Will Ramos, Lorna Shore: "Wszyscy w zespole uwielbiają Behemotha" [WYWIAD]
Amerykańska formacja Lorna Shore na scenie deathcore'owej pojawiła się w 2009 roku. Prawdziwy przełom w ich karierze nastąpił jednak dopiero w 2021 roku, gdy do zespołu dołączył Will Ramos. We wrześniu ubiegłego roku swoją premierę miało trzecie wydawnictwo z nowym wokalistą zatytułowane "I Feel the Everblack Festering Within Me". Muzyk opowiedział nam, jak na przestrzeni kilku lat rozwinęła się jego współpraca z zespołem oraz skąd czerpie inspiracje podczas tworzenia. W ramach trasy promującej krążek, Lorna Shore odwiedzą warszawski COS Torwar już 27 stycznia. Towarzyszyć im będą Whitechapel, Shadow of Intent oraz Humanity's Last Breath. Bilety na wydarzenie wciąż dostępne są do kupienia na oficjalnej stronie organizatorów - Knock Out Productions.

Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: Wkrótce odwiedzicie Polskę z waszą własną trasą koncertową. To jednak nie będzie wasz pierwszy raz tutaj. Masz jakieś specjalne wspomnienia z wizyt w naszym kraju?
Will Ramos, Lorna Shore: - Pewnego razu - nawet nie pamiętam, gdzie wtedy spaliśmy, ale na pewno nie graliśmy żadnego koncertu - zatrzymaliśmy się w Polsce, bo nasz były kierowca stąd pochodzi. Chcieliśmy trochę odpocząć i gdzieś musieliśmy się zatrzymać, więc pojechaliśmy do jego domu. Było to bardzo wyjątkowe i najbardziej polskie doświadczenie, jakie miałem. Zobaczyliśmy, jak ludzie rzeczywiście tutaj żyją, nie było to żadne duże miasto, po którym można spodziewać się konkretnych rzeczy. Nie wiem nawet jak to opisać, nie byłbym w stanie sobie tego wyobrazić. Często z zespołem wracamy wspomnieniami do tego momentu z wielu powodów, o których nie mogę opowiedzieć (śmiech). W każdym razie było fantastycznie, a później dowiedziałem się jeszcze, że w Polsce macie jedną z największych społeczności osób driftujących samochodami, więc teraz jeszcze bardziej cieszę się na powrót.
Wracacie z trasą promującą wasz ostatni krążek "I Feel the Everblack Festering Within Me". Płyta wyszła już jakiś czas temu. Jak patrzysz na nią z perspektywy czasu? Cieszysz się z tego, jak została przyjęta?
- Oczywiście! Wyszła dokładnie tak, jak to sobie zamierzyliśmy. Podczas nagrywania napotkaliśmy wiele przeszkód, ale staraliśmy się, aby wszystko było w najlepszej możliwej wersji. Nikt tak naprawdę nie wie, jak brzmią inne wersje utworów, a jeśli wydane kawałki podobają się słuchaczom, to znaczy, że jest w porządku, że zrobiliśmy coś dobrze. Kompozycje wciąż dają mi te same emocje, które z nimi wiązałem podczas pisania tekstów.
Wspomniałeś, że napisaliście wiele wersji utworów. Ile kawałków zwykle ląduje w koszu, gdy pracujecie nad albumem?
- To zależy. Za każdym razem jest trochę inaczej. Gdy pisaliśmy "Pain Remains", planowaliśmy napisać 15-20 utworów, po skończeniu wyszło ich dokładnie 10, więc wykorzystaliśmy wszystkie. Przy ostatniej płycie mieliśmy około 10-12 kawałków. Jeden z nich się nie nadawał, a drugi miał skończony tekst, ale reszta nie była dopracowana. Zabraliśmy się za niego od nowa. Początkowo utwór nazywał się "The Basement", napisaliśmy go jeszcze raz - nowe wokale, nowe elementy i dodatki i wyszło z niego "Prison of Flesh".
Na ostatniej płycie słychać trochę niuansów przywodzących na myśl black metal, ale jest to jednak odległe od produkcji z lat 90. Skąd brały się te inspiracje?
- Jeśli chodzi o muzykę, nie mam zbyt dużego backgroundu w tym gatunku, ale wszyscy inni w zespole mają, w szczególności Andrew i Adam. Andrew uwielbia muzykę symfoniczną - to od niego biorą się wszystkie orkiestralne elementy i rzeczy, o których nikt nie pomyślał, że będą dobrze do siebie pasować. To wszystko zasługa tej dwójki. "Forevermore" chyba najbardziej oddaje ten klimat przez jego masywność i akordy. Przypomina to trochę Behemotha.
