Clawfinger: Zmieniliśmy jedyną planetę, na jakiej możemy żyć, w tykającą bombę [WYWIAD]
Na przełomie wieków Clawfinger był nie do zatrzymania. Dziesiątki koncertów na całym globie, nowe albumy co dwa-trzy lata, rzesze fanów i uwaga mediów. Później przyszedł kryzys. Zak Tell z ekipą musieli znaleźć "normalne" prace, założyli rodziny, branża muzyczna zmieniła się. Broni jednak nie złożyli i wreszcie, po dziewiętnastu latach, prezentują nowy album - "Before We All Die".

Jarosław Kowal, Interia Muzyka: Zacznę od pytania, które musi paść na samym początku - dlaczego na nowy album Clawfingera czekaliśmy prawie dwadzieścia lat?
Zak Tell: - Takie życie (śmiech). Zaczynaliśmy w czasach, kiedy wciąż zarabiało się na sprzedaży płyt, co w połączeniu z koncertami pozwalało nam utrzymywać się z działalności zespołu przez mniej więcej dwie dekady. Pod koniec 2007 roku zdaliśmy sobie jednak sprawę z tego, że kończą się nam pieniądze i wyruszamy w ostatnią trasę jako zawodowi muzycy. Po powrocie musieliśmy zabrać się za to, co robi każdy - po prostu poszliśmy do pracy. A kiedy już zaczynasz pracę, zostajesz wciągnięty w siedzenie w niej od dziewiątej do siedemnastej od poniedziałku do piątku, co nie zostawia wiele czasu na zespół. Poza tym większość z nas miała już w tym czasie małe dzieci, pozakładane rodziny i działalność Clawfingera sama wygasła. Od czasu do czasu graliśmy na festiwalach, ale zaczęliśmy czuć, że nasza misja dobiegła końca. Jak widać, byliśmy w błędzie.
Tak naprawdę zresztą przez cały ten czas, kiedy nie wydawaliśmy zdarzył się nam tylko jeden rok bez koncertów. Wróciliśmy z zawieszenia po propozycji występu na festiwalu w Szwajcarii. Dobrze płacili, w programie był Motörhead i kilka innych świetnych zespołów, więc znowu się zebraliśmy i zaczęliśmy próby. A jak już zaczniesz, to pojawia się apetyt na więcej. Kolejne propozycje napływały, naszemu pierwszemu albumowi - "Deaf Dumb Blind" - stuknęło dwadzieścia pięć lat, co było dobrą okazją, by zagrać trasę z tym materiałem, a gdzieś po drodze zebrało się kilka pomysłów na nowe kawałki. W pewnym momencie nasz manager zapytał więc, czy bierzemy pod uwagę nagranie albumu. Mieliśmy sześć-siedem utworów, zażartował, że może dopiszemy resztę "zanim wszyscy umrzemy" i stąd wziął się tytuł - "Before We All Die". Starzejemy się, zmarnowaliśmy dziewiętnaście lat, więc byliśmy zmotywowani, żeby w końcu coś wydać.
Ale to chyba nie jest jedyne znaczenie tego tytułu? W połączeniu z okładką nadaje jasny komunikat dotyczący stanu, w jakim znalazł się świat.
- Jak najbardziej, znaczenie jest podwójne. W połowie to żart, w połowie komunikat: "Jesteśmy idiotami, którzy niszczą jedyną planetę, jaką mają. Jedyną, na jakiej są w stanie żyć i nie mają możliwości z niej uciec. Zmieniliśmy ją w tykającą bombę".
Poprzedni album, "Life Will Kill You", również do optymistycznych nie należał, ale czy w porównaniu z rzeczywistością z 2007 roku znaleźliśmy się w jeszcze gorszym położeniu?
- Jestem przekonany, że jest znacznie gorzej. Tak się dzieje, kiedy pieniądze, chciwość i władza zaczynają rządzić każdym aspektem życia. Tematów na teksty jest przez to dzisiaj wiele, ale nie ma niczego fajnego w powtarzaniu się tylko po to, by zabrać w jakiejś sprawie głos. Jestem dość samokrytyczny, więc jeżeli chcę o czymś napisać, muszę to naprawdę czuć i mieć do powiedzenia coś, co będzie dla mnie wartościowe. Wywodzę się ze sceny punkowej, ważny jest dla mnie przekaz, za którym stoi jakieś istotne znaczenie. Nie śpiewam o imprezowaniu, narkotykach i innych tego rodzaju bzdurach. Dobrze jest mieć do powiedzenia coś więcej.
Traktujesz ten album bardziej jak protest czy jak autoterapię?
- Nie mam pojęcia, czym dla mnie jest. Nie potrafię spojrzeć na niego w obiektywny sposób. Przede wszystkim cieszę się, że w ogóle nagraliśmy nowy album, bo po tak długiej przerwie zaczynałem wątpić, czy to się w ogóle jeszcze wydarzy. Chcę myśleć o sobie, że jestem bardziej dojrzały i spokojniejszy niż przed laty, ale kiedy słucham nowych kawałków, mam wrażenie, że jestem tak samo wkurzony i zgorzkniały (śmiech).
Co chciałbyś, żeby słuchacze wynieśli z "Before We All Die"? Próbujesz ich pocieszyć, zachęcić do walki, dać im poczucie ulgi, łącząc poważne tematy z czarnym humorem?
- Clawfinger zawsze był mieszanką różnorodnych cech. Dzisiaj na pewno mniej przejmujemy się tym, co rzekomo powinniśmy robić, a czego nie. Podążamy za przeczuciem i intuicją. Przed laty sądziliśmy z kolei, że jeżeli podejmujemy poważne tematy, to sami też musimy być poważni. To nieprawda. Można się wygłupiać, dobrze bawić z przyjaciółmi i z fanami, a przy tym również kierować do ludzi istotny przekaz. Jedno drugiego nie wyklucza.
Na nowym albumie jest też utwór ukazujący bardziej osobistą perspektywę - "A Perfect Day". Gdybym dopiero odkrywał muzykę Clawfingera, pewnie zaskoczyłby mnie optymizm z początkowych wersów, ale słucham was od lat 90., więc wyczekiwałem nagłego zwrotu akcji i faktycznie nastąpił. Jak wiele ciebie jest w tym tekście? Na co dzień jesteś bardziej optymistą czy pesymistą?
- Ten tekst obrazuje dwie skrajności i myślę, że zarówno ja, jak i wiele innych osób nieustannie poruszamy się pomiędzy nimi w tę i z powrotem. To normalne. Nienormalny jest wyidealizowany, doskonały świat pokazywany przez influencerów w mediach społecznościowych. Każdy, kto już trochę pożył, doskonale zdaje sobie z tego sprawę, że życie tak nie wygląda. Napisałem ten tekst, bo poczułem się sprowokowany przez osoby próbujące wmawiać innym, że wszystko jest takie błyszczące i słoneczne. Irytuje mnie to. Każdy ma lepsze i gorsze dni. Wspaniałe i bolesne doświadczenia. Kłócimy się z partnerkami, tracimy kontakt z rodziną, nie układa się nam w pracy - to jest normalność. Jeżeli o tym zapomnimy, nie będziemy potrafili sobie z tymi sytuacjami radzić.
Przeczytałem gdzieś, że pracujesz obecnie w szkole i prowadzisz klub dla dzieci. Mam nadzieję, że nie przypomina to teledysku do "Biggest & the Best".
- Zdecydowanie nie, bez obaw (śmiech). Nie pozwalam im jednak wygrywać tylko dlatego, że są dziećmi. Muszę się nauczyć, że przegrywanie jest częścią życia.
Czerpiesz od ich sposobu patrzenia na świat inspiracje? Dzieciaki częściej potrafią dostrzec, że "król jest nagi".
- Na pewno mają pewne mocne strony, których brakuje dorosłym, ale to działa w dwie strony. Dzieciaki bardzo często nie przewidują konsekwencji i nie potrafią wziąć odpowiedzialności za swoje działania. To naturalne. Uczenie się tego wszystkiego jest immanentną cechą bycia dzieckiem. Oczywiście inspirują mnie, bo ludzie w ogóle są dla mnie inspirujący. Zarówno w negatywnym sensie, jak i pozytywnym. Poprzez uważne obserwowanie otoczenia i siebie samego można naprawdę wiele się nauczyć. Z dzieciakami da się świetnie bawić, ale potrafią być też wrzodem na tyłku. Bywają bardzo mądre, ale też naprawdę głupie. Jak powiedziałeś - często widzą, że "król jest nagi". Nie dają sobie wkręcić ściemy.
Publiczność Clawfingera to głównie takie osoby jak ja, słuchające was od ponad dwudziestu lat, czy zauważasz, że jesteście teraz na nowo odkrywani przez młodszych słuchaczy?
- Myślę, że na tym etapie wiele słuchających nas w wieku nastoletnim osób ma już swoje dzieciaki i zaczyna zabierać je na koncerty. Nasza muzyka wyprała im głowy, czy im się to podoba, czy nie. Z innej perspektywy, muzyka po prostu swobodnie się porusza ponad podziałami, miejscami, rocznikami i tak dalej. Coś raz jest popularne, później wydaje się żenujące, ale mija kilka lat i znowu wszyscy to kochają. Muzyka nie daje się uwięzić w czasie. Brzmienia czy pewne instrumenty tak, ale nie sama muzyka.
