nakręcone zaledwie kilka dni wcześniej występy były doskonałe i ukazywały Elvisa w jego życiowej formie. Producent zdawał sobie jednak sprawę z faktu, że "dobry koncert to niekoniecznie dobry film". Potrzebował więc o wiele więcej materiału. Szczególnie takiego, który ukazałby widzom Elvisa - człowieka a nie tylko Elvisa - gwiazdę estrady.

Elvis Presley i wzruszające spotkanie z Denise Sanchez

W tym celu przez kilka kolejnych dni kamerzyści MGM stali się jeszcze bardziej aktywni i nie opuszczali Presleya ani na krok. Byli z nim wszędzie. Dosłownie. Towarzyszyli mu od chwili wylądowania na lotnisku aż po drogę do i z sali koncertowej. Dokumentując przy tym wiele naprawdę unikatowych momentów. Jednym z nich, obok rozmów z tłumem podekscytowanych fanów oczekujących na płycie lotniska na jego przybycie czy wręczenia kluczy do miast przez burmistrza Roanoke było spotkanie z ośmioletnią Denise Sanchez. Uroczą ośmiolatką z Santa Fe, która pokochała muzykę Elvisa mając zaledwie cztery latka. Niestety, los nie był dla dziewczynki łaskawy. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej, tuż po Bożym Narodzeniu 1971 roku, lekarze zdiagnozowali u niej nowotwór. By zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się choroby zdecydowano o amputacji nogi i części biodra.

Mimo tak podjętych działań choroba wciąż jednak postępowała i w krótkim czasie zajęła również płuca. Lekarze byli bezradni (według źródeł do których udało mi się dotrzeć, zaprzestano nawet dalszej chemioterapii). I gdy wszystko wydawało się już stracone, pojawiła się informacja, która sprawiła, że na twarzy młodej fanki ponownie zagościł uśmiech. Jej mamie udało zdobyć się dwa bilety na występ Elvisa w Albuqureque, 19 kwietnia 1972 roku. Dla Denise było to jak spełnienie marzeń. I... jak chichot złośliwego losu jednocześnie... Na krótko przed koncertem okazało się bowiem, że stan dziewczynki pogorszył się na tyle, że podróż do odległego o sześćdziesiąt pięć mil (ok. sto cztery kilometry) miasta jest praktycznie niemożliwa.

Szczęśliwie jednak, widząc jak Denise bardzo chce usłyszeć swojego idola 'na żywo', lekarze pozwolili jej pojechać. Reszta historii była jak z bajki. Bajki, w której Denise odegrała główną rolę. Otóż, za namową swoich znajomych jej matka udała się do lokalnej gazety by opowiedzieć historię swojej córki. Przejęta tym co usłyszała, Grace Marie Parther - dziennikarka "Albuqureque Journal", postanowiła pomóc kobiecie i wystarała się dla niej o spotkanie z Pułkownikiem Parkerem. Dwa dni później, w rozmowie z menedżerem Elvisa, matka Denise wyjawiła, że spotkanie z popularnym piosenkarzem jest największym marzeniem jej schorowanego dziecka.

Impresario Presleya zareagował w swoim stylu. Niczego nie obiecał wprost. Wygłosił natomiast swoje słynne "zobaczę co da się zrobić", po czym poinstruował kobietę, o której godzinie powinny przyjść z Denise do hotelu, w którym Elvis się zatrzymał. I tak się stało. Do spotkania doszło na krótko przed rozpoczęciem koncertu wieńczącego kwietniowe tournee. W różnych wspomnieniach z tamtego dnia można przeczytać, że Denise najbardziej obawiała się tego jak Elvis zareaguje na jej wygląd - częściową łysinę spowodowaną przyjmowaniem chemii oraz brak jednej nogi. Szybko jednak okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Zachowanie Elvisa przeszło jej najśmielsze oczekiwania. "Pięknie wyglądasz", usłyszała od swojego idola zaraz po wejściu do garderoby. Po tych słowach piosenkarz przyklęknął i pocałował ją w policzki.

