Karolina Charko: "Ocena innych to coś, co nieraz mnie podłamywało" [WYWIAD]
Po wielu latach od udziału w pierwszej edycji "The Voice of Poland", Karolina Charko debiutuje z pełnoprawnym albumem - "Obrazki z letargu". W rozmowie z Interią Muzyka artystka opowiada, dlaczego tak długo kazała na siebie czekać, jak przezwyciężyła swój twórczy "letarg" oraz w jaki sposób praca z kilkunastoma producentami ukształtowała jej osobisty, melancholijny "blue pop", który stał się wizytówką debiutu.

Wiktor Fejkiel: Przed tobą długo wyczekiwana premiera debiutanckiego longplaya "Obrazki z letargu". Czujesz ulgę, że po tylu latach w końcu możesz się nim pochwalić?
Karolina Charko: - Ogromną ulgę. Po tych trzech latach pracy nad płytą - to był okres związany z wieloma napięciami i ogromnym oczekiwaniem - w końcu się udało. Czuję też spełnienie, że odważyłam się wreszcie na ten krok, żeby zacząć wypuszczać swoje piosenki. No i wreszcie również płytę.
Skąd natomiast tak długi czas oczekiwania na pełnoprawny debiut? Mija już wiele lat od twojego udziału w "The Voice of Poland"…
- Myślę, że to była kwestia dojrzenia we mnie tej potrzeby wydawania własnej muzyki. Gdybym zrobiła to tych kilka lat temu, albo w 2011 roku, kiedy byłam w pierwszym "The Voice'ie", to nie byłoby to samo. Nie wiedziałam wtedy, czego chcę muzycznie. Nie pisałam nawet piosenek. Cieszę się więc, że dotrwałam cierpliwie do tego momentu. Musiało to trwać tyle, ile musiało - ale myślę, że to jest dobry czas.
"Obrazki z letargu" - ta koncepcja letargu jako spoiwa była z tobą od tych trzech lat, kiedy ten krążek zaczął się materializować?
- Tak naprawdę ten letarg pojawił się gdzieś w połowie pracy nad tą płytą. Gdy przyszła do mnie piosenka o tym tytule, wtedy też przyszedł do mnie dosłownie sam letarg. Pojawił się w moim życiu. Czasami tak już jest, że coś człowieka blokuje. Później wspólnie z Piotrkiem, moim menedżerem, zaczęliśmy myśleć o całej koncepcji. Ona pojawiła się w jakichś rozmowach i została ze mną na dłużej. To był pierwszy tytuł, jaki przyszedł mi do głowy, i postanowiłam go zostawić. Ale jeśli pytasz o to, czy cała płyta dotyczy tego stanu… to i tak, i nie. Ona mówi o długiej ścieżce wyjścia z takiego stuporu, ale widać też na niej wyraźnie elementy światła, nadziei, energii.
Nie jest to tajemnicą, że krążek pisany był w myśl: "one song - one producer, another song - another producer". Takie założenie z definicji mogłoby sprawić, że materiał straci na spójności. Nie obawiałaś się o to?
- Miałam obawy, czy to na pewno będzie spójne, natomiast na samym początku od razu powiedziałam, że za miks ma być odpowiedzialna tylko jedna osoba, by nie tracić na tej spójności. Z każdym producentem rozmawialiśmy na początku, że kwestia miksu zostaje po naszej stronie. To bardzo dużo wniosło. Takiej właśnie spójności brzmieniowej, bo jednak jedna osoba trzymała pieczę nad proporcjami, nad tym, jak wokal jest wyeksponowany, jaki jest ogólny sound albumu, jak piosenki przeplatają się nawzajem - to wszystko ma duże znaczenie.
Dzięki temu również tak wielu zdolnych producentów mogło "odcisnąć piętno" na tym projekcie.
- Wiesz, to też nie tak, że pewnego dnia wstałam rano i stwierdziłam: "Robię płytę z 15 producentami". To wszystko wyszło bardzo naturalnie. Skoro mam demówki, to odzywam się do wielu producentów, by coś z nimi podziałać. Powstało coś z jednym, drugim, trzecim, i stwierdziłam, że jest to na tyle ciekawa praca, że nie chcę się zatrzymywać. Myślę też, że Piotrek kierował mnie w tę stronę, widząc, że jestem mocno przyblokowana, że się boję. Finalnie taka "terapia szokowa" bardzo mi przysłużyła, bo strach ma jednak tylko wielkie oczy.
Nie miałaś problemu, by dogadać się muzycznie z tak wieloma producentami?
- Pierwsze wizyty były dla mnie dość stresujące, bo nie bez powodu to wychodzenie na świat ze swoją muzyką zajęło mi tak długo… Musiałam się do tego mentalnie przygotować i w pewnym momencie znaleźć w sobie naprawdę sporo odwagi. Szczęśliwie wszyscy ludzie, z którymi się spotkałam, tworząc "Obrazki z letargu", okazali się świetnymi osobami, więc z tym dogadywaniem się, o którym mówisz, nie było żadnego problemu.
W niektórych wywiadach i w przestrzeni publicznej dość często pojawia się stwierdzenie "blue pop", w kontekście twojej płyty. Nie ukrywam, że spodobało mi się to, bo trafnie opisuje materię tego krążka. To było coś, co chciałaś wyklarować na tym krążku, czy raczej wyszło dość naturalnie?
- Raczej naturalnie - to są właśnie dźwięki i brzmienia, jakie żyją we mnie i do których mi blisko. Mimo że są różni producenci, różne klimaty i kolory, to właśnie finalnie najbliżej mi do tej melancholii, tego "blue" - dużo obaw, przemyśleń, natłoku myśli, przebodźcowania, wręcz bólu. Nawet te historie miłosne nie są opisywane z perspektywy fajerwerków, tylko raczej tej drugiej strony.
Już pierwsze single jak "Most" czy wspomniany "Letarg" pokazały, że będziemy mieli do czynienia z bardzo osobistym krążkiem…
- To też było dla mnie sporym przełamaniem się, by to, co zajmuje mi w głowie najwięcej przestrzeni, wychodziło w piosenkach. Wiem, że nie jestem w tym sama i wiele rzeczy, które mi spędzają sen z powiek, są też bliskie innym ludziom. Co bywa ogromnym wsparciem i dla innych, którzy te teksty przeczytają, ale i dla mnie, pisząc je. Z taką świadomością było mi łatwiej pokonać pewne opory.
Na początku pytałem cię, skąd ten długi czas wyczekiwania na płytę. Natomiast czy w ciągu tych trzech lat, gdy już twoje plany na debiut zaczęły się nieco bardziej krystalizować, napotkałaś jakieś trudności?
- Ocena innych to było coś, co nieraz mnie podłamywało. Pojawiały się momenty wycofania i pół roku bez ani jednego słowa napisanego - na przykład "Leć" była gotowa od dłuższego czasu, ale nie miała tekstu. No taki wspomniany już letarg, stupor. Jednak te gorsze momenty były dla mnie również pomocne w uświadomieniu sobie, czym w ogóle jest muzyka i jak bardzo jej jakość definiowana jest przez liczbę zwolenników. To była taka odświeżająca lekcja, żeby to wszystko przepracować, zdać sobie sprawę z tego, jak ja wartościuję samą siebie, swoją muzykę, i że to jest tylko w mojej głowie.
Jakie plany na teraz - po premierze debiutu?
- To wszystko, co się teraz dzieje wokół mojej twórczości, to coś, na co czekałam od naprawdę dawna. Jeśli chodzi o koncerty, to jestem na etapie kompletowania muzyków do zespołu i w trasę będę chciała pojechać w przyszłym roku. Natomiast wszystkich spragnionych "Obrazków z letargu" na żywo mogę zaprosić już 2 grudnia na koncert w warszawskiej Fabryce Norblina.





![Grzegorz Turnau „Szósta godzina”: Z czułością [RECENZJA]](https://i.iplsc.com/000LG3CG42WHOYS4-C401.webp)



