Marcin Maciejczak: Ten rok był przełomowy [WYWIAD]
Rok 2025 okazał się dla Marcina Maciejczaka prawdziwym przełomem - młody artysta nie tylko wydał dwa albumy, ale też odnalazł zupełnie nowy ton: lżejszy, słoneczny i zaskakująco optymistyczny. Najnowsza płyta "8 piosenek o miłości" jest już w sprzedaży.

Damian Westfal, Interia Muzyka: Twoje dotychczasowe albumy układają mi się w "film o dojrzewaniu". Zgadzasz się?
Marcin Maciejczak: - Oczywiście. Sam tak o tym mówię. Te albumy są dla mnie pocztówką z okresu dorastania - dokumentują kolejne etapy mojego dojrzewania.
A sama "ósemka" w tytule najnowszego albumu? Ma dla Ciebie znaczenie?
- Początkowo to była po prostu liczba planowanych utworów. Jednak gdy tworzyłem ikonografię albumu, bo to charakterystyczne logo narysowałem samodzielnie, zaczęły się pojawiać motywy: "M" jak miłość i moje imię, oraz odwrócona ósemka - znak nieskończoności. Na pewnym etapie tworzenia albumu ta ósemka nabrała więc symbolicznego wymiaru.
Drugi już album w tym samym roku - to chyba bardzo intensywne tempo?
- Ten rok jest wyjątkowo pracowity i płodny w nowy materiał. Wciąż pracuję w studiu, nawet po premierze. Cieszę się, że nie robię przerwy, tylko unoszę się na tej fali. Lubię ten proces twórczy, lubię siedzieć w studiu i tworzyć. Krążek "8 piosenek o miłości" powstał w trzy miesiące. Kiedy kończyliśmy poprzednią płytę, konkretnie utwór "Ja.", mój menedżer rzucił: "Słuchajcie, tak dobrze wam idzie, więc może zrobicie całą płytę w trzy miesiące?". Najpierw złapałem się za głowę, bo dwa albumy w rok kojarzyły mi się z naprawdę dużymi artystami. A jednak - udało się.
W takim razie to materiał "na gorąco" o twoich doświadczeniach - tu i teraz.
- Dokładnie, gdybyśmy czekali z premierą rok, te emocje mogłyby być już nieaktualne. To materiał bardzo letni, lekki, ważny dla mnie tu i teraz - nie chciałem czekać z premierą np. do wiosny 2026. Cieszę się, że wyszedł teraz. Choć tempo prac, które sobie narzuciliśmy, żeby wszystko brzmiało i wyglądało tak, jak sobie założyliśmy, było - mówiąc delikatnie - zabójcze (śmiech).
Skoro piosenki o miłości, to która odsłona miłości dominuje na płycie?
- Zaskakująco dużo jest tu zauroczenia i pierwszych, najgorętszych momentów zakochania. "Miłości", która otwiera album, jest o motylach w brzuchu. "Jagodowe papierosy" to małe wspomnienia, które wracają jako flashbacki - wyobrażałem sobie leniwy, słoneczny poranek, rozmowy do popołudnia i te tytułowe papierosy. Jest też piosenka o zakochaniu "od pierwszego wejrzenia".
Ale pojawia się też wątek miłości do siebie - np. "Tylko gest". Łatwo się pisze o takiej miłości, mówiąc sobie "dziękuję", "przepraszam", "wybaczam sobie"...?
- To dla mnie bardzo osobiste. Nigdy wcześniej nie zaglądałem w głąb siebie w ten sposób. W tej piosence wracam do małego Marcina - wrażliwego dziecka, które czasem czuło się niezrozumiane i stało w kącie. Wystarczyłby mu wtedy tylko jeden gest - przytulenie. Pisanie tego utworu z Michałem Majakiem było mocnym przeżyciem, poruszeniem wewnętrznym. Był to też pierwszy utwór napisany na ten album.
Od początku swojej drogi sprawiasz wrażenie osoby, która dokładnie wie, co chce robić, mimo że twój debiutancki album został wydany, gdy miałeś zaledwie 15 lat i głównie został napisany przez inne osoby. Teraz ty przejmujesz tę rolę. Jak ci w tej roli autora własnych piosenek?
- Jeszcze na poprzedniej płycie "Destroy Me, Today" część tekstów pisali w całości inni, a mój pierwszy w pełni napisany utwór był po angielsku. Teraz jestem współautorem wszystkich piosenek. Łatwiej pisze mi się jednak po angielsku, mogę tam więcej powiedzieć. Chcę jednak się jeszcze lepiej, lżej nauczyć pisać po polsku. Z Michałem Majakiem, głównym autorem, z którym pracuję, pisze mi się świetnie - rozumie mój świat i sposób myślenia.
Jak reagujesz na to, że fani próbują odgadnąć adresatów Twoich piosenek?
- Trochę to prowokuję (śmiech). To utwory o moich doświadczeniach w większości, ale jest tam też sporo wyobrażenia o idealnym związku. Ten album jest najbardziej optymistyczną wersją mnie - wbrew temu, że kojarzę się często ze smutkiem i balladami.
Wyglądasz na naprawdę szczęśliwego.
- Tak, te trzy miesiące tworzenia krążka były bardzo dobre i to we mnie jeszcze trwa. Na razie cieszę się chwilą. Jeśli życie dalej będzie tak wyglądało, powstanie więcej optymistycznych numerów.
"We will change the world" - to napis z twojej koszulki z ostatniego teledysku do "Miłości". Co chciałbyś zmienić dzisiaj, gdybyś miał taką moc?
- I mogę powiedzieć, że "Miłości" nie jest ostatnim teledyskiem. Ale odpowiadając na pytanie, to żyjąc w tych czasach, mam sporo lęków - jak większość mojego pokolenia. Mierzę się z tym. Przyszłość, stabilizacja, mieszkanie, klimat… Dorastanie w dobie internetu nie jest łatwe. W styczniu kończę 20 lat i na przykład bardziej stresuje mnie dwudziestka niż osiemnastka. Jednak trzeba być już trochę poważniejszym (śmiech).
Będziesz jeszcze próbować swoich sił w Eurowizji?
- To moje wielkie marzenie. W tym roku jednak odpuściłem - dwa lata starań to było dużo pracy. Czuję się usatysfakcjonowany, bo w preselekcjach 2024 moje starania zostały docenione miejscem na podium ex aequo z Kayah, obok Justyny Steczkowskiej. Obecnie czuję, że nie jest mi po drodze z tak mocno politycznym wymiarem konkursu, ale chciałbym zobaczyć, jak Europa reaguje na moją muzykę. Natomiast dwa albumy w ciągu jednego roku, ponad 10 teledysków, dwa tak obszerne projekty wizualne, jakimi są te płyty, a do tego koncerty, festiwale, autorski podcast. Ja w tym roku zwyczajnie nie miałbym czasu choćby myśleć o zaangażowaniu się w Eurowizję.
Drażnią cię porównania do "cudownego chłopca"?
- Nie. Mam do tego duży sentyment. Wiem, że za coś wtedy ludzie mnie pokochali. Cieszę się, że nie straciłem tej wrażliwości - chociażby na tej najnowszej płycie. Niektórzy mówią, że wreszcie powrócił ten "chłopak z sąsiedztwa".
Co z podcastem "Destroy Me, Today"? Ostatni odcinek wyszedł na twoim kanale na YouTubie prawie pół roku temu…
- Podcast miał jeden sezon. Od początku taki był plan, aby był całością z albumem o tej samej nazwie. Chcieliśmy, żeby dwie osoby z generacji Z porozmawiały o swoim świecie własnym językiem. Dla starszych widzów to musiało być pewnie kosmiczne (śmiech), ale o to chodziło. Nie wykluczam, że w jakiejś formie wrócę do podcastu. Teraz jednak skupiam się na nowym projekcie.
Dobrze się czułeś w fotelu podcastera/dziennikarza?
- To była dla mnie nowa rola. Przygotowywałem się do tego kilka miesięcy. Stresowałem się trochę, wyobrażając siebie zadającego przeróżne pytania. Teraz jak już mam to za sobą, uważam że to było ciekawe doświadczenie i bardzo rozwijające. Wiele mnie nauczyło. Lepiej też się wypowiadam (śmiech).
Masz swoją ulubioną piosenkę z nowej płyty?
- To się zmienia - jeszcze kilka tygodni temu powiedziałbym, że "Nie stanie się nic", ale w tym momencie najczęściej wracam do "Miłości" i "Kumpli <3".
Jak reakcje fanów?
- Jestem zachwycony. Trochę bałem się tej odsłony - bardziej organicznej, gitarowej. Poprzedni album był mocno zanurzony w smutku i nowoczesnej produkcji. A tu jest słońce, luz i kolor. I okazało się, że może ludzie tego potrzebowali…
Ten rok dobiega końca - jakie masz przemyślenia?
- Był przełomowy. Moja poprzednia płyta przez kilka tygodni była w TOP10 najchętniej kupowanych płyt w Polsce. Zagrałem na Top Of The Top Festival w Sopocie, co odbiło się zaskakująco dużym echem, dałem pierwszy koncert z własnym materiałem za granicą, spełniłem mnóstwo marzeń. Teraz, jak za kilka tygodni zakończymy główne działania związane z promocją "8 piosenek o miłości", chcę odpocząć, wyjechać gdzieś, uporządkować życie prywatne - na przykład zdać prawo jazdy. Ale ogólnie? Jestem niesamowicie szczęśliwy.








