Phil Campbell: "Uwielbiam grać w Polsce" [WYWIAD]
Phil Campbell przez ponad 30 lat koncertował u boku Lemmy'ego Kilmistera w legendarnej grupie Motörhead. Po śmierci lidera w 2015 roku, gitarzysta skupił się na rozwoju zespołu Phil Campbell and The Bastard Sons, który współtworzy razem z trójką swoich synów. Muzycy już na początku grudnia odwiedzą Polskę w ramach trasy celebrującej 50 lat Motörhead. 2.12 zagrają w klubie 2Progi w Poznaniu, a dzień później w warszawskiej Proximie!

Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: Przyjeżdżasz do Polski z synami, by świętować 50-lecie Motörhead . Jak się czujesz, grając te wszystkie piosenki po latach?
Phil Campbell: - No cóż, dobrze, bo utrzymuję je przy życiu. To świetne kompozycje, gram je całe moje dorosłe życie, a nasz zespół wykonuje te utwory naprawdę znakomicie, bardzo zgrabnie. Chciałem to zrobić, by uczcić 50 lat od powstania zespołu. Ludzie uwielbiają te utwory, a my i tak zawsze wrzucaliśmy kilka kawałków Motörhead do naszych setów. Po tej trasie, w przyszłym roku, nagramy nowy album z naszymi własnymi kompozycjami. Ale wracając, świetnie będzie ponownie grać piosenki Motörhead w Polsce.
Wielokrotnie odwiedzałeś Polskę, nawet z Motörhead. Masz jakieś szczególne wspomnienia z tych występów?
- Zawsze trafialiśmy na świetną publiczność, bardzo entuzjastyczną. Uwielbiam grać w Polsce, więc bardzo cieszę się na powrót i ponowną zabawę.
Wspomniałeś, że pracujecie nad nowym albumem. Ostatni wyszedł dwa lata temu. Możesz zdradzić coś więcej na jego temat?
- Najpierw musimy znaleźć wokalistę. Obecnie na trasie pomaga Julian Jenkins, który ma także własny zespół - Fury. Myślimy o kilku kandydatach. Jeszcze nie podjęliśmy decyzji co do stałego wokalisty, ale mamy już wiele napisanych piosenek. Musimy je tylko odpowiednio zaaranżować i nagrać. Mamy mnóstwo pomysłów, miejmy nadzieję, że uda się popracować nad tym w styczniu lub lutym i w przyszłym roku wydamy nowy krążek.
Planujecie zaprosić na płytę jakichś specjalnych gości?
- Na razie nie, ale nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Może będziemy mieć jednego lub dwóch gości. Zobaczymy.
Założyłeś The Bastard Sons jeszcze zanim Motörhead zakończyło działalność. Jak na przestrzeni lat rozwinęła się współpraca między tobą a twoimi synami? Jak to teraz wygląda?
- Zaczęliśmy od grania coverów, była to dla mnie świetna zabawa, granie z moimi synami sprawia mi radość. Ominęło mnie ich dorastanie, bo przez ponad 30 lat byłem w trasie z Motörhead. Teraz miło jest mi dać coś od siebie, spędzać z nimi więcej czasu. Są świetnymi muzykami i bardzo dobrze gra się nam razem, więc to dla mnie przyjemność.
Wyobrażam sobie, że bycie zarówno ojcem, jak i liderem zespołu może być jednak wyzwaniem.
- Nie lubię nazywać siebie liderem zespołu. To wszystko jest demokratyczne. W wielu sprawach pozwalam im podejmować decyzje, a jeśli czuję, że coś jest nie tak, to się wtrącam. Robią za kulisami dużo pracy. Czasem się nie zgadzamy, jak każda rodzina, ale radzimy sobie z tym również jako rodzina. Nic nie jest w życiu łatwe, ale jestem z tego naprawdę dumny. To dość wyjątkowa sytuacja - być w dużym zespole rockowym z trójką moich dzieci. Nie wiem, czy ktoś inny robi coś takiego.
Działanie z rodziną jest łatwiejsze czy trudniejsze? W końcu zabierasz też pracę do domu.
- Powiedziałbym, że to raczej trudniejsze. Nie da się nikogo zwolnić. Jest trudniej, bo naprawdę ci na nich zależy, to twoje dzieci. Ale większość czasu i tak jest fantastycznie, więc takie rozterki nie zdarzają się zbyt często.
Niedawno Mikkey Dee powiedział w wywiadzie, że Motörhead nigdy nie wróci jako zespół na żywo. Rozmawialiście w ogóle o przywróceniu tego wszystkiego?
- Nie, nie rozmawialiśmy o tym. To nigdy się nie wydarzy. Bez Lemmy'ego nie ma sensu. Kiedy Lemmy zmarł, ja i Mikkey nie musieliśmy rozmawiać. Wiedzieliśmy, że to koniec. Nie chcieliśmy tego robić. Nie ma Motörhead bez Lemmy'ego. Może w przyszłości będę współpracować z Mikkey'm. To zależy od naszych harmonogramów. Grałem kilka razy ze Scorpions, on grał z moim zespołem, ale na co dzień jesteśmy bardzo zajęci własną pracą. Nigdy nie mów nigdy, może coś się w przyszłości wydarzy. Może zagramy razem jeden czy dwa koncerty albo napiszemy kilka piosenek. Wciąż utrzymujemy kontakt i jesteśmy bardzo, bardzo dobrymi przyjaciółmi, ale nie można nazwać zespołu Motörhead bez Lemmy'ego.
Może warto zorganizować coś w stylu "Back to the Beginning" Black Sabbath?
- Nie sądzę, przynajmniej na razie. Nie myślałem o tym. Było tam dużo zespołów i odniosło to ogromny sukces. Może w przyszłości zrobimy jakiś tribute dla Lemmy'ego, ale trudno jest logistycznie zorganizować to tak, żeby wszyscy pojawili się w tym samym miejscu, o tej samej porze. To był cud, jak Sharon i Tom Morello to zrobili. To nie mogło być łatwe. Ale tak, pewnego dnia moglibyśmy zrobić coś takiego.
Wracając do Mikkey'ego Dee, jak się teraz czuje? Na początku roku miał dość poważne problemy zdrowotne.
- Tak, teraz jest z nim naprawdę dobrze. Przez jakiś czas wszystko było dla niego trochę niepewne, ale wrócił. Pracuje na pełnych obrotach, więc bardzo mnie to cieszy. Radzi sobie wyjątkowo dobrze.
Dobrze to słyszeć. Ten rok nie był łatwy dla fanów rocka i metalu. Jak się czułeś, gdy dowiedziałeś się, że Ozzy dołączył do Lemmy'ego, gdziekolwiek teraz są?
- To nie są dobre wieści, czyż nie? To bardzo smutne i będzie się to powtarzać, bo wszyscy się starzejemy. Takie rzeczy się zdarzają. Wszystkie legendy zaczną odchodzić, co jest przygnębiające, ale jestem pewien, że mieli wspaniałe życia i zapamiętamy zarówno ich postaci, jak i muzykę.
Po ponad 40 latach na scenie, z tak bogatą muzyczną historią, nagrodami i uznaniem sceny, masz jeszcze jakieś niespełnione marzenia lub coś, co chciałbyś osiągnąć?
- Nie bardzo. Po prostu chcę grać dla fantastycznej publiczności tak długo, jak tylko będę mógł, a potem cieszyć się wolnym czasem. Miałem naprawdę dużo szczęścia. Osiągnąłem więcej niż kiedykolwiek zamierzałem osiągnąć. Mam mnóstwo nagród, co jest niesamowite. Nigdy nie myślałem, że skończę z Grammy. Mam szacunek wielu muzyków i wielu muzyków sam szanuje, to dla mnie wystarczające. Nie mam teraz na liście marzeń nic konkretnego. Byłoby świetnie wydać z The Bastard Sons album, który sprzedałby się w milionie egzemplarzy. To byłoby fajne.