Po krótkiej rozmowie dziewczynka rozwinęła plakat, który mocno ściskała w dłoniach i poprosiła Elvisa o autograf i zaśpiewanie specjalnie dla niej piosenki podczas koncertu... "Oczywiście, zrobię to", odparł Presley wręczając jej podpisane zdjęcie. "Ale nie powiem ci którą. OK? To będzie niespodzianka". Jeszcze tego samego dnia wieczorem, gdy publiczność nagradzała go za brawurowe wykonanie "Never Been To Spain", Elvis poprosił o chwilę ciszy i powiedział, że następny utwór jest dla "wyjątkowej dziewczynki, którą właśnie poznał za kulisami - Denise". Chwilę później ze sceny rozległy się dźwięki ballady "You Gave Me A Mountain", której obecna na widowni młoda adresatka wysłuchała ze łzami w oczach. Paradoksalnie ta przejmująca scena nie została wykorzystana w filmie a sama Denise nie dożyła dnia jego premiery. Dziewczynka odeszła w sierpniu 1972 roku.

W sumie, na potrzeby nowego filmu MGM sfilmowała cztery kompletne koncerty Elvisa. Oprócz wspomnianych wcześniej występów w Hampton Roads i Richmond także w Greensboro (14 kwietnia) i San Antonio (18 kwietnia).

Elvis Presley i Złoty Glob

Zdjęcia do filmu "Standing Room Only", który w końcowej fazie produkcji przemianowano na "Elvis On Tour" trwały dwa tygodnie. W tym czasie ekipa filmowa Roberta Abela nakręciła aż sześćdziesiąt godzin materiału! Według książki Jerry'ego Hopkinsa, "Elvis. Król Rock'n'Rolla", nagrania z koncertów, prób czy zakulisowych spotkań codziennie dostarczano drogą lotniczą do Los Angeles, tak - by jak twierdzi autor, tuż po zakończeniu kwietniowego tournee (trasa dobiegła końca 19 kwietnia) montażyści mogli przystąpić do pracy nad filmem. Mniej więcej w tym samym czasie, drugi zespół przetrząsał telewizyjne archiwa w poszukiwaniu najciekawszych i najbardziej pasujących do koncepcji powstającego dokumentu, materiałów z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych.

Co ciekawe, wykorzystaniu powyższych sekwencji przeciwni byli zarówno Pułkownik Parker jak i sam Elvis. Ten pierwszy nie chciał by Presleya kojarzono z "aktem nostalgii". Ten drugi z kolei, nawet w takiej formie nie chciał wracać do hollywoodzkiego etapu swojego kariery i czasu, w którym utożsamiano go z "przeciwnikiem establishmentu", a którym już od dawna nie był.

Do pomysłu Abela miał go przekonać dopiero jego zaufany współpracownik, Jerry Schilling, który obok Kena Zemke (głównego montażysty) i Martina Scorsese został zaangażowany w montaż filmu. "Pewnej nocy pojechałem do jego (Elvisa, przyp. autor) posiadłości przy Monovale i kiedy czas wydał się odpowiedni, wyjaśniłem mu na czym polega montaż - ujęcie po ujęciu. Jak dopasowuje się go do muzyki i nawiązuje do materiału z trasy", wspominał Schilling na łamach swojej książki "Me And Guy Named Elvis". "'Brzmi dobrze. Nie mam z tym żadnego problemu', odpowiedział Elvis. Przekazałem więc jego zgodę twórcom filmu a Scorsese uwzględnił ją w swoim montażu. Film sporo na tym zyskał. Dzięki tej jednej sekwencji zrobiłem też olbrzymi krok w podejściu do Elvisa jako kolegi - współtwórcy. Oczywiście, nie na równi z nim, ale czułem się wspaniale rozmawiając z nim o montażu filmu a nie tylko omawiając z nim kolejne ćwiczenia".

Schilling zdołał również nakłonić Elvisa do udzielenia długiego, blisko dwugodzinnego, wywiadu w którym piosenkarz mógłby podzielić się swoimi refleksjami na temat swojej kariery, koncertów czy prób jakie od czasu do czasu odbywał z zespołem. Jego fragmenty Robert Abel chciał wykorzystać w swoim filmie jako komentarz do poszczególnych scen. W tym przypadku jednak pomysł reżysera spotkał się ze zdecydowanym sprzeciwem Pułkownika Parkera. Szczególnie, że udzielając odpowiedzi na zadawane pytania, Elvis dość krytycznie odniósł się do niektórych tematów - na przykład swojej kariery filmowej.

Gotowy film trafił na ekrany kin 1 listopada 1972 roku i niemal od razu spotkał się z żywym zainteresowaniem zarówno ze strony fanów Elvisa jak i krytyków. Ci pierwsi zdecydowanie docenili dokument i sprawili, że koszty poniesione przy jego produkcji, tj. około sześćset tysięcy dolarów (równowartość ponad 3,886 mln dolarów w roku 2021), zwróciły się w niespełna trzy dni po premierze. Wyświetlony w stu osiemdziesięciu siedmiu kinach, w stu jeden amerykańskich miastach, "Elvis On Tour" przyniósł zysk w wysokości blisko czterystu dziewięćdziesięciu pięciu tysięcy dolarów.

O wiele chłodniej natomiast najnowszy film Presleya przyjęli krytycy. Choć w opublikowanych recenzjach przeważały pozytywne opinie - film chwalono między innymi za sposób realizacji, dynamikę, wykorzystanie dzielonych ekranów, dźwięk a także ujęcia z koncertów, to równie często zdarzały się także głosy krytyczne. Dziennikarze, zarówno krajowi jak i zagraniczni, twierdzili, że niewiele różni się on od swojego poprzednika - obrazu "That's The Way It Is" z 1970 roku (recenzent z "Los Angeles Times" stwierdził, że jest lepszy od wspomnianego tytułu ponieważ Elvis na trasie wydawał się bardziej pewny siebie i zrelaksowany niż w Vegas). Dziennik "Windsor Star" określił film mianem "pseudo dokumentu" i stwierdził, że podobnie jak "That's The Way It Is" został on nakręcony tylko w celu promowania samego Elvisa i jego występów.

Materiały z Elvisem Presleyem na lata trafiły na półkę

Pomimo iż opinie na temat "Elvis On Tour" były wyraźnie podzielone, 28 stycznia 1973 roku, podczas jubileuszowej, trzydziestej gali rozdania Złotych Globów obraz Roberta Abela i Pierre'a Addidge otrzymał główną nagrodę w kategorii Najlepszy Film Dokumentalny. Warto podkreślić, że gdy "On Tour" trafiał na ekrany Pułkownik Parker finalizował już kolejny duży projekt - satelitarny koncert "Aloha From Hawaii", który pierwotnie miał odbyć się 18 listopada 1972 roku. W związku z premierą filmu wydarzenie przesunięto na styczeń następnego roku.

W listopadzie 2022 roku minęło równo pięćdziesiąt lat odkąd "Elvis On Tour" pojawił się w amerykańskich kinach. Film pokazał Elvisa "w najlepszej, jeśli nie lepszej niż kiedykolwiek w całej jego karierze formie". Mimo to, wytwórnia filmowa na długie lata skrzętnie ukryła przed fanami nakręcone i nagrane wówczas materiały. Nawet na wydanym w 2010 roku oficjalnym DVD/Blue Ray nie zamieszczono ani jednej nowej sceny (za to, na skutek braku porozumienia ze spadkobiercami Chucka Berry'ego zmieniono czołówkę zastępując oryginalne "Johnny B.Goode" mixem utworów "(Let Me Be Your) Teddy Bear" i "Don't Be Cruel").

Na pocieszenie, w grudniu* tego roku do sprzedaży ma trafić rocznicowy zestaw w skład którego wejdzie łącznie sześć płyt CD, na których znajdzie się zapis wszystkich czterech koncertów z kwietnia 1972 roku zarejestrowanych na potrzeby omawianego filmu oraz obszerne fragmenty marcowych prób.

Warto w tym miejscu dodać, że spora część tego materiału nie była dotąd wydana na żadnym oficjalnym albumie Presleya (aż dziewięćdziesiąt jeden ze stu czterdziestu pięciu nagrań wchodzących w skład boxu). Dodatkiem będzie dysk Blue Ray z filmem "On Tour"... w wersji z 2010 roku oraz obszerna broszura ze zdjęciami i informacjami na temat dokumentu.

* Premierę zestawu "Elvis On Tour" zaplanowano na początek grudnia. Według ostatnich doniesień wydawcy, 2 grudnia w sprzedaży ukaże się jednak jedynie cyfrowa wersja boxu. Wersja fizyczna pojawi się w sklepach dopiero 20 stycznia 2023 roku.

Mariusz Ogiegło

Autor od 2011 r. prowadzi bloga "Elvis: Promised Land". W dorobku ma książki "Elvis. Wszystkie płyty króla" i "Elvis. Człowiek, którego nigdy nie zapomnisz".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy