ZAZ: Każdy album ratował mi życie [WYWIAD]
ZAZ wraca z albumem "Sains et saufs" ("Cali i zdrowi") - najintymniejszym materiałem w swojej karierze. Jest to kontynuacja opowieści zawartej na "Isa". Tym razem rozlicza się z żałobą, uzależnieniami, toksycznymi relacjami i własnymi lękami. Nowe piosenki artystka zaprezentuje na kolejnych koncertach w Polsce: 1 lutego (Katowice) i 2 lutego (Warszawa). W szczerym wywiadzie francuska gwiazda zdradza, skąd dziś czerpie siłę i dlaczego to właśnie z Polakami łączy ją szczególna więź.

Damian Westfal, Interia Muzyka: Twój album "Sains et saufs" to w dużej mierze opowieść o odrodzeniu i pojednaniu. Długo ci zajęło dojście do tego, aby stworzyć tak szczery projekt?
ZAZ: - Myślę, że ten album jest przede wszystkim podsumowaniem wszystkiego, co robiłam wcześniej. Wcześniej nie mogłam go stworzyć, nie byłam gotowa. Gdy posłuchasz piosenki "Je pardonne", znajdziesz tam rzeczy, których sama nie byłam w pełni świadoma - żałoba wskutek śmierci mojego ojca, uzależnienia, toksyczne relacje. To emocje, które od lat funkcjonowały w moich utworach, ale dopiero dziś, mając 45 lat, patrzę na nie dojrzalej. Lepiej siebie znam, wiem, jaką pracę wykonałam, i teraz zbieram jej owoce.
Jaki główny przekaz niesie twój nowy album?
- Żeby stawić czoło swoim ciemniejszym stronom. Zająć się sobą. Zrozumieć, że w nas istnieją różne aspekty, które trzeba uznać - nie po to, by się ich bać, ale żeby się od nich uwolnić. Tylko wtedy możemy stać się panami własnych decyzji. Ogranicza nas wyłącznie to, co nosimy w głowie.
Czy ten album można uznać za formę terapii?
- Dla mnie w ogóle śpiewanie zawsze było terapią. Każdy album ratował mi życie. Śpiewanie to cała ja. W piosenkach pokazuję, kim jestem. Mogę "przebrać się" za kogoś innego, poszukując nowych rzeczy, ale ostatecznie to zawsze jestem ja. Miałam w życiu wiele kryzysów - spazmofilię, omdlenia, czasem śpiewałam odwrócona plecami do publiczności. Dojrzałam jednak. Mimo że mogę się wydawać pewna siebie, jestem bardzo wrażliwa. Zwłaszcza gdy jestem zmęczona, odbieram absolutnie wszystkie bodźce aż za bardzo: światła, zapachy, dotyk.
Co było pierwsze? Czy ten album był konsekwencją twojego procesu przebaczenia, czy przebaczenie przyszło dopiero po nagraniach?
- To nie jest takie czarno-białe. Właśnie o tym jest tekst "Je pardonne". Różne rzeczy dzieją się tam w mojej głowie, ale ostatecznie mówię: "Przebaczam, bo chcę zapomnieć", a zaraz potem dodaję: "Ale przecież nic nie zapominam". Przebaczam, bo nie chcę już grać roli ofiary. Chcę cieszyć się swoim szczęściem.
ZAZ, jesteś bardzo silną kobietą. Jaki moment w życiu sprawił, że poczułaś, iż naprawdę coś w sobie przełamałaś?
- Zrozumiałam, że czasem wydaje mi się, że coś sobie przepracowałam w głowie, a potem gniew i tak powraca. To wymaga głębszej pracy. Przykładem jest sytuacja z moim ojcem, gdy musiał przejść operację trzy lata przed śmiercią. Musiałam posprzątać wtedy jego dom - to była ogromnie trudna emocjonalnie konfrontacja. Podobne sytuacje przeżywałam w relacjach, w których oczekiwałam przebaczenia od kogoś, kto nie potrafił lub nie chciał go dać. Wtedy sama wpadałam w te same mechanizmy, co dana osoba. To mnie blokowało. Przebaczenie nie oznacza akceptacji toksyczności. To zrzucenie okowów. Po prostu pozwalam sobie żyć tym, co wzmacnia moją wartość. To bardzo uwalnia. Mam dziś też więcej tolerancji wobec siebie i mniej gniewu. Dojrzałam, dużo zrozumiałam i wierzę też, że miłość naprawdę zwycięży wszystko.
Czy zdarzyło ci się napisać tekst tak osobisty, że nie zdecydowałaś się go finalnie umieścić w piosence?
- Obawa przed mówieniem różnych rzeczy polega na tym, że nie jesteś gotów do opowiedzenia tych historii. Trzeba takim rzeczom dać dojrzeć. Mówisz, że jestem silną kobietą - zgadzam się, ale jednocześnie mam wrażenie, że za każdym razem umieram. Natomiast też zdaję sobie sprawę, że nie za bardzo mam wybór - życie toczy się dalej. Przechodząc przez to, znajduję różne narzędzia i mechanizmy, które dają mi możliwość uczynienia kolejnego kroku, o którym wcześniej nie wiedziałam. Mam wiele tekstów w telefonie, które nie trafiły na żaden album, bo jeszcze nie przyszedł na nie moment. Ciągle się "przepycham" z tymi treściami, pracuję z nimi. Nie chcę ich ujawniać, bo zbyt łatwo mogłyby mnie zranić reakcje innych. Jeszcze nie czas…
Skąd czerpiesz swoją siłę?
- Stawiając czoło wszystkim tym zjawiskom, które wymagają siły. Przestałam uciekać i staram się zapewnić sobie wszystko to, co jest potrzebne: miłość, bezpieczeństwo, przyjaźń, dobre emocje. W miarę upływu lat spotkałam osoby, z którymi "wchodzę w rezonans", którzy odczuwają emocje w podobny sposób, co ja. Przez bardzo długi czas byłam po prostu sama, nie miałam wokół siebie ludzi, bo lepiej być samemu niż mieć kiepskie towarzystwo. Prawdą jest, że życie oddaje ci to, co w tym życiu dałeś. Dobro wraca. To jest jak lustro i album "Sains et saufs" jest też obrazem mnie - pokazuje wszystkie sukcesy, ale też upadki. Nie zawsze jest łatwo być wobec siebie miłym i przyjemnym, zwłaszcza jeśli masz wobec siebie wymagania, ale to jest jedyna droga, która ma sens, bo jeśli chcemy, aby świat był dobry, to każdy musi zaoferować to swoje dobro na swoją miarę. Suma tych dóbr da dobrą rzeczywistość.
Często jesteś porównywana do legendarnej Édith Piaf. Jak oceniasz te podobieństwa, które często dostrzega się między tobą a nią?
- To ogromnie miłe porównanie, choć trzeba zauważyć, że Edith Piaf w swojej muzyce była akurat bardzo mocno uzależniona, w niedobry dla siebie sposób, od miłości drugiej osoby, którą ta druga osoba dawała jej lub nie. Oczywiście, jeśli ktoś zestawia cię z artystką znaną na całym świecie, to jest to wielki komplement. Gdy śpiewam "La Vie en Rose", jest tam wers, w której Piaf śpiewa: "Do kogo należę?". Za każdym razem dopowiadam sobie w głowie: "Do nikogo nie należę" (śmiech).
Ale Edith Piaf śpiewa także "Non, je ne regrette rien" ("Niczego nie żałuję"). Jak jest u ciebie?
- Też mam podobną postawę, że nie żałuję niczego. Jesteśmy podobne do siebie w tym, że wszystko przeżywamy na maksa. Albo wszystko, albo nic.
Wracasz czasami myślami do swoich początków, sprzed kilkunastu lat?
- Często myślę, kim jestem i skąd przyszłam. Popularność ma swoje plusy i minusy. Ale niczego nie żałuję - nie byłabym sobą, gdybym nie przeszła przez wszystko, co mnie w przeszłości spotkało.
Piosenki z nowego albumu gra się na koncertach inaczej niż utwory z poprzednich płyt?
- To nie jest takie proste, jak będę miała 50 lat kariery, to będę mogła coś powiedzieć w tym temacie (śmiech). Póki co mam dobrą równowagę w graniu tej muzyki i tej z poprzednich płyt - każdą z nich gramy z czystą przyjemnością. Na scenie wszystko żyje inaczej. Zazwyczaj koncert trwa półtorej godziny, a mija jak burza. Mamy też nową oprawę sceniczną - nie zdradzę jej szczegółów, ale dodaje koncertom bardziej filmowego klimatu.
Byłaś w Polsce już wiele razy. Jak ci się tutaj podoba?
- Przede wszystkim podoba mi się tutaj miłość do ludzi i od ludzi. Zauważam u Polaków ogromną wrażliwość, która jest wyjątkowa. To siła, która idzie w parze z delikatnością. Oczywiście ludzi wszelkich maści znajdzie się w każdym kraju, również we Francji, ale mój stosunek do ludzi, których spotykam tutaj, to jest hiperwrażliwość, choć może bardziej pasuje romantyczność. Doświadczyłam tutaj bezgranicznego dawania: potrzebujesz - masz. Czasem na początku niektórzy wydają się chłodni emocjonalnie, ale później dostrzegam, co kryje się pod tą fasadą. Niektórzy bardzo trzymają gardę, jeśli chodzi o emocje, ale równie łatwo się rozpuszczają. Często w moim towarzystwie wyrzucają te granice, które skądś mają narzucone i otwierają się - opowiadają, że lubią mnie, moją muzykę, cenią moje wartości. Nawiązuję z Polakami nić porozumienia, bo rozpoznajemy podobieństwa u siebie wzajemnie.
Skoro już rozmawiamy o tej przyjaźni polsko-francuskiej, to obiecaj mi, że w niedalekiej przyszłości znów będziemy mogli cię posłuchać - nie tylko na twoich koncertach w Polsce, ale również na corocznym wydarzeniu, celebracji tej przyjaźni, "French Touch" w Warszawie.
- Z przyjemnością!








