Reklama

Reklama

Sziget Festival 2022: czwarty dzień. "Temperatura ponad normę"

Żaden tam ze mnie wielki patriota, choć uważam, że Polska to piękny kraj. Ale kiedy na scenę Globalnej Wioski wyszły dwa nasze rodzime zespoły i wypełniły namiot ludźmi z całego świata, to jednak trochę duma była.

Żaden tam ze mnie wielki patriota, choć uważam, że Polska to piękny kraj. Ale kiedy na scenę Globalnej Wioski wyszły dwa nasze rodzime zespoły i wypełniły namiot ludźmi z całego świata, to jednak trochę duma była.
Bubliczki wystąpiły kiedyś w programie "Must Be the Music" /Tomasz Adamowicz /Agencja FORUM

Główną scenę otworzył węgierski Random Trip. Trudno wytłumaczyć prosto ideę tego projektu, posłużę się więc może opisem, który sami stworzyli: "to najbardziej kolorowa społeczność muzyki popularnej na Węgrzech: seria improwizowanych koncertów przekraczających granice gatunkowe (pop, rock, jazz, hiphop, blues, electro, itp.), w których wykonawcy z najróżniejszych gatunków węgierskiej muzyki popularnej występują w często zaskakujących kombinacjach i angażują się wzajemnie w najbardziej nieoczekiwane muzyczne przygody". W każdym razie nazwa idealnie oddaje zamysł muzyków.

Reklama

Jako drudzy - holenderski zespół Kensington. No i tutaj wracając na chwilę do Kings of Leon, bo zarzucano mi, że "jak znam, to chyba wiem, na jaki koncert idę". Kensington też bardzo bazuje na gitarach i melancholii. Ale na melancholii, a nie anemii, która brzmi, jakby KoL nie jedli śniadania od miesiąca.

Potem dwie gwiazdy. Na początek pochodzący ze Szkocji Lewis Capaldi. Piosenkarz zaledwie 26-letni, a już chyba na dobre zapisany w historii muzyki pop. Znane, chwytliwe piosenki i doskonały kontakt z publicznością to przepis na dobry koncert. A na koniec imprezę, nie tylko pod sceną, rozkręcił Calvin Harris. Nawet jeśli nie słuchasz takiej muzyki, to spróbuj nie pokiwać głową do "Summer".

Na scenie Freedome obejrzałam koncert Black Honey. To brytyjski zespół, który na bank byłby stałym gościem w klubie CBGB, gdyby ten jeszcze istniał. I ten wizerunek wokalistki - Izzy B. Phillips - z lat 80., a’la... Wendy O. WilliamsPlasmatics?

Obok Freedome przechodziłam jeszcze później w drodze na HAJÓGYÁR Petőfi Stage, słuchając kawałka koncertu beabadoobee, czyli filipińsko-brytyjskiej piosenkarki Beatrice Laus.

Kiedy przyszłam około 17:00 pod HAJÓGYÁR Petőfi Stage, zespołu Canarro słuchało ze 20 osób. Szybko jednak publiczność przekonała się, że właśnie uczestniczy w czymś magicznym. Grupa grająca w stylu gypsy jazz zachwyciła po prostu wszystkich. W trakcie przysiadł się do mnie chłopak, spytać, czy znałam ich wcześniej. "Ja też nie, pierwszy raz słyszę. Ale posłuchaj tego kontrabasu! Tu jest talent, a na głównej scenie pop" - mówi. Aż tak bym nie rozgraniczała, nie umniejszajmy światowym gwiazdom, ale fakt, że koncert Canarro to jeden z najlepszych, jakie udało mi się zobaczyć na Szigecie.

Później wpadłam tam też na fragment koncertu Ferenczi György és az 1ső Pesti Rackák (nie, nie wiem, co to znaczy), czyli "fuzji kultury węgierskiej i miłości do rock'n'rollowej rewolucji". Osobiście nazwałabym to węgierskim country. Nazwa brzmi jak brzmi, ale muzyka dość ciekawa. Przysiadam też pod ibis x ALL Europe Stage, żeby posłuchać "niekontrolowanego, ale zamierzonego chaosu" The Psychotic Monks, a niedługo później mieszającego indie z rapem, włoskiego Psicologi.  

Najważniejsza była jednak dla mnie scena Global Village. To tam o 20:00 koncert rozpoczęły nasze polskie Bubliczki. To połączenie energii kaszubskiej, z muzyką klezmerską i bałkańską. Zresztą to, co działo się podczas koncertu, sami opisują swoimi piosenkami: "Temperatura ponad normę, nie chce gasić się / Serce pompuje krew mocą tysiąca serc / Panować nie da się nad sobą w sytuacji tej" i "Nie ma siły, nie bata, nie ma możliwości / Żeby dzisiaj nie zatańczył żaden z naszych gości".

"W pewnym momencie miałem nawet łzy w oczach, kiedy ludzie z nami śpiewali i poczułem tę energię, która od nich idzie. Tym bardziej, że widziałem wcześniej, że na tej scenie zazwyczaj było mniej ludzi, ale jednak przyszli, dali nam tyle energii, to jest nie do opisania" - mówi mi zaraz po koncercie skrzypek Bubliczek, Michał Czarnowski.

Później na tej samej scenie zagrali Vołosi, czyli kwintet smyczkowy, tworzony przez górali z Beskidu Niskiego i muzyków klasycznych. Naprawdę, wiecie, jaka to duma, jak patrzycie na polski zespół, zbierający pod sceną ludzi z całego świata, którzy nawet na chwilę nie przestają się ruszać?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL