"To Kraków tworzy metamorfozy" 2025: całe miasto dumne [RELACJA]
Rok temu, kiedy to wydarzenie miało swoją pierwszą edycję i w sumie chyba nie było jeszcze planu na powtarzanie tego przedsięwzięcia, można było znaleźć w programie lekkie niedostatki. Natomiast ewidentnie teraz wyciągnięto odpowiednie wnioski i dostaliśmy rozrywkę na naprawdę wysokim poziomie. Dostaliśmy nawet więcej, niż się spodziewałam, bo… co tam się wydarzyło z tą Siekierą?!

Pierwszy na scenie pojawił się młody, acz już bardzo uznany i, co najważniejsze, krakowski (lub raczej powinnam napisać: krakoski) wokalista - Wiktor Waligóra - i zaśpiewał nam na start "Szare miraże" Maanamu. Z dużym poszanowaniem dla oryginału, ale jednocześnie ze swoim serduszkiem. I bardzo dobrze, bo ja tam zawsze uważam, że jak coś jest już najlepsze, to nie ma co za bardzo kombinować. No i orkiestra… ach, z orkiestrą wszystko zawsze brzmi lepiej. Albo, żeby być dokładną, doprecyzuję, że był klasyczny gitarowo-basowo-perkusyjny zespół, był brass band i smyczki uosobione przez Atom String Quartet. Jak tylko widzę taki skład, to już mi się podoba.
Następnie usłyszeliśmy dźwięki pozytywki i choć dla mnie nadal najpierwszy w graniu na pozytywce jest Piotrek Paduszyński, to cieszę się, że wchodzi ona do użytku, bo robi niesamowity klimat. Nie tylko horrorowy. To był wstęp do występu Piotra Roguckiego i Miuosha, który, by the way, dowodził Metamorfozom w ubiegłym roku. Zaśpiewali… to znaczy, mieli zaśpiewać, bo chwilowo nastąpiły problemy techniczne, ale zespół tak sobie z tą przerwą poradził, że gdyby Smolik nie powiedział, to nikt by się nie zorientował. "Wybaczcie tak obszerne intro" - mówił, a mi tam się podobało, grajcie, nie przeszkadzajcie sobie. No, ale w końcu panowie zaśpiewali "Wizje". Miuosh i, jak to powiedział raper, "najdziwniejszy kolega, jakiego przyszło mi znać na scenie".
Po nich Zalewski z perfectowym "Obracam w palcach złoty pieniądz". To już było dalej od oryginału, a bliżej Zalewskiego, natomiast czy to źle? Chyba nie, w końcu miały być nowe aranżacje, a ten najważniejszy riff był na miejscu. Kev Fox przed zaśpiewaniem "Mind the Bright Lights" rozczulił przeuroczym: "Tata kupił mi tę gitarę na 16. urodziny i powiedział, że mam coś z tym zrobić, no to jestem", Natalia Przybysz z kolei rozbujała publiczność kawałkiem "Ciepły wiatr".
Później kolejny młody artysta - Dawid Tyszkowski. Jego "Zepchnij mnie" to, według mnie, jeden z najbardziej błyszczących momentów tego koncertu. W takiej arenie, przy tak dużej publiczności akustyczna gitara i wokal robią ogromne wrażenie. Przy "Mimo woli płyną łzy / a moja twarz odbija się w trumnie / Choć z zazdrości wiersze piszę, nie, to nie ja / To już robi się nudne" po raz pierwszy tego wieczoru dopadły mnie ciarki. Perełka. Potem dostaliśmy jeszcze, niedoceniany według mnie, "50 tysięcy 881", ale po poprzednim utworze chyba powinniśmy mieć najpierw klika minut na otrząśnięcie się, żeby znowu dobrze się skupić.
Kolejnym gościem była Kasia Kurzawska z utworem "CYE", a następnie przyszedł czas na pierwszy duet, czyli Grzegorz Turnau i Krzysztof Zalewski w piosence "Naprawdę nie dzieje się nic". Turnau przyszedł z akordeonem, natomiast i tak najintensywniej myślałam o tym, że zawsze kiedy zaczyna śpiewać, człowiek od razu przenosi się gdzieś na uliczki przy rynku. No i jaki piękny falsecik na końcu, panie Grzegorzu! Zalewski przypomniał z kolei jubileuszowy odcinek "Szansy na sukces", podczas którego jedna pani w trakcie rozmowy z Mannem nie mogła oderwać wzroku od Turnaua, co prowadzący skwitował: "Tak, to ja, Grzegorz Turnau, po mnie nie widać, że do pani mówię". "No i ja sobie zdaję sprawę, że państwo tu byli, ale jak stałem obok Grzegorza Turnaua na scenie, to jakoś nie mogłem oderwać wzroku, jak ta pani" - stwierdził Zalewski. Na szczęście potem doszedł do siebie, żeby zaśpiewać jeszcze "Miłość, miłość". Nie wiem, ile razu już byłam na jego koncercie i ile razy słyszałam tę piosenkę na żywo, ale za każdym razem działa tak samo.
Kev Fox zagrał mi potem - napisałam "mi", bo wierzę, że to było specjalnie dla mnie - "London Calling". I to w dodatku tak dobrze! Idziesz sobie normalnie na koncert, a tam The Clash. Co za dzień! Brodka wystąpiła z "Sadzą" - Smolik powiedział o niej, że to "wokalistka, która jest metamorfozą" i trudno się z tym nie zgodzić, bo równie trudno znaleźć wiele takich, którzy mają tyle wcieleń i w dodatku każde przebojowe. A cały album niezmiennie polecam!
No a potem najdziwniejszy moment koncertu, czyli Rogucki śpiewający "Misiowie puszyści" Siekiery. Jeśli nic wam to nie mówi po tytule, to pewnie "Szewc zabija szewca" już bardziej. W każdym razie… co tam się odgrowlingowało! Muszę się z tym jeszcze przespać, bo nadal nie wiem, co me uszy usłyszały. To znaczy, dobra, powiem tak: nie brzmiało to jak Siekiera, ale za to brzmiało też dobrze, z tym że zupełnie inaczej. I gdyby ktoś spytał o najbardziej zaskakującą aranżację, to bym się pół sekundy nie zastanawiała. Dobrze, że nagrałam!
Po tym rozrywkowym przerywniku na scenę wrócił Dawid Tyszkowski, tym razem z piosenką "Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć" - w zastępstwie za Katarzynę Nosowską, która musiała odwołać swój występ. I tu kolejny niebanalny aranż, dobra ciekawostka, chociaż zatracił mi się gdzieś w tym wszystkim sens tej piosenki. Czasem nie trzeba kombinować. Ale jakkolwiek, to złego słowa na to wykonanie nie powiem. Później kolejny duet, czyli Turnau i Natalia Przybysz z piosenką "Kto?", a następnie Brodka z "Varsovie". "Mam nadzieję, że to nie grzech zagrać piosenkę o Warszawie w Krakowie" - mówiła po wykonaniu, no ale nie wiem, Monika, gdzie tu sens, gdzie logika!
Wiktor Waligóra wpadł jeszcze zaśpiewać "Nie stało się nic" Wilków. O ile przy "Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć" zgubił mi się sens, to przy tym wybrzmiał nawet lepiej. A potem Wiktor pokazał jeszcze tę bardziej energetyczną stronę w "Elektrycznym", w którym dołączył do niego Zalewski. "Wszyscy z drogi, idę jak czołg" - to było chyba śpiewane o karierze młodego krakowianina. Całe miasto dumne!
Żeby ładnie zamknąć koncert klamrą Zalewski i Przybysz zaśpiewali "Krakowski spleen". A na bis jeszcze "You Can't Always Get What You Want" Stonesów. Zaczęli Kev Fox i Zalewski, ale potem śpiewali już wszyscy. Przybysz śpiewa, Wiktor śpiewa, gra brass band, czy jak to Łona rapował w "No akomodejszon".
Muszę powiedzieć, że ja ogólnie nie jestem fanką takich koncertów, bo spiąć to ładnie, dobrać repertuar i zrobić aranże, żeby było ciekawie, a jednocześnie nie przekombinowane, to nie jest łatwa rzecz. Tymczasem tu się udało. A Smolik może i nie mówił bardzo dużo (stand-up Kuby Badacha rok temu, pamiętamy), ale jakoś tak ciepło, że się można było poczuć, jakby nam koleżanki i koledzy grali. Tak go nam w wywiadach chwalili i ewidentnie nie bez powodu.













![Wikukaracza (Łąki Łan): Łąki Łan to akty radości [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000IZRUCEKPSX9IS-C401.webp)