Tak było z rap metalem czy nu metalem. Do mniej więcej 2005 roku cieszyły się wielką popularnością, później zaczęły uchodzić za obciach, kiedy pojawiły się zespoły pokroju Trivium albo Avenged Sevenfold, a teraz wracają.
- Tak, a jednocześnie nadal dla wielu będzie to obciach. Ale to osoby, których muzyka jest z kolei obciachowa dla mnie, więc ostatecznie to wszystko sprowadza się po prostu do kwestii gustu. Nie ma żadnych zasad, poza tymi, które sami sobie narzucamy.
Wbrew zasadom prowadzicie też media społecznościowe Clawfingera, dzięki czemu jest tam po co zaglądać. Nie powtarzacie w kółko, że zaraz wychodzi singel albo że gracie koncert, jak większość zespołów, tylko wrzucacie wiele informacji od serca. W tym stare zdjęcia i artykuły sprzed lat. Czujesz, że im bliżej zespołowi do czterdziestki, tym większy masz sentyment do jego wczesnych dni?
- W 2024 roku znalazłem na strychu kilka kartonów z przeróżnymi, startymi wycinkami. Postanowiłem kupić skaner i przenieść je do komputera. Prawie wszystko, co ląduje w naszych mediach społecznościowych, to materiały, które wrzucam osobiście. Sprawia mi to przyjemność i widzę, że fanom również. Rzeczywiście czuję przy tym nostalgię i jednocześnie jestem dumny z tego, co osiągnęliśmy. Obecnie utrzymywanie stałej relacji z fanami jest tak łatwe, że szkoda byłoby nie podzielić się tymi wszystkimi starociami. Dawniej kupowałem duże pliki kopert i znaczków pocztowych, a później siedziałem kilka dni i odpowiadałem na listy od naszej publiczności. Z początku nie stanowiło to większego problemu, ale później nasza popularność wzrosła i nie dało się za tym nadążyć. Teraz siadam do komputera i odpisuję w trzydzieści sekund. Nie wiem, czy ludzie mają w ogóle tego świadomość, że na ogół to właśnie ja im odpowiadam. Nie wynajmujemy nikogo do tej roboty. To ważne. Jeżeli masz fanów, powinieneś się dla nich starać.
Z jednej strony to faktycznie dobrze, że dystans pomiędzy artystami a publicznością skrócił się, ale z drugiej w braku powszechnego dostępu do informacji był pewien czar. Jako nastolatek przez długi czas byłem przekonany, że Clawfinger jest zespołem z Ameryki i dopiero kiedy w końcu natrafiłem na jakiś wywiad, odkryłem, że mieszkacie tuż po drugiej stronie Bałtyku. Ta konieczność dopowiadania sobie, dociekania czy zgadywania miała swój urok.
- Całkowicie się z tym zgadzam. Urodziłem się w latach 70. i doskonale pamiętam, jak to było, kiedy muzykę spowijała aura tajemnicy. Czasami trafiło się na jakiś dobry kawałek w radiu, ale nie było sposobu, żeby sprawdzić, jak wygląda grający go zespół. Wszystko sprowadzało się do przyjemności dla ucha. Dla zmysłu wzroku nie było nic. Już tego nie ma i nie da się do tego wrócić. Nie cofniemy rozwoju technologicznego. Poniekąd jest to przykre, ale są też zalety. Dla mnie sposób komunikacji z fanami jest obecnie znacznie lepszy i bliższy temu, jak zachowujemy się na koncertach. Zawsze staraliśmy się, żeby nie było wyraźnej granicy pomiędzy sceną a widownią, często po występie idziemy do ludzi i pijemy razem piwo albo podpisujemy koszulki. Nie jesteśmy jednym z tych zespołów, które noszą okulary słoneczne po zmroku. Tak naprawdę jesteśmy po prostu ekipą wielbicieli muzyki, którym się poszczęściło i osiągnęli z własnym zespołem większy sukces, niż kiedykolwiek by się spodziewali.
Wiele razy zadawałem to pytanie zespołom o długim stażu i zawsze padała negatywna odpowiedź - odnieślibyście podobny sukces, gdybyście zaczynali dzisiaj?
- Raczej nie. Panuje tak duży przesyt informacjami i istnieje tak wiele zespołów, które mogą nagrywać nieustannie, kiedy tylko zechcą, a później natychmiast dzielić się rezultatami ze słuchaczami, że przebicie się byłoby bardzo trudne. Nie ma dzisiaj większej liczby dobrych zespołów niż kiedyś, ale nie ma też większej liczby złych. Po prostu coraz trudniej wyszukać te wyróżniające się w ogromnej masie muzyki publikowanej każdego dnia. Pewnie to też kwestia wieku, ale nie szukam już nowej muzyki tak często jak dawniej. Podążanie za nią jest tak trudne, że nie potrafię się zaangażować.
Mankamentem tego przesytu jest też rzadsze budowanie wspólnoty wokół muzyki. Dawniej na imprezach wszyscy znali wszystkie utwory, śpiewali do nich, tańczyli. Teraz każdy ma coś swojego. Czyli indywidualne gusta za cenę społecznego wymiaru muzyki. Trudno stwierdzić, co jest lepsze.
- Jasne, mieliśmy wspólny fundament muzyczny. Dziesięć czy dwadzieścia albumów, które każdy doskonale znał. Kiedy oszczędzało się tygodniami, żeby kupić sobie jakąś płytę czy kasetę, to później naprawdę poświęcało się im wiele czasu. Słuchało się ich na okrągło i zakochiwało w muzyce, nawet jeżeli czasami nie chwytała od pierwszego przesłuchania. Dzisiaj wszystko jest w zasięgu ręki. Klikasz, słuchasz czegoś, a później nigdy do tego nie wracasz, bo możesz kliknąć w coś innego. Dawny czar minął, ale zawsze będą też ludzie, którzy żyją muzyką i wkładają w nią całe serca.
Jestem przekonany, że żadna wytwórnia nie wydałaby dzisiaj waszego pierwszego singla ze względu na tytuł ("Nigger") i podejrzewam, że sami też inaczej napisalibyście dzisiaj ten jednoznacznie antyrasistowski tekst. W niektórych wywiadach wyczuwam jednak, że są osoby oczekujące wyjaśnień albo może nawet przeprosin z waszej strony. Nie biorą pod uwagę kontekstu, w jakim ten utwór powstawał w latach 90.
- Ludzie coraz rzadziej potrafią dostrzegać szerszy kontekst, bo ich zakres uwagi nie przekracza dziesięciu sekund. Przez to coraz częściej wyciągają krótkie fragmenty poza ten kontekst i zmieniają sens całej wypowiedzi. Ktoś weźmie na przykład sam refren tego utworu i wstawi do dziesięciosekundowego wideo na TikToku, a później obejrzy to dziesięć tysięcy osób i stwierdzi: "To musi być rasistowski zespół". Nie jestem w stanie niczego z tym zrobić. Wiemy, jakie mamy poglądy i za czym się opowiadamy. Każdy, kto przyjrzy się naszej działalności musi dojść do wniosku, że sprzeciwiamy się rasizmowi i faszyzmowi.
Na pewno dzisiaj napisałbym ten tekst inaczej. Miałem dwadzieścia jeden lat, kiedy powstał. Ułożyłem w głowie bardzo mocne przesłanie, którego celem było uderzenie z całą siłą. Miało być jak cios prosto w twarz. Nie planowałem taktycznie, czy to się sprzeda, do kogo trafi, co z tym będzie kilka dekad później. Nie mieliśmy wtedy jeszcze nawet wytwórni. Kto był w stanie przewidzieć, że świat tak bardzo się zmieni? Na lepsze i na gorsze. Z jednej strony dobrze, że dbamy o szanowanie siebie nawzajem i tego, jak bardzo potrafimy się od siebie różnić. Z drugiej kiedy opinia publiczna za bardzo popada w przeciwną skrajność, pojawia się strach przed wypowiadaniem własnych przemyśleń, bo mogą zostać odebrane na opak. Takie ruchy jak MeToo albo Black Lives Matters pomogły ujawnić wiele paskudnych praktyk. To cenna zmiana, na jaką w latach 90. nie było odwagi. Nie można jednak wszędzie usilnie dopatrywać złych intencji bez podejmowania prób zrozumienia, co naprawdę dana osoba chciała powiedzieć.
Na pewno jeszcze za wcześnie, by cokolwiek deklarować - rozmawiamy przed premierą "Before We All Die" - ale czy są szanse na kolejny album Clawfingera w nie aż tak odległej przyszłości?
- Powoli na nowo zaczynamy rozkochiwać się w graniu i tworzeniu muzyki. Myślę, że kolejny album Clawfingera w niedalekiej perspektywie jest w tej chwili całkiem prawdopodobny. Jeżeli powstanie, to na pewno nie za kolejne dziewiętnaście lat (śmiech).



![Twój, Dawid: Nie chcę być wydmuszką na reklamach [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ0S4GYILGKH-C401.webp)





