Reklama

Reklama

Sziget Festival 2022: szósty dzień. To (już) jest koniec

No i szósty dzień, ostatni. Z jednej strony, jak pisałam, sześciodniowy festiwal to trochę za dużo, choć może z perspektywy uczestnika patrzy się na to inaczej. Z drugiej strony mijając ostatni raz napis "Naprawdę chcesz opuścić Wyspę Wolności?", zrobiło się jakoś smutno.

No i szósty dzień, ostatni. Z jednej strony, jak pisałam, sześciodniowy festiwal to trochę za dużo, choć może z perspektywy uczestnika patrzy się na to inaczej. Z drugiej strony mijając ostatni raz napis "Naprawdę chcesz opuścić Wyspę Wolności?", zrobiło się jakoś smutno.
Elijah Hewson stoi na czele zespołu Inhaler /Didier Messens /Getty Images

Snucie się po festiwalowym polu zaczęłam tym razem od ibis x ALL Europe Stage, gdzie grał akurat turecki Lalalar. Sami siebie opisują w ten sposób: "Lalalar przypomina ulubiony temat kultowego serialu z lat 80., a jednocześnie brzmi jak rozkoszne połączenie spaghetti westernowych psychodelii, anatolijskiego funku, samplingu i zamglonej elektroniki". W każdym razie tak, i fanom funku, i fanom psychodelii na pewno się spodoba.

Później na scenie europejskiej wystąpiła Alina Pash, Ukrainka, która miała w tym roku reprezentować swój kraj podczas Eurowizji. Zarzucono jej jednak, że oszukiwała w sprawie podróży na Krym, pojawiły się także podejrzenia w stronę ukraińskiej telewizji o manipulowanie wynikami (więcej przeczytacie tutaj). Ostatecznie piosenkarkę na Eurowizji zastąpiła grupa Kalush Orchestra, zapewniając Ukrainie zwycięstwo w konkursie.

Reklama

Pash w trakcie koncertu zaśpiewała m.in. utwór "Heaven". "Napisałam tę piosenkę w pierwszych tygodniach inwazji, kiedy jeszcze nie wierzyłam, że to jest prawda. Że małe dzieci umierają. Że to nie jest żadna gra tylko rzeczywistość. Ta piosenka jest właśnie o tych dzieciach i ojcach, którzy wstąpili do armii, by bronić swoich rodzin" - powiedziała wokalistka. "Moja dusza płacze krwią, gdy nasze dzieci lecą do nieba" - słyszymy w tekście. 

Kolejny był Shelter Boy, który mówi, że "chce, żeby jego muzyka była wszystkim dla innych". To muzyka bardzo różnorodna, na żywo z zespołem brzmiąca jeszcze lepiej niż na studyjnych nagraniach. W 2021 roku pojawił się longplay "Failure Familiar", warto sprawdzić.

Na głównej scenie zaszły małe zmiany - Sam Fender w ostatniej chwili musiał odwołać swój występ z powodu przeziębienia. Od razu pojawiły się głosy, że problemy z gardłem ma tam chyba każdy przez ogromną ilość kurzu, która unosiła się nad festiwalem.

Występy na Mainstage rozpoczął węgierski zespół Carson Coma. Węgrzy przed koncertem napisali: "Bardzo współczujemy fanom Sama Fendera, ale obiecujemy wam w zamian bardzo poważny rockowy koncert". No i okazało się, że wcale nie oszukiwali. Bardzo chwytliwe granie.

Następnie przyszedł czas na kolejne wydarzenie specjalne, czyli przedstawienie działającej od 2006 roku grupy Kamchàtka, której występ był zapowiadany hasłem "Postaw się w sytuacji ludzi, którzy są zmuszeni do rozpoczęcia nowego życia". Przedostatni koncert na dużej scenie to występ młodej, zaledwie 22-letniej Brytyjki Holly Humberstone. Wokalistka w 2019 roku wystąpiła na Glastonbury na scenie BBC Introducing, a w 2022 roku wygrała statuetkę Brit Award for Rising Star. Choć niezbyt przepadam za żeńskimi wokalami, to takie wokalistki jak Holly czy Izzy z Black Honey skutecznie zmieniają moje podejście.

Iiii... wielkie zakończenie głównej sceny. Alex Turner, Jamie Cook, Nick O'MalleyMatt Helders, czyli brytyjski zespół Arctic Monkeys. Ich debiutancki album "Whatever People Say I Am, That's What I'm Not" (2006) stał się najszybciej sprzedającym się debiutanckim albumem w historii brytyjskich list przebojów. W tym roku zespół obchodzi 20-lecie i... oby do końca świata i jeden dzień dłużej.

Przy kameralnej scenie Music Box przysiadłam na koncercie ukraińskiego wokalisty Postmana, promowanego przez polską agencję Borówka Music, na Global Village Stage udało się z kolei posłuchać Tabanki. To grupa z Rotterdamu, wykonująca funaná, czyli taneczną muzykę z Wysp Zielonego Przylądka. Myślałam, że po koncercie Majki Jeżowskiej na Pol'and'Rocku nie zobaczę już pokojowej "ściany śmierci", ale tutaj po "Zróbcie na środku duży okrąg! A teraz wszyscy do środka", stało się to samo. Wciąż noszę na nadgarstku przywiezioną z Cabo Verde bransoletkę "no stress". Tabanka przypomniała, ile to hasło daje radości.

I na zakończenie, dla mnie - the last, but most important (przynajmniej w tym dniu) - scena Freedome. Na tych deskach kwadrans przed godziną 19, zaczął irlandzki zespół Inhaler, w którym za mikrofonem stoi Elijah Hewson, syn Bono z U2. Niedawno Polacy mogli usłyszeć ich podczas Open'era.

Na początku ludzie zarzucali im, że karierę zawdzięczają "byciu synem Bono", a nie swojej muzyce. Ale, po pierwsze, wystarczy posłuchać, jak grają. Po drugie, ładnie wyjaśnił to Elijah w rozmowie z Interią: "Chciałbym, żeby to była prawda, bo pewnie bylibyśmy jeszcze więksi! Wiesz, prywatny samolot i te sprawy. Niestety tak się nie dzieje. To jest interesująca kwestia, zwłaszcza, że gdy zaczynaliśmy, to nie mieliśmy przecież swoich fanów. A jedyni ludzie, którzy o nas wiedzieli, to byli fani mojego taty. Teraz na koncertach otacza nas banda dzieciaków, nastolatków, którzy nawet nie wiedzą kim jest Bono".

O 22:15 wystartował natomiast amerykański, stoner rockowy Clutch. Zespół, na który czaję się od trzech lat. Mieli zagrać na Pol'and'Rocku 2020 roku - festiwal odwołany, wiadomo dlaczego. W tym samym miejscu rok później - festiwal z obostrzeniami, więc (z małymi wyjątkami) bez zagranicznych gwiazd. I kiedy oni w końcu dojechali do Polski, to musiałam zostać w domu. Ale żeby zobaczyć taki koncert... opłacało się czekać. 

Oliwia Kopcik, Budapeszt

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy