Hania Stach: Robię swoje i mam w tym spokój [WYWIAD]
Hania Stach jest finalistką II edycji programu "Idol" oraz zwyciężczynią "Szansy na Sukces". Wraz z Jackiem Piskorzem tworzą projekt "Tribute to Whitney Houston", czyli największe hity królowej popu w potężnych aranżacjach z orkiestrą. Z Malezji, gdzie mieszka z rodziną, połączyła się z redakcją Interii.

Damian Westfal, Interia Muzyka: Dzień dobry! Czy może powinienem powiedzieć "dobry wieczór"?
Hania Stach: Spokojnie (śmiech). Może być "dzień dobry" - w Malezji jest 7 godzin do przodu, ale wciąż mam widno.
To nie jest "twój pierwszy raz" z piosenkami Whitney Houston, prawda?
Śpiewam piosenki Whitney już spory kawał czasu. Na szczęście ludzie wciąż chcą tego słuchać, przychodzą na koncerty, kupują bilety - a to daje nam ogromną radość z grania. Ten projekt "Tribute to Whitney Houston" tworzymy wspólnie z Jackiem Piskorzem. To piękna muzyka, świetne kompozycje i aranżacje Jacka. Bardzo dbamy o jakość i o to, żeby niczego w tych utworach nie zepsuć. Za nami trasa 2025 i wyprzedane koncerty. W 2026 są już ogłoszone pierwsze koncerty: 08.03 Łódź, Wytwórnia; 15.03 Kraków, ICE Kraków Congress Centre; 24.05 Katowice, Miasto Ogrodów; 14.06 Bydgoszcz, Filharmonia Pomorska.
To niesamowite, że po tylu latach muzyka Whitney Houston wciąż tak silnie działa na publiczność. To dla ciebie bardziej sentyment czy artystyczna potrzeba?
Jedno i drugie. Jak wielu wokalistów na świecie wychowałam się na jej piosenkach. Na nich uczyłam się śpiewać - to były moje pierwsze wokalne "koty za płoty", próby doskoczenia do tego najwyższego poziomu. Cieszę się, że dziś mogę śpiewać ten repertuar w swoim projekcie i oddawać mu hołd z wielkim sercem.
Twoja przygoda ze śpiewaniem naprawdę zaczęła się właśnie od Whitney Houston?
Tak. Spotyka się wciąż młodych ludzi, którzy nie wiedzą lub nie mogą uwierzyć, że w naszym kraju kiedyś nic nie było. Trzeba było kombinować i kupować zza granicy. Miałam to szczęście, że mój tata, który był muzykiem, dużo podróżował i przywoził płyty. Pierwszą wieżę grającą dostałam właśnie od niego. Dzięki niemu miałam dostęp do muzyki Whitney Houston, Mariah Carey, Céline Dion, Arethy Franklin, Prince'a, Michaela Jacksona czy Tiny Turner. Na tych artystach się uczyłam i inspirowałam.
Śpiewanie Whitney Houston to sięganie po najcięższy kaliber. Jak się do tego przygotowujesz?
To wielka odpowiedzialność - stres połączony z ekscytacją. Podstawą jest dbanie o głos - on musi być w dobrej formie. To wymaga regularnych ćwiczeń i pracy nad sobą, bo progres nie wydarza się z dnia na dzień. Równie ważna jest miłość do tej muzyki. My naprawdę ją kochamy - ja, Jacek, cały zespół. Podczas koncertów jest w nas ogromna radość.
Dzielisz życie między Polskę a Malezję. Jak to wygląda od strony zawodowej?
Łączę te dwa światy. W Malezji też ćwiczę i pracuję nad głosem, nad sobą - zamykam się w pokoju i śpiewam, bo głos jest instrumentem, który trzeba cały czas utrzymywać w formie. W Polsce natomiast intensywnie pracuję zawodowo: koncerty, nagrania, występy. Malezja to bardziej życie rodzinne i codzienność, a Polska - pole zawodowe.
Co najbardziej się w tobie zmieniło jako artystce?
Mam na pewno dużo więcej luzu. Nie czuję presji, bo sama sobą steruję. Robię to, co chcę i kiedy chcę. To ma swoje plusy i minusy, ale czuję się z tym dobrze. Nagrałam właśnie nową piosenkę, powstał już teledysk w Malezji i niedługo wszystko ujrzy światło dzienne. Podsumowując - robię swoje i mam w tym spokój.
Czyli możemy spodziewać się nowej muzyki?
Tak. W najbliższym czasie ukaże się nowy singiel, który będzie anglojęzyczny. Napisałam do niego tekst, a muzykę skomponowaliśmy wspólnie z Filipem Siejką. To dynamiczny numer, do którego powstał teledysk. Kolejne utwory też są w planach - bardzo brakuje mi świeżości i własnych kompozycji.
Podzielisz się chociaż tytułem?
Piosenka nosi tytuł "Enjoy". Chciałam, aby wyszła w moje urodziny, ale nie wyrobiłam się w czasie.
To skoro mówisz o tym luzie, to czy masz jeszcze jakieś marzenia do spełnienia?
Mam proste marzenia. Najważniejsze jest zdrowie i poczucie bezpieczeństwa mojej rodziny. Świat jest dziś bardzo niepewny, więc cieszę się z tego, co jest. Wstaję z łóżka, śpiewam, nagrywam, gram koncerty, żyję. Jeśli to odniesie sukces - wspaniale. Jeśli kilka osób napisze, że piosenka im się podoba - też jest dobrze. Nie mam parcia. Stres nie służy nikomu. Chcę żyć długo i cieszyć się życiem.
Ostatni rok był dla ciebie intensywny. Piszesz także, że doceniasz najbardziej te trudne doświadczenia. Robisz podsumowania, postanowienia noworoczne?
To był bardzo intensywny rok - dużo podróży między Malezją, Polską i Włochami. Ogólnie dużo podróżujemy, lubimy głównie te trzy miejsca. Oprócz tego przygotowania do koncertów tribute z dużą orkiestrą, próby, sesje zdjęciowe. Pod koniec roku zachorowałam, organizm powiedział "stop" i musiałam przełożyć ostatni koncert zeszłorocznej trasy. Będzie on w maju tego roku. Ale jestem wdzięczna za wszystko, co się wydarzyło - zawodowo i prywatnie. No i był też ślub! Był on dla nas taką wisienką na torcie, tym bardziej, że z mężem znamy się od liceum i zawsze mówiliśmy do siebie "mąż" i "żona".
Kto dziś, poza Whitney Houston, najbardziej cię inspiruje?
Uwielbiam Bruno Marsa i Justina Timberlake'a. Bardzo lubię też Harry'ego Stylesa. Interesuje mnie dobra muzyka, bez względu na gatunek - fajny wokal, energia i autentyczność, szczególnie na żywo.
A polska muzyka? Słuchasz jej w Malezji?
Przyznam szczerze, że rzadko. Często, kiedy wracam do Polski i włączam radio, słyszę artystów, których zupełnie nie znam. Trochę mnie to omija, ale staram się nadrabiać, kiedy jestem na miejscu.
Na koniec - masz ulubioną piosenkę Whitney Houston?
Nie mam jednej. To naprawdę trudne pytanie. Lubię cały ten repertuar za wrażliwość i dramaturgię. Te piosenki zawsze się rozwijają, prowadzą do wielkiego finału i dają ogromną przestrzeń do muzycznej wypowiedzi. To wymagające, ale bardzo spełniające.








![Wojtek Mazolewski Quintet: Zabrakło wody, nie zabrakło energii [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000LYP8B36J9NKTG-C401.webp)