Bovska: "Nigdy tak bardzo nie lubiłam siebie, jak teraz" [WYWIAD]
Zadebiutowała prawie dekadę temu i od tamtej pory nieustannie redefiniuje siebie. Bovska wraca z nowym albumem. "Jestem wierszem" to intymna, a zarazem pełna energii opowieść o transformacji, kryzysach i odwadze bycia sobą.

Damian Westfal, Interia: Gratuluję! Nowy album już z nami. Zapytam od razu o tytuł. "Jestem wierszem" - jeżeli miałabyś być jakimś wierszem, to jakim?
Bovska: - O miłości. Wiersz o miłości jakiegoś wspaniałego poety. Może Halina Poświatowska? Jej słowa bardzo ze mną rezonują.
Na okładce wracasz jakby do korzeni. Bo wyjątkiem była tylko "Dzika". Twoje inne okładki miały bardziej artystyczny, może nawet surrealistyczny sznyt. I tutaj - gdzie ty właściwie jesteś? W jakieś czarnej dziurze?
- To ciekawe skojarzenie! W rzeczywistości stoję wewnątrz marmurowej rzeźby i zaglądam przez przestrzeń, która wygląda jak czarna dziura. Ta biel to kamień, ale faktycznie - na zdjęciu wygląda to tak, jakby coś mnie wciągało do środka, jakbym spadała w jakiś wielki lej.
Czy nowy album wpisuje się w refleksję nad dojrzewaniem?
- Zdecydowanie. W tytułowej piosence "Jestem wierszem" autoportretuję się słowami. Piszę, wymieniając czego pragnę, na przykład utwory "Chcę" i "Chciałabym" - dwa zupełnie różne spojrzenia na moje osobiste pragnienia. Nie brakuje piosenek o miłości - tej dojrzałej, przechodzącej przez kryzysy, próbującej się podnieść... albo nie. Jest też o ucieczce od siebie (na przykład "DELEGACJA"), o porzuceniu lęku i o próbach zrobienia kroku do przodu. Ostatnio dopadła mnie taka refleksja, gdy słuchałam swoich dawnych piosenek (czego dawno nie robiłam), że moje piosenki łączą pewne nici tematyczne, które przewijają się przez każdy mój album. Opowiadam o miłości czy tęsknocie za nią i o tym, kim jestem, ale za każdym razem to się przemienia, mimo tego, że temat jest ten sam. Można napisać nieskończenie wiele piosenek o miłości i nie chodzi o to, że zawsze mają odkrywać coś innego, nowego. Tak naprawdę opowiadamy te same historie od stuleci, jest ich dosłownie kilka, ale znajdujemy nowe środki, by je wypowiedzieć na nowo i to jest właśnie fascynujące w tworzeniu.
Lubisz słuchać swoich dawnych utworów?
- Różnie z tym bywa. Są takie, które lubię i takie, do których mniej wracam. Ostatnio z sentymentem posłuchałam płyty "Kaktus" i teraz marzę, by doczekał się swojego winylu.
Skoro już o tym mówimy, to "Kaktus" będzie obchodził dziesięciolecie w przyszłym roku.
- To był mój debiut i chciałabym go jakoś wyświętować. Ta płyta sprawiła, że zaistniałam na rynku muzycznym i jest dla mnie niezwykle ważna.
Czujesz, że twoje płyty są ze sobą jakoś powiązane?
- Najnowsza "Jestem wierszem", która jest dla mnie bardzo ważna, zamyka pewien etap z płyty "Dzika". Te dwie płyty się ze sobą łączą, pozostawione są z taką samą myślą muzyczną.
Zobacz również:
W lipcu obchodziłaś 40. urodziny. Jakieś przemyślenia?
- Czuję, że wciąż dojrzewam. To jest bardzo miły proces i nie chciałabym się zamienić nigdy z osobą młodszą od siebie. Proces dojrzewania i poznawania siebie jest piękny, lubię go. Czuję, że wiem, kim jestem. Przeszłam przez wiele rzeczy - także trudnych - ale to wszystko doprowadziło mnie tu. A moja czterdziestka? Nie przeraża mnie, nic się w moim życiu diametralnie nie zmieniło. Był tort bezowy, była rodzina i przyjaciele. Bez wielkich fajerwerków. Po prostu moje miejsce i moi ludzie. I taniec! Bo bardzo lubię tańczyć i zawsze zachęcam do tego swoich gości.
Śpiewasz o kobiecości, sensualności, samoświadomości. Czy to przyszło z czasem?
- To przychodzi z pracą nad sobą. Tylko wtedy. I właśnie to jest wspaniałe w byciu starszą - budujesz swoją świadomość. Nigdy tak bardzo nie lubiłam siebie, jak teraz - i w ciele, i w duszy. Czuję, że nie jestem już dziewczynką. Jestem kobietą. To wewnętrzna przemiana, której doświadczyłam przez terapię, błędy, ruch, rozwój. To są moje fundamenty. Musiałam znaleźć swoje sposoby, by być jak najbliżej siebie.
Jak mówisz - stałaś się kobietą - choć niedawno przeczytałem o tobie na jednym z portali "artystka młodego pokolenia".
- Zastanawiam się, kiedy zamienię się… no właśnie, powiedz mi, co jest następne…? Artystka dojrzała? Ja się tylko cieszę. To znaczy, że młodo wyglądam. Niech piszą tak jak najdłużej. Wydaję mi się też, że wyglądam lepiej niż 10 lat temu. Nie jestem Benjaminem Buttonem, ale jestem zadowolona.
Czy ten album ma jakąś misję?
- Chciałabym, żeby mój odbiorca coś poczuł. Żeby miał szansę przeżyć coś prawdziwego. A jeśli nie jest na to gotowy i nie ma na to przestrzeni - niech po prostu słucha ładnej melodii w tle. Moje teksty działają na różnych poziomach. Można słuchać ich uważnie, ale też w tle - i wciąż coś zostaje.
Przed premierą albumu doczekaliśmy się także kolejnego teledysku.
- Ballada "Himalaje" to według mnie jedna z najpiękniejszych piosenek na tej płycie. To epicka opowieść o współczesnych Orfeuszu i Eurydyce. W klipie inspirowanym tą historią wcielam się... w Orfeusza.
Jesteśmy już po twoim koncercie premierowym w warszawskim klubie Niebo. Będzie kontynuacja w postaci trasy koncertowej?
- Oficjalna trasa koncertowa ruszy najprawdopodobniej wiosną 2026. Chcemy zagrać wszystkie utwory z nowej płyty i kilka starszych. Cieszę się bardzo, że materiał w końcu ujrzał światło dzienne, że mogłam to wyśpiewać i ze spokojem mogę się zająć nowymi rzeczami.
Na przykład? Teatrem?
- I pisaniem nowego albumu.
Mamy newsa! Bovska już myśli o nowej płycie?
- Mam już jakiś pomysł, ale bez pośpiechu. Póki co, mamy "Jestem wierszem" i życzę sobie, aby ta płyta miała dobre życie.
Pojawisz się też na deskach teatru. "Silhouette" już w październiku. Czytałem trochę o twojej bohaterce. Czy to będzie podobne wcielenie, jak na albumie?
- To będzie coś innego. Występuję tam jako gościni - tanecznie i muzycznie. Z reżyserką - Lalą Bujnowską-Konarską - poznałyśmy się we wspólnej grupie tanecznej. Moje dwie piosenki są częścią spektaklu. To historia o kobiecej sile, o wyrażaniu siebie. Poczułam, że to coś mojego. Dodatkowo kocham taniec, więc to była naturalna decyzja. Zresztą w tym roku brałam też udział w spektaklu "R+J" Roberta Bondary w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Śpiewałam tam "Chciałbym umrzeć z miłości" Myslovitz. To dla mnie nowe, cudowne przestrzenie.
Od "Kaktusa" do "Jestem wierszem". Zmieniasz się jako artystka?
- Jestem w większej zgodzie ze sobą. Tamta Magda sprzed 10 lat pisała najlepsze piosenki, jakie wtedy umiała. Trzeba robić to, w co się najbardziej wierzy w danej chwili i z odwagą pokazywać światu. Na pewno więcej też wiem o rynku muzycznym. Czuję się w nim bardziej osadzona, choć z drugiej strony towarzyszy mi jeszcze dużo niepewności przed premierą nowych rzeczy. To wyzwania, które sama sobie stawiam i chce mi się to robić.








