Jan Marczewski o nadchodzącym krążku: "Udało mi się pozbyć nadmiernej samokrytyki" [WYWIAD]
Po styczniowych "Momentach" Jan Marczewski nie zwalnia tempa. "Na koniec lata" to projekt, który początkowo miał być luźną EP-ką o wakacyjnych wspomnieniach, a okazał się pełnoprawnym krążkiem - jak sam mówi - zainspirowany największymi letnimi bangerami. O nadchodzącym albumie, trasie koncertowej i tegorocznym występie na Great September opowiedział nam Jan Marczewski.

Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Na zbliżającym się nowym krążku "Na koniec lata", ta nostalgia, zauważalna u ciebie w poprzednich wydawnictwach, nadal będzie dominować?
Jan Marczewski: - Myślę, że nie będzie aż tak przodująca, jak przy poprzednich projektach. Tutaj zależało mi zrobić coś troszeczkę innego, z inną tematyką. Nie chcę odcinać starych rzeczy grubą kreską, bo dalej je czuję i są mi dość bliskie, więc ta nostalgia na pewno w jakimś stopniu zostanie.
Jak powstawał ten krążek?
- Sama praca nad nim zaczęła się zaraz po poprzednich "Momentach". Powstały wtedy pierwsze dwie piosenki, które zaczynały nabierać znacznie żywszych brzmień. Miałem też zapytanie od mojej muzycznej ekipy, czy nie chciałbym spróbować właśnie czegoś bardziej energicznego - powiedziałem, że jasne. Efektem tego okazały się piosenki z takim wakacyjno-letnim wydźwiękiem, który bardzo mi się spodobał. Dużo przy pracy nad "Na koniec lata" inspirowaliśmy się letnimi bangerami, których wszyscy słuchamy i które przypominają nam o lecie - to był dla nas taki dość jasny klucz muzyczny. Natomiast jeśli chodzi o warstwę liryczną, to moje prywatne przeżycia i przemyślenia z wakacji wyznaczyły ten kierunek, za którym postanowiłem podążać.
Na jednym z ostatnich singli - "Chamy" - gościnnie pojawił się Hugo Tarres. Jaka jest geneza tej współpracy?
- Nie ukrywam, że to jedna z tych współpracy, którą zainicjował Hugo. Znam się już z nim naprawdę długo, więc mi ta rzecz też od dłuższego czasu chodziła po głowie. Cały utwór napisany został w piwnicy u Hugsona, w której mieści się bardzo klimatyczne małe studio. We trójkę, wraz z jego ziomkiem, napisaliśmy demówkę pod "Chamy", co szybko potem przerodziło się w pełnoprawny utwór.
Będzie to jedyna współpraca, jaka znajdzie się na tym krążku?
- Nie, ale chciałbym, by to na razie pozostało niespodzianką. Mogę natomiast zdradzić, że będzie miły zaskok dla starszych słuchaczy.
Miałeś jakiś klucz, którym kierowałeś się, podczas doboru singli?
- Zależało mi, by dobrze za ich pomocą oddać różnorodność, jaką ten projekt będzie się odznaczać. Na sam album dojdzie jeszcze kilka rzeczy w kompletnie innych stylach. Cieszę się, że udało się tak zrobić, że każdy singiel jest inny - żeby do końca nie było wiadomo, co się będzie dziać na tym albumie.
Gdzie upatrujesz inspiracji w swoich brzmieniach, które w dość ciekawy sposób czerpią, tak jak mówisz, z tak wielu różnych gatunków?
- Słucham po prostu bardzo dużo muzy. Sporo gatunków też mi się podoba. Na dodatek otaczam się takimi ludźmi, którzy zalewają mnie najróżniejszymi stylami: japoński jazz, metal, elektronika, ambient - ja biorę sobie z tego fragmenciki, które później posługują mi jako inspirację, do poszczególnych numerów. Gdy przychodziłem do producenta, rzeźbiliśmy sobie po prostu na bazie jakiejś konkretnej inspiracji.
"Na koniec lata" to twój drugi krążek w tym roku - jakie największe różnice postrzegasz pomiędzy tymi dwoma wydawnictwami?
- Po pierwsze brzmienie, o którym już wspominałem na początku. Do tego powiedziałbym, że nadzwyczajnie długo pracowałem nad tym najnowszym krążkiem - to o tyle dziwne, że udało mi się pozbyć takiej bojaźliwości i nadmiernej samokrytyki względem tekstów. Czułem znacznie większą swobodę tworząc piosenki na "Na koniec lata".
Nazwałbyś to ewolucją czy chwilową odskocznią?
- Sam nie wiem, czy posunąłbym się, aż do nazywania tego "ewolucją". Wydaję mi się, że mimo wszystko bardziej to wynika z chęci spróbowania czegoś, co siedziało już we mnie od dawna, ale na co brakowało mi przestrzeni. Teraz ją sobie znalazłem i chcę pokazać całemu rynkowi muzycznemu, ale i sobie, na co mnie stać.
Niedawno miałeś przyjemność zagrać na Great September - jak wspominasz tamten występ?
- Rewelacyjnie - myślę, że jest to jeden z moich bardziej udanych koncertów. Pierwszy raz miałem też okazję skonfrontować się z live bandem. Wiąże się z tym naprawdę śmieszna historia, bo chłopaki z mojego menedżmentu zasugerowali, że dobrze byłoby zagrać Greata z bandem, na co mówię, że spoko, ale nie mamy bandu (śmiech). Po 10 minutach ciszy wpadliśmy na pomysł, by Wojtka (producenta) skłonić do gry na gitarze, a Michała (również producenta) na perkusji. I w takim trójkowym składzie zagraliśmy i było to naprawdę rewelacyjne.
Miałeś okazję zagrać tam materiał z nadchodzącego albumu?
- Graliśmy kilka kawałków - głównie były to single. Nie chciałem grać przedpremierowo kawałków, na kilka tygodni przed zaplanowaną trasą koncertową, na której już w pełni "Na koniec lata" wybrzmi.
Mimo wszystko postrzegasz go jako przygotowanie pod zbliżającą się trasę koncertową?
- Ze względu na to, jak niewiele czasu dzieli występ greatowy z rozpoczęciem mojej trasy, postanowiliśmy go również wpisać na nasz plakat. Natomiast graliśmy tam znacznie więcej starszego materiału, niż na trasie, w którą już zaraz wyruszamy. Do tego na trasie raczej nie będziemy grali w bandzie - coś się jeszcze może zmienić, ale na chwilę obecną tego nie planujemy. Chcemy skorzystać z okazji, że możemy zagrać z DJ-ką i wraz z Wojtkiem znakomicie bawić się na scenie.
Na myśl o trasie dominuje u ciebie strach czy ekscytacja?
- Wyłącznie ekscytacja. Pamiętam doskonale "Momenty Tour" i ludzi, którzy wtedy ze mną byli - mam nadzieję, że oni pojawią się również na "Na koniec lata Tour", bo ta atmosfera jaka panowała ostatnio, była niesamowita. Myślę, że trasa koncertowa to najfajniejsza rzecz, jaką artysta może zrobić. Skonfrontowanie się z ludźmi, którzy słuchają i lubią twoją muzę, to coś magicznego.






![Wojtek Mazolewski Quintet: Zabrakło wody, nie zabrakło energii [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000LYP8B36J9NKTG-C401.webp)