Tak, sam chciałem nawet wspomnieć o Behemoth. Riffy w "A Nameless Hymn" również brzmią, jak coś, co mogliby napisać.
- Dokładnie. Wszyscy w zespole uwielbiają Behemotha. Tak samo, jak Behemoth kocha inne death metalowe zespoły, my uwielbiamy ich. Pewne rzeczy, nas zainspirowały, bo dorastaliśmy, słuchając ich muzyki.
Wiele zespołów, dochodząc do pewnego poziomu popularności zaczyna grać lżej. W waszym przypadku jest wręcz odwrotnie, ale pojawia się jednak więcej emocji. Jakie cele stawiacie sobie na przyszłość?
- Moim celem jest pisać więcej rzeczy opartych na prawdzie, na tym, co przeżyłem, a nie na bliżej niesprecyzowanych pojęciach uczuć. Myślę, że jednym z moich największych ograniczeń przy pisaniu "Pain Remains" było to, że była to kompletna historia. Uwielbiam takie koncepcje, ale lubię też, gdy ludzie wykrzykują ze mną teksty piosenek o czymś, czego doświadczyłem, ponieważ daje to poczucie jedności. Czuję wtedy, że zarówno ja, jak i publiczność nie jesteśmy sami w tym, co czujemy. Dlatego włożyłem w ten album tyle emocji, chciałem, żeby był o czymś, o uczuciach, które towarzyszą ci, gdy jesteś na coś zły lub smutny.
Myślę, że to przewyższa poziom deathcore'u. Ludzie oczekują, że teksty będą o mordowaniu i zabijaniu, a ja uważam, że jesteśmy w stanie popchnąć to nieco dalej. Nie jesteśmy już tym samym zespołem, który wydał EP-kę "Maleficium", brzmi ona zupełnie inaczej. Nie wiem, czy gramy lżej, ale na pewno nie jesteśmy tak mroczni i to aspekt, którego będziemy się trzymać. W końcu Lorna Shore to heavy metalowy zespół, chcemy łączyć tyle elementów, ile tylko możemy i tak długo, jak będziemy czuli się z tym dobrze, a jeśli ludziom się to podoba, to tylko lepiej dla nas.
Idziecie trochę pod prąd trendów w deathcorze. Z moich obserwacji wynika jednak, że sporym zainteresowaniem cieszą się teraz zespoły wracające do old schoolowego brzmienia, jak PSYCHO-FRAME, Killing of a Sacred Deer czy Tracheotomy. Obserwujesz, co dzieje się na tej scenie?
- Szczerze to niespecjalnie. Powinienem, ale staram się nie zwracać zbyt dużej uwagi na to, co inni robią, bo prowadzi to do najgorszej rzeczy, jaką mogę zrobić - i dzieje się to regularnie, niezależnie od tego, czym się zajmuję. Powiedzmy, że przedstawiasz znajomemu jakiś pomysł, myślisz, że jest świetny i chcesz go zrealizować. Trzy miesiące później ten przyjaciel przychodzi do ciebie i również przedstawia ci swój pomysł. Okazuje się, że z drobnymi różnicami to niemal to samo, o czym mówiłeś. Zwracasz na to uwagę i nadchodzi moment realizacji. Nie zdając sobie z tego sprawy, przez sam fakt, że przedstawiłeś ten pomysł, podświadomie zaczął o tym myśleć i częściowo przerobił to na swoją wizję.
Niestety tak czasem działa umysł i dzieje się tak z różnymi kwestiami. Dlatego też staram się nie słuchać zbyt dużo heavy metalu, bo nie chcę przypadkiem podebrać czyichś pomysłów, myśląc, że to moje. Zapiszę sobie jakąś linijkę tekstu, zapominając, że była to jedna ze 140 innych linijek, które słyszałem tego miesiąca, a później okazuje się, że to od The Dillinger Escape Plan. Zanim się obejrzę ludzie będą narzekali, że Will Ramos kradnie teksty TDEP, a wcale nie takie były moje intencje, po prostu pomyślałem, że to dobra linijka i zapomniałem, że pochodzi z innego utworu. Przez to staram się odcinać od tego wszystkiego. Chcę, żeby moje teksty był szczere i odpowiadały temu, co czuję.
W takim razie czego zdarza ci się słuchać teraz najwięcej?
- W ostatnim czasie słucham sporo japońskiej muzyki - konkretnie japońskiego rapu, ale też indie. Szczerze sprawdzam wszystko, co nie jest deathcorem. Nie mam konkretnego gatunku, który lubię najbardziej, wszystko zależy od mojego nastroju. Gdy mam dobry dzień, chcę słuchać muzyki, która sprawia, że czuję się jeszcze lepiej. Przy smutnych dniach słucham smutnej muzyki i tak dalej.
Cofnijmy się na chwilę w czasie do 2021 roku. Jeden z najpopularniejszych obrazów Mariusza Lewandowskiego "Queen of Patience" pojawił się na okładce EP-ki "And I Return to Nothingness". Jak to się stało, że wybraliście akurat to dzieło?
- Zanim zacznę, niech spoczywa w pokoju. Miał naprawdę niesamowite umiejętności. Wydaje mi się, że dostaliśmy katalog z jego pracami i przeglądaliśmy to, co akurat miał dostępne, a ten obraz bardzo się wyróżnił. Jest coś w tej czerwonej, przypominającej ducha postaci, za którą kryje się ponury i niezbyt kolorowy świat. Po prostu bladoniebieskie tło i jedna diabelska zjawa, wyglądająca jak żniwiarz, a Ta EP-ka miała być o śmierci. Byliśmy zachwyceni jego umiejętnościami, ten obraz zawierał wszystkie elementy, które wyobrażaliśmy sobie, tworząc ten materiał. Zrobił świetną robotę, nawet nie próbując. Nie pytał czego chcemy, tylko pokazał nam co zrobił i spytał, czy nam się podoba, a my byliśmy zachwyceni.
Wspominana EP-ka była również twoim pierwszym materiałem z Lorna Shore. Proces tworzenia jej bardzo różnił się od tego, jak teraz nagrywaliście płytę?
- Tak, znacząco, bo gdy nagrywaliśmy EP-kę byłem nowy i bardzo zależało mi na tym, żeby każdego zadowolić. Chciałem wydać coś, co pasowało do tego zespołu. Pisałem muzykę, którą wydawało mi się, że Lorna Shore chcieliby wydać, a nie do końca coś, co ja chciałem stworzyć. Było to coś na zasadzie własnej interpretacji tego, jak brzmiała Lorna Shore, dlatego poszliśmy w tematykę śmierci. Przy ostatniej płycie zrobiło się dużo trudniej, bo chciałem znacząco zmienić pewne elementy, chciałem, żeby było bardziej emocjonalnie. Wprowadzając te zmiany wchodziliśmy sobie trochę w drogę, musieliśmy pisać niektóre kawałki od nowa i w nieskończoność wprowadzać poprawki.
Podczas tworzenia EP-ki ufałem ocenie pozostałych, jeśli uważali materiał za dobry, to się nie wykłócałem, a teraz, jeśli coś mi się nie podobało, to robiliśmy to od nowa. Sprawiło to, że cały proces powstawania albumu był bardzo trudny, bo sporo się spieraliśmy w kwestiach kreatywnych, ale ostatecznie jakoś się to udało.
Lorna Shore mocno zakorzeniona jest w popkulturze zarówno jeśli chodzi o historię waszej nazwy, czy nawiązania do Sekiro w "Sun//Eater". Jakie media sprawiają ci teraz największą przyjemność?
- Zdecydowanie jedną z moich ulubionych gier, w którą gram z ogromnym oddaniem jest "Clair Obscur: Expedition 33" i nie mówię tego dlatego, że dostała nagrodę gry roku, bo grałem jeszcze przed przyznaniem jej. Jest naprawdę świetna. Zainspirowała mnie do napisania wielu utworów, nad którymi pracowałem prywatnie. Poważnie, to jedna z najlepszych gier. Co ciekawe - nie żeby ktokolwiek to planował, ale historia w "Pain Remains" jest prawie identyczna, jak w "Expedition 33". Nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale w pewnym momencie wszystko zaczęło wydawać się bardzo znajome. Nie będę rujnował rozgrywki nikomu, kto chce w to zagrać, ale było to niesamowite i zainspirowało mnie do pisania kolejnego albumu. Poza tym w ostatnim czasie nie grałem w zbyt wiele gier, ale z tych, z którymi miałem do czynienia, ta jest zdecydowanie najlepsza.








