Stella Rose: "W domu od zawsze było sporo najróżniejszej muzyki" [WYWIAD]
Poprzedni raz w Polsce pojawiła się jako support grupy A Place to Bury Strangers. Tym razem, w ramach trwającej trasy koncertowej, wyprzedała własny koncert w Poznaniu. Mowa o Stelli Rose - córce Dave'a Gahana z Depeche Mode - która coraz odważniej wkracza w alternatywny rock. Tuż przed poznańskim występem wokalistka opowiedziała nam o kulisach pracy nad EP-ką "Hollybaby", wrażeniach z trasy, a także o planach wydawniczych na nadchodzące miesiące.

Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Spotykamy się z tobą w ramach trwającej trasy koncertowej. Za sobą masz już wyprzedane show w Bukareszcie, Pradze czy Budapeszcie - teraz dochodzi Poznań. Jak wrażenia dotychczas?
Stella Rose: - Naprawdę dobre. Przed chwilą rozmawialiśmy o tym w naszym vanie, że ta trasa jest szalona - głównie przez liczbę sold-out'ów. Jestem tym wszystkim naprawdę niesamowicie podekscytowana, w końcu marzenia się spełniają.
Niespodzianką nie jest, że trasa ta skupiona jest głównie na promowaniu twojej EP-ki "Hollybaby". Jak gra ci się te numery na żywo?
- Uwielbiam ich energię na żywo - kompletnie co innego niż wersja studyjna. Myślę, że są też dobrym wyznacznikiem tego, w jakim kierunku będzie podążać moja najnowsza twórczość, która ukaże się jeszcze w tym roku. Najbardziej zauważam to przy perkusji, w której będę stawiała znacznie mocniej na elektroniczne dźwięki.
Na kształtowanie się w Tobie tych brzmień miało wpływ dorastanie u boku Dave'a Gahana?
- Gdy dorastałam, w domu od zawsze było sporo najróżniejszej muzyki. Do tego wychowując się w Nowym Jorku, gdzie ta styczność z wieloma różnymi gatunkami muzycznymi jest ogromna. Więc myślę, że to połączenie tych dwóch rzeczy na to wpłynęło. Choć nie wykluczałabym też wpływu mojej własnej ciekawości do znajdowania muzyki, chodzenie na koncerty i tego typu rzeczy. Ale tak, na "Hollybaby" czuję ten klimat, w którym będę chciała zmierzać. Moja pierwsza płyta była skupiona na odkrywaniu i szukaniu własnego brzmienia. Teraz czuję, że to już jest to.
Wspominasz Nowy Jork, natomiast ta EP-ka powstawała w Los Angeles u boku Yvesa Rothmana. Jak pracowało Ci się nad nią w zupełnie innym środowisku?
- Tę EP-kę mogę nazwać "odą do LA." Dość mocno ucieleśnia moje doświadczenia z czasu, gdy mieszkałam tam przez kilka lat. Ten moment, kiedy nagrywaliśmy, kiedy pisałam - to był niezwykły dla mnie czas. LA wydaje się być bardzo odizolowane, wręcz można poczuć się tam mistycznie, trochę jak poza własnym ciałem. Na każdym kroku możesz tam również spotkać wielu ludzi ze znakami "Jezus nas wybawi" czy innymi takimi. Te wszystkie rzeczy finalnie miały wpływ na kształt tej EP-ki - stąd nazwa "Hollybaby", jako taka gra słów z nazwą "Hollywood".
Na szczególną uwagę zasługuje również numer "Drugstore Romeo" i niepowtarzalne brzmienie rodem z lat 80…
- Z początku pracy nad nią wyglądała ona zupełnie inaczej niż finalnie. Pierwotnie w planach nawet nie było tam gitary (śmiech)! Gdy zaczęliśmy włączać partię gitarową w ten numer, miała być ona na końcu. No i gdy pewnego razu zapętliliśmy ten track to uznałam, że gitara właśnie powinna iść od początku. Więc w ten sposób zmieniło się całe moje postrzeganie tego numeru. Finalnie szczególnie dobrze brzmi on na żywo, jak widzę jak rezonuje z ludźmi. Tekstowo natomiast sporo inspirowałam się wieloma filmami, takimi jak "Taksówkarz", które oglądałam podczas swojego pobytu w LA.
Te inspiracje filmami to coś, co już pomału urasta do rangi znaku rozpoznawczego…
- To prawda, ale chciałam podkreślić, że nie traktuję filmów jako sztukę wyższą od muzyki, czy coś w tym stylu. Wydaje mi się, że dla mojego stylu pisania, ważne jest bym miała coś wizualnego, co pomoże mi lepiej zobaczyć moją muzykę. Kiedy czegoś słuchasz, możesz wyobrazić sobie różne obrazy - muzyka również może stać się czyimś soundtrackiem do życia. Natomiast bez muzyki film jest niczym, a muzyka bez wizualizacji czy całego performance'u jest pusta. Warto o tym pamiętać.
Zauważasz progres w swoim brzmieniu i podejściu do muzyki, w porównaniu do debiutanckiego albumu "Eyes of Glass"?
- Och, zdecydowanie. Myślę, że "Eyes of Glass" otworzył przede mną wiele możliwości, jeśli chodzi o to, dokąd brzmieniowo mogłabym pójść. Do tego jestem znacznie do przodu w eksplorowaniu możliwości swojego głosu. Czuję się znacznie dojrzalsza wraz z postępem mojej twórczości. Zmieniłam swoje podejście do tworzenia, by starać się robić taką muzykę, jakiej sama chciałbym słuchać.
Wielokrotnie wspominałaś, że identyfikacja twórcy z muzyką powinna być kluczowa. Będziesz chciała tę myśl kontynuować na przyszłych wydawnictwach?
- Tak, na pewno! Kilka singli wyjdzie już latem tego roku, a we wrześniu planuję wydać cały krążek. I to wyrażanie siebie będzie dla mnie kluczowe. Na tych nowych numerach widzę znacznie wyraźniejsze odzwierciedlenie tego, kim jestem w danej chwili - co mnie niezwykle cieszy.








