Reklama

Reklama

Sziget Festival 2022: pierwszy dzień. "Jedność i pokój"

10 sierpnia wystartował Sziget Festival, który na kilka dni zmienia położoną na Dunaju wyspę Óbuda w Wyspę Wolności. No i cóż, lepiej chyba tego nie można nazwać, bo odnajdzie się tutaj każdy. Nawet jeśli na głównej scenie gra Dua Lipa, a ty jednak jesteś fanem starego dobrego rocka.

10 sierpnia wystartował Sziget Festival, który na kilka dni zmienia położoną na Dunaju wyspę Óbuda w Wyspę Wolności. No i cóż, lepiej chyba tego nie można nazwać, bo odnajdzie się tutaj każdy. Nawet jeśli na głównej scenie gra Dua Lipa, a ty jednak jesteś fanem starego dobrego rocka.
Dua Lipa była jedną z gwiazd na głównej scenie Sziget Festival 2022 /Joseph Okpako/WireImage /Getty Images

Pierwsze wrażenie po wejściu na teren festiwalu? Labirynt. To jest jeden wielki labirynt, w którym nie pomogą nawet mapy z kolorowymi obrazkami ani całkiem niezła orientacja w terenie. Ale potem okazuje się, że to dobrze. Według mnie najlepszym sposobem na ten festiwal jest zgubienie się i odkrywanie nowych rzeczy, co jakiś czas tylko odnajdując główną scenę, żeby posłuchać headlinerów w kilkudziesięciotysięcznym tłumie.

Niewykonalnym jest zwiedzić wszystkie sceny i warsztatownie na raz, ale Sziget trwa sześć dni, więc do następnego wtorku powinno udać się wszystko opisać. Przynajmniej spróbuję.

Reklama

Szczerze myślałam, że nie da się odtworzyć takiego specyficznego klimatu, jaki panuje na Pol'and'Rocku (wcześniej: Woodstocku). A jednak się da! To takie miejsca, gdzie wchodzisz, momentalnie zwalniasz krok i zaczynasz się cieszyć tym, że ludzie są tacy uśmiechnięci, gdzieś obok gra muzyka, a nad głową świeci słońce. Idziesz ulicą, nagle ktoś się przytula, tak o, żeby było ci miło. Mijasz grupkę obserwującą, jak ktoś próbuje nie spaść z mechanicznej krowy. Mija cię jednorożec. Za chwilę przystajesz w kolejnej grupce, stłoczonej wokół indyjskich bębniarzy i tańczących kobiet (dokładnie to byli Chalaang Drummers Of India). I to wszystko jest tam zupełnie normalne. Wyspa Wolności.

Główną scenę otworzyła Remi Wolf (posłuchaj!), która udowodniła, że jest nie tylko świetną wokalistką, ale i perkusistką. Większość ludzi w trakcie koncertu skryła się w cieniu pod drzewami, ale trudno się dziwić skoro termometry odnotowały 29 st. C, a na niebie tylko pojedyncze chmurki. Drudzy na scenę wyszli panowie od "And I want you, we can bring it on the floor, you've never danced like this before", czyli niemiecki duet Milky Chance, który zdobył sławę w 2013 roku po opublikowaniu "Stolen dance". "Moje serce się cieszy, widząc tutaj ludzi z całego świata. Jedność i pokój to to, czego świat teraz potrzebuje" - zwrócił się do publiczności Clemens Rehbein. Temat pokoju i solidarności pojawiał się zresztą w różnych miejscach przez cały dzień.

Trzecią grupą na głównej scenie byli Australijczycy z Rüfüs Du Sol, którzy nie mieli łatwego zadania - musieli rozgrzać publiczność przed niekwestionowaną gwiazdą wieczoru - Duą Lipą! Za Duą płakali Polacy, gdy z powodu ewakuacji Open'era wokalistka ostatecznie nie zagrała na festiwalu. Na Szigecie w zebrany pod sceną tłum nie dałoby się nawet wcisnąć szpilki. No i... to był dobry koncert, "Physical", "Pretty Please", "Fever" czy "Future Nostalgia" zabrzmiały bez zarzutu, poruszając dziesiątki tysięcy fanów, ale żeby był tam jakiś efekt wow...? Tak czy tak, na pewno warto było zobaczyć, tym bardziej, że wokalistka opuszcza teraz Europę i rusza na podbój Australii i obu Ameryk, z krótką przerwą na koncert w Kosowie.  

W międzyczasie udało mi się trafić na dwa koncerty na scenie Global Village. Pierwszy to Xurxo Fernandes & Pan Sen Fron, wykonujący tradycyjną galicyjską muzykę. "Gramy muzykę od ludzi dla ludzi" - podsumowali ze sceny. Te słowa doskonale oddają klimat "globalnej wioski", która sprawia, że ludzie z całego świata wspólnie tańczą w rytm muzyki etno.

Kilka godzin później w tym samym miejscu zagrał ukraiński zespół Luiku. Koncert zaczęli od krótkiego wideo, w którym Ukraina dziękuje światu za okazane wsparcie. Grupa łączy muzykę ukraińską i bałkańską z taką dawką energii, że jeszcze w drodze powrotnej w głowie miałam cały czas: "Oj, Jezus Marija / Szo to wczora buło! / Jak ich zwaty, de ich chata? / Wszytko to zabuly!".

Ciekawym miejscem jest też Artzone, gdzie, jak sama nazwa wskazuje, można się twórczo wyżyć - ułożyć obraz z nakrętek, nauczyć się rysować portrety, farbować ubrania czy postukać w mało znane instrumenty. Można też zostawić wiadomość dla innych. Na przykład taką, jak ta:

Czy masz...

1) uśmiech na twarzy?

2) napój w dłoni?

3) miłych ludzi wokół ciebie?

Zatem możesz kontynuować swój piękny dzień.

Przytul kogoś za darmo!

Oliwia Kopcik, Budapeszt

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL