Reklama

Patricia Kazadi: Pieniądze z muzyki? Nie znam [WYWIAD]

Patricia Kazadi /materiały prasowe /materiały prasowe

Rozmawiamy o mamie, która... nie ufała polskim raperom, ale też o współpracy Patrici z producentem Timbalanda, no i przede wszystkim o nowym singlu, który nagrała wspólnie z Mesem.

Marcin Misztalski: Pamiętasz, jak zarobiłaś pierwsze pieniądze na muzyce?

Patricia Kazadi: - O kurde, daj mi się zastanowić. Moja przygoda z muzyką rozpoczęła się w szkole muzycznej, gdzie grałam na fortepianie. Były związane z tym różnego rodzaju joby - graliśmy np. w domach kultury i organizowaliśmy ze znajomymi różne, kameralne koncerty. Pewnego dnia dostałam zlecenie napisania melodyjki do gry komputerowej. Chodziło o prosty jingiel, kilka dźwięków. Zagrałam je na swoim pianinku Casio i dostałam za to jakieś 100 złotych (śmiech). Dopiero z czasem zaczęłam zarabiać bardziej sensowne pieniądze - śpiewając jazz czy występując w orkiestrze muzyki kubańskiej.

Reklama

Co to była za gra komputerowa?

- Nie pamiętam już. Nigdy nie słyszałam finalnej wersji mojej pracy. Nawet nie wiem, czy ta gra ostatecznie się ukazała.

Czułaś się doceniona, gdy zgarnęłaś tę stówkę?

- Chyba się nad tym specjalnie wtedy nie zastanawiałam. Muzyka jest moją największą pasją i nie do końca zależało mi na tym, by na niej zarabiać, ale na pewno podeszłam do tego zlecenia bardzo poważnie. Byłam podekscytowana, że dostałam takie zlecenie i poczułam się dorosła (śmiech).

Pogadajmy jeszcze przez chwilę o tych pieniądzach. Jaką rolę stanowią one w twoim muzycznym życiu?

- Pieniądze z muzyki? Nie znam. W ogóle o nich nie myślę. Jeśli mam być z tobą szczera, to nie zarobiłam w życiu zbyt wiele na muzyce. W muzykę głównie inwestuję pieniądze, które zarabiam w innych dziedzinach swojego życia zawodowego.

To teraz szczerze mi powiedz, dlaczego znów postanowiłaś nagrać kawałek z Mesem.

- To kolejny singiel z EP-ki, którą niedługo będę wydawać. Już dawno temu powinniśmy coś nagrać z Mesem. Fani hip-hopu - ci, którzy pamiętają "Ja szukam tego $$$" czy "Dwa, cztery, siedem" - często pytali nas o kolejne wspólne nagrania. "Kiedy nowy numer z Mesem?", "Kiedy nowy numer z Trish?" - notorycznie słyszeliśmy takie pytania. Więc wiesz, my od dawna mieliśmy plan na wspólny kawałek, ale zawsze coś stawało nam na drodze. Muszę zresztą dodać, że utwór "Ona" powstawał blisko dwa lata. Mes początkowo miał dograć się do innego kawałka, ale ostatecznie stwierdził, że lepiej czuje się w tym. Bardzo się z tego cieszę, bo w ciekawy sposób pokazał męską perspektywę sytuacji, którą opisuję. Wiedziałam, że opowie o tym bezpośrednio, bez ogródek.

Przenieśmy się teraz do czasów, kiedy nagrywałaś pierwsze utwory z polskimi raperami.

- Grałam kiedyś koncert w klubie jazzowym, gdzie zostałam zauważona przez chłopaka, który miał zespół Credo (dzisiaj jest znanym producentem muzycznym). Podszedł do mnie po moim występie i zapytał, czy dograłabym się do jednego z ich utworów. Byłam przerażona, bo miałam chyba 15 lat. Pamiętam, że powiedziałam mojej mamie, że jakiś pan (każdy, kto miał wtedy ponad 20 lat (śmiech) był dla mnie panem) dał mi swoją wizytówkę i zapytał, czy z nimi zaśpiewam. Gdy moja mama usłyszała hip-hop, to powiedziała, że absolutnie nie - nie ma na to szans. No ale okazało się, że oni nie nagrywają takiego stereotypowego hip-hopu z przekleństwami, tylko bardziej ambitny, nawiązujący do religii. Więc mama w końcu, po moich wielu naciskach, zgodziła się. No i pojechałyśmy na nagrania, które wyszły dobrze. Chłopaki z Credo pokazali utwór Mesowi, bo chcieli, by też się do niego dograł. I wtedy po raz pierwszy usłyszał o mnie Mes. Chłopaki byli zawiedzeni, bo Mes bardziej zajarał się moim wokalem - był, od pierwszego usłyszenia, fanem moich falsetów i harmonii, które układałam. Nie wiedział, jak wyglądam i ile mam lat. Zaprosił mnie do piosenki "Tak zapomnieć", która znalazła się na producenckim albumie Ośki.

By dograć się na album Ośki, też musiałaś uzyskać zgodę rodziców?

- Tak (śmiech).

Jak w tamtym czasie odbierałaś polskich raperów?

- Nim zaczęliśmy współpracować, nie miałam zbyt dużej wiedzy na ich temat. Lubiłam słuchać Molesty, Magika czy Fisza. Gdy poznałam Mesa, byłam pod wrażeniem jego flow i amerykańskiego frazowania. Do dziś słucham "Listu". Imponowali mi raperzy, którzy mieli coś do powiedzenia, byli liryczni i mieli trafne spostrzeżenia. Ale - żeby być uczciwą - nie byłam ogromną fanką rapu. To nie było tak, że miałam łańcuchy na szyi i słuchałam po nocach Tupaca. Wtedy byłam wsiąknięta w Lenny'ego Kravitza, muzykę rockową i soulową, a do snu lubiłam posłuchać Requiem Mozarta. Do tego byłam kujonką z konserwatywnego domu, więc byłam - że tak powiem - obok tego wszystkiego. Muszę jednak powiedzieć, że środowisko hiphopowe przyjęło mnie bardzo ciepło i zagraliśmy dużo fajnych koncertów. Na tych koncertach stawiałam swoje pierwsze kroki - jestem za to wdzięczna.

Z jakiego powodu byłaś obok?

- Przede wszystkim byłam bardzo młoda, więc nie uczestniczyłam w imprezach, spotkaniach... nie mogłam się wdrożyć w ten cały klimat. Po drugie chodziłam wówczas do szkoły muzycznej i uczyłam się muzyki klasycznej, więc byłam bardziej wklejona w nutki. No i miałam bardzo, bardzo konserwatywnych rodziców. Na każdym planie teledysku była moja mama, więc ciężko było być cool, gdy siedziała obok i obserwowała każdy ruch, każdego kręcącego się obok mnie osobnika (śmiech). Pamiętam, że Mes był bardzo zestresowany i jednocześnie śmiał się, czy może na plan teledysku przyjdzie jeszcze mój tata. Nikt przy mnie nie pił, na planach, na których byłam, było bardzo grzecznie. Gdy wychodziłam, to wszyscy od razu czuli się bardziej swobodnie i mogli być sobą.

Czyli twoja mama nie ufała polskim raperom?

- Byłam nastolatką, więc się o mnie po prostu bała. Poza tym, dlaczego miałaby im ufać? Nie znała ich. No i też warto dodać, że środowisko raperskie miało pewną renomę. Więc rodzice dbali o to, bym była bezpieczna.

A pamiętasz, jak doszło do nagrania kawałka z Donem z Tewu?

- Uwielbiam Dona i jego rodzinę. Jest cudownym człowiekiem i bardzo zdolnym raperem. Kiedyś się do mnie odezwał i wysłał kawałek "Nie śpij". Bardzo wzruszył mnie tym utworem, bo zaprezentował w nim mnóstwo emocji i szczerości.

W momencie, gdy zobaczyłaś, że polski hip-hop jest coraz bardziej popularny, miałaś ambicje, by wejść w ten gatunek głębiej?

- No właśnie nie i z perspektywy czasu trochę tego żałuję. Nie wiem, dlaczego wtedy nie pomyślałam o nagraniu jakiejś płyty czy częstszych kooperacjach z raperami. Czuję, że gdybym w tamtych latach nagrała krążek w stylu r&b, to zażarłby na maksa. Byłam tak skupiona na jazzie i muzyce klasycznej, że nie miałam głowy do hip-hopu. Nagrywałam wtedy EP-ki, których nikt nie chciał wydawać, bo zdaniem ludzi w wytwórniach brzmiałam, jakbym miała 40 lat, a w rzeczywistości miałam zaledwie 16. Byłam tak poważna w tych kawałkach, że nie wierzyli, że to ja je wykonuję.

Myślisz, że nie masz już drogi powrotnej do hip-hopu?

- Nie wiem czy jest dla mnie miejsce na scenie hiphopowej. Wydaję mi się, że jestem za stara. Nie sądzę, by dzisiejsi słuchacze hip-hopu chcieli przyjść na mój koncert. Kocham śpiewać czarną muzę, ale niekoniecznie stricte hiphopową. Moje ostatnie single są ukłonem w stronę r&b, popu, soulu z elementami rocka.

"Czarną muzykę" pewnie chłonęłaś, mieszkając w USA.

- Oczywiście. Cała moja płyta "Dark Pop" powstała w Los Angeles, więc pracowałam tam z producentami, którzy współpracowali z Lady Gagą czy Nicki Minaj. Moja debiutancka płyta też była w kooperacji z amerykańskimi twórcami. Mój pierwszy singiel robił Jim Beanz, (ma na koncie współprace z Nelly Furtado, Shakirą, Gwen Stefani, Timbalandem czy z Britney Spears - przyp. red).

Czego nauczyłaś się od Jima Beanza?

- Tego, że każdy producent ma inny sposób działania. To czasami było fajne, ale nie zawsze. W Polsce byłam nauczona, że nagrywamy całą piosenkę. W Stanach ludzie pracują po linijce, a czasami nawet tylko po słowie. To było dla mnie trudne, bo ja nie umiałam śpiewać w ten sposób. Chciałam przekazać całą warstwę tekstowo-emocjonalną i ewentualnie wybrać najlepszą wersję. W okresie, kiedy z nimi współpracowałam, był taki trend, że ludzie brzmieli jak komputery - stosowano dużo różnych obróbek. Ta obróbka polegała właśnie między innymi na tym, że poszczególne zdania były klejone z kilku take'ów.

Coś jeszcze stanowiło dla ciebie problem?

- Akcent. Okazało się, że potrafię mówić bez polskiego akcentu, ale śpiewać już nie. Jest bardzo silny, gdy śpiewam. W Stanach zobaczyłam też, jak producenci są kreatywni. Nawet z dźwięku wycieraczki potrafią robić beaty.

Jak tak uznani i szanowani producenci cię traktowali?

- Im większy dorobek, tym większa klasa. Woda sodowa zazwyczaj odbija osobom, które są dopiero na początku drogi i za wiele jeszcze nie osiągnęły. Każda osoba, która ma grube CV, ma w sobie ogrom pokory i szacunek do ludzi, z którymi pracują. Czułam, że bił od nich profesjonalizm i że nie traktują współpracy ze mną po macoszemu. Byli zaangażowani. Bardzo dużo się od nich nauczyłam. Są to doświadczenia, których nigdy nie zapomnę i za które jestem wdzięczna.

Jak wypadłaś w zderzeniu z takimi osobami?

- Dziś wiem, że byłam zbyt zakompleksiona i przerażona. Nie wierzyłam w siebie, bałam się odezwać i zaproponować jakiś pomysł. Szkoda, bo moja kariera mogłaby tylko na tym zyskać.

Z czego to przerażenie wynikało?

- Byłam młodziutka i niepewna siebie. Czułam na sobie presję, bo chciałam wypaść, jak najlepiej. Natomiast kompleksy wynikały z tego, że... no wiesz, to były inne czasy - dziś mamy dostęp do tych wszystkich gwiazd za pomocą mediów społecznościowych. Wtedy to była nowość. To, że ja pracowałam z producentem Timbalanda, było dla wielu czymś nieosiągalnym. Pojechałam tam z mentalem, że jestem małą, nieznaną dziewczynką z Europy, a to był błąd - nie wolno tak o sobie myśleć. Nieważne, kim jesteś i skąd jesteś. Nie miałam też wsparcia i takiego poczucia, że mam wiatr w żaglach. Gdybym dzisiaj miała taką okazję współpracy, to podeszłabym do tego zupełnie inaczej, korzystałabym z niej garściami. Jestem dumna ze swoich młodszych koleżanek, że potrafią dziś wjeżdżać do studia bez kompleksów.

Co spowodowało, że wyzbyliśmy się tych kompleksów?

- To oczywiście też zasługa tego, że czasy się zmieniły. Dzięki social mediom i platformom muzycznym można publikować swój kontent. Można bez kompromisów, na własnych warunkach, budować swoją karierę i wizerunek. Dzięki temu młodzież wierzy w siebie i w swoje możliwości. Granice pomiędzy krajami się zacierają, wszystko jest bardziej dostępne i stopniowo wyzbywamy się fałszywej skromności i kompleksów. Jestem dumna, gdy widzę zagraniczne sukcesy moich kolegów i koleżanek po fachu. To nie są już te czasy, że kiedy wydajesz płytę w Polsce, to nikt poza Polakami jej nie usłyszy. Mata pokazał, że będąc stąd, możesz znaleźć się na liście Billboardu, a reklama Podsiadły będzie wisieć na Times Square. Kiedyś to było nie do pomyślenia. To początek nowego, zajebistego etapu w historii polskiej muzyki.

Zobacz również: 

Doda: umierałam od środka [WYWIAD]

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy