Black Satellite: Warto dać ludziom głos, który wyrazi to, co się w nich kotłuje [WYWIAD]
Nowojorski Black Satellite bierze szturmem scenę alternatywnego metalu. Po trasach u boku między innymi Marilyna Mansona, Cradle of Filth, Drowning Pool czy Wednesdaya 13, pod koniec minionego roku projekt, na czele którego stoi Larissa Vale, wydał długo wyczekiwany drugi album, ale tempa bynajmniej nie zamierza zwalniać.

Jarosław Kowal, Interia Muzyka: - Gdyby nie pandemia, "Aftermath" ukazałby się znacznie wcześniej. Czujesz ulgę, że w końcu możesz się nim podzielić?
Larissa Vale: - Tak, to wielka ulga. Ostatecznie jednak wyszło to nam na dobre, bo przez opóźnienie dopisaliśmy jeszcze kilka utworów i to właśnie one zostały ostatecznie singlami. Odzew jest bardzo pozytywny, więc warto było dać na wstrzymanie i wycisnąć z siebie jeszcze więcej.
Utwór "Void" ma co najmniej pięć lat, a który z tych aż piętnastu jest najmłodszy?
- Najnowszymi są "Kill For You", "Downfall" i "Doom or Die". Zarejestrowaliśmy je podczas tej samej sesji. Tak się zresztą składa, że to w tej chwili moje ulubione kawałki.
Kto dotąd nie widział was na scenie, może odkrywać te utwory dopiero od kilku tygodni, ale niektóre z nich wykonujesz od bardzo dawna. Nawet te, które nie ukazały się wcześniej jako single, jak "Far Away" albo "Here It Ends". Czułaś się nimi na jakimś etapie zmęczona?
- W pewnym sensie tak, bo nie lubię przetrzymać muzyki przed udostępnieniem jej szerszemu gronu słuchaczy. I jako artyści, i jako ludzie nieustannie się rozwijamy, więc w międzyczasie miałam już wiele kolejnych pomysłów na to, czego chciałabym spróbować. To nie tak, że robiło mi się niedobrze od tych od dawna ogranych utworów, ale nadszedł już moment, kiedy trzeba było w końcu je wydać i ruszyć dalej. W kierunku nowego rozdziału.
Masz już nową muzykę?
- Niczego w tej chwili nie mogę ogłosić, ale zawsze komponuję. Zawsze pracuję i myślę nad tym, co będzie dalej.
Byliście na trasach z różnorodnymi zespołami. Podejrzewam, że inaczej gra się przed młodzieżą w corpse paintcie czekającą na Cradle of Filth, inaczej przed czterdziestoletnimi fanami nu metalu słuchającymi Coal Chamber i jeszcze inaczej przed słuchaczami Fozzy'ego, z których większość to tak naprawdę fani wrestlingu i Chrisa Jericho. Zawsze robisz po prostu swoje czy próbujesz jakoś dostosować się do odbiorców?
- Zawsze gram swoje. Nie czuję potrzeby udowadniania komukolwiek czegokolwiek, więc nie przejmuję się tym, jaka akurat stoi przede mną publiczność. Niby i Cradle of Filth, i DevilDriver to zespoły metalowe, ale rzeczywiście mają zupełnie innych odbiorców, a ich brzmienia bardzo się różnią od naszego, graniczącego z gotykiem i industrialem. Pamiętam, że znajomi pytali: "Nie boisz się, że ten tłum rozerwie was na strzępy?", ale absolutnie czegoś takiego nie czułam. Nigdy nie czułam nawet tremy przed wyjściem na scenę. Patrzę na to wręcz jak na wyzwanie i zabawę. Myślę sobie: "Ci ludzie nie mają nawet pojęcia, co ich czeka". Później na ogół utwór po utworze widzimy, jak reakcje stają się coraz bardziej intensywne i żywiołowe. Pod koniec koncertu publika jest już na ogół totalnie pochłonięta, skacze, moshuje i tak dalej. Nie ma dla mnie niczego bardziej satysfakcjonującego. Dzięki temu wiem, że nikomu nie muszę opowiadać, jakim jesteśmy zespołem. Mogę to po prostu pokazać.
Macie za sobą aż trzynaście tras koncertowych. To sporo dla tak młodego zespołu, zwłaszcza w obecnych czasach. W ten sposób skuteczniej buduje się bazę fanów niż przez aktywność w mediach społecznościowych?
- Obydwa są tak samo ważne. Na każdej z tych tras pokazywaliśmy się zupełnie innej publiczności, ale nie raz docierają do nas sygnały, że ktoś przypadkiem trafił na nas gdzieś w internecie. Zdarza się, że wyskoczyliśmy komuś na playliście, zauważył, że gramy w okolicy i później przyszedł na koncert, a nawet został po nim, żeby chwilę pogadać. Warto działać na wielu polach, to zwiększa szanse na wypracowanie sobie własnej publiczności.
Oczywiście jeżeli zapytasz, co z tego sprawia mi największą przyjemność, bez wahania powiem, że koncerty. To podczas tych bezpośrednich spotkań muzyki ze słuchaczami rockandrollowy duch jest najwyraźniej wyczuwalny, a więź pomiędzy nami najsilniejsza. Kiedyś to było normalne i tak naprawdę w żaden inny sposób nie dało się znaleźć blisko ulubionych zespołów. Dzisiaj z jednej strony kontakt przez media społecznościowe skraca dystans, z drugiej nie jest aż tak bardzo intymny i osobisty.
Na której z tych tras czułaś, że wasza muzyka najszybciej i najmocniej przemówiła do publiczności?
- Mam wrażenie, że publiczność Marilyna Mansona szybko podłapała naszą muzykę. Trochę zaskoczyło mnie, że publika Mushroomhead na ostatniej trasie też od razu się wciągnęła. Może dlatego, że łączy nas ten subtelny element industrialny. Najciekawsze jest dla mnie jednak to, że potrafimy wtopić się w tak wiele różnych otoczeń, bo nasze brzmienie dość dobrze daje się dopasować. Jest w nim wiele różnych elementów, ale jeden nie dominuje nad innym. Nawet kiedy graliśmy z Cradle of Filth, ludzie szaleli pod sceną.
Często wymieniasz Marilyna Mansona jako jedną z głównych inspiracji. Dla mnie w okresie nastoletnim również był ważny. Szczególnie bliskie jest mi wszystko, co nagrał pomiędzy debiutem a "Holy Wood". W ostatnich latach jest jednak postacią, na której ciąży wiele poważnych zarzutów. Potrafisz oddzielić dzieło od artysty?
- Nie mnie oceniać całą tę sytuację. Skupiam się na własnym zespole i na korzystaniu z wyjątkowych okazji na pokazanie się szerszemu gronu publiczności. Każdy koncert był wyprzedany, co wieczór słuchało nas trzy tysiące osób i to jest dla mnie najważniejsze.
A czy artyści w ogóle ponoszą odpowiedzialność przed swoją publicznością? Wiele osób, zwłaszcza tych młodszych, wsłuchuje się w teksty, obserwuje twoją aktywność w mediach społecznościowych i na pewno część z nich zaczyna się z tobą identyfikować.
- To ciekawa kwestia. Kiedy byłam młodsza, pisałam wyłącznie z myślą o tym, co chcę z siebie wyrzucić. Reszta się nie liczyła. Później zaczęłam jednak publikować tę muzykę, jeździć w trasy, spotykać się z odzewem coraz większej liczby osób. Niektóre z nich podchodziły do mnie po koncertach i dzieliły się swoimi historiami. Mówiły, że muzyka Black Satellite pomogła im w trudnych czasach, bo znaleźli w niej odzwierciedlenie siebie. To mi uświadomiło, że w pewnym momencie dzieło może stać się czymś znacznie większym niż jego twórca. To nie są już tylko moje utwory, należą do wszystkich i każdy może na nie projektować własne znaczenie.
Jeżeli mówimy więc o odpowiedzialności przed słuchaczami, to dla mnie dotyczy ona przede wszystkim pozostawania autentyczną i wrażliwą. Wszyscy jesteśmy ludźmi, każdym z nas targają emocje i każdy mierzył się z jakimiś tragediami albo trudnymi momentami, ale też z dobrem. Myślę, że warto dać ludziom głos, który będzie w stanie wyrazić to, co się w nich kotłuje. Pomóc ponazywać emocje, jakie odczuwają. Muzyka, dzięki jej wyjątkowym zdolnościom do łączenia i leczenia, jest w tym nie do zastąpienia.
Pamiętasz taki utwór albo album sprzed lat, który miał kluczowy wpływ na to, kim jesteś dzisiaj?
- Na pewno "Mechanical Animals" Marilyna Mansona. W tamtym czasie bardzo różnił się od wszystkiego, na co można było natrafić. Nawet w obecnym kontekście wyraźnie się odznacza. To ponadczasowy album, który wywarł ogromny wpływ na kolejne pokolenia. Bardzo ważne jest jednak nieuleganie inspiracjom do tego stopnia, że zaczyna się je kopiować. Nie sądzę, by korzystne dla muzyki było pracowanie nad jakimś utworem z myślą, że ma być ciężki jak któryś z ulubionych utworów albo melodyjny jak inny. Staram się unikać pułapki wpadnięcia w tę czy inną szufladkę i kierować po prostu autentyczną potrzebą. Na przykład mój sposób śpiewania - nigdy się nad nim szczególnie nie zastanawiałam. Kieruję się tym, co podpowiada mi intuicja.
Nagraliście trzy udane covery - jeden utwór Rammsteina i dwa Type O Negative. Planujesz kolejne?
- Mam plan, ale to tajny plan (śmiech). Wiem już, co to będzie za cover, ale nikomu jeszcze o tym nie powiedziałam.
No to dla zabawy - wiem, że jesteś również fanką Korna, który z utworów tego zespołu najchętniej byś scoverowała?
- "Falling Away From Me". Bez zastanawiania się. To zawsze był jeden z moich ulubionych utworów i zawsze czułam z nim bliską więź.
Marilyn Manson i Rammstein to chyba ostatnie shockrockowe zespoły, które potrafiły wstrząsnąć opinią publiczną. Dzisiaj coś podobnego wydaje się niemożliwe, bo znacznie koszmarniejsze rzeczy codziennie trafiają do nas w programach informacyjnych. Brakuje ci tej cechy muzyki i sposobu, w jaki rzucała wyzwanie niemal każdemu tabu?
- Cenię tę nieustraszoną, rockandrollową i metalową postawę, która pozwalała wyrażać siebie bez żadnych ograniczeń. Czy mi tego brakuje? Chyba nie jest już aż tak bardzo potrzebne. Sama próbuję przeszczepić elementy tego rodzaju do moich teledysków. Lubię rzucać sobie w nich wyzwania. W jednym naprawdę pozwoliłam zakopać mnie żywcem ("Endless"), a to mój największy lęk. Oczywiście to był płytki grób, nie weszłabym do niego bez pewności, że będę w stanie wyjść (śmiech). Boję się też pająków, więc kiedy pracowaliśmy nad klipem do "Kill For You", pomyślałam: "Czemu by nie położyć sobie tarantuli na twarzy". Byłam przerażona, ale chciałam tego spróbować.
W samej muzyce też mierzysz się ze swoimi lękami.
- Jasne. Piszę na bardzo osobiste tematy. Na ogół przedstawiam je przez pryzmat ponurych emocji, z którymi nie każdy chce się obnażać. Według mnie właśnie odwaga w uzewnętrznianiu się sprawia, że tekst staje się wyjątkowy i interesujący dla innych.
Jak już się tak kręcimy wokół Mansona, to dla mnie kryzysem fanowskim była jego przemiana w pop gwiazdę i nagranie coveru "Tainted Love". Jesteś w stanie wyobrazić sobie Black Satellite w takim bardziej przebojowym i radiowym wydaniu?
- Zdecydowanie nie. Przyznam, że sporo na ten temat myślałam, ale nie jestem w stanie podejść do tworzenia muzyki inaczej niż jak do pewnego rodzaju oczyszczenia. Pomaga mi przetrwać trudne chwile na podobnej zasadzie, na jakiej komuś może pomagać prowadzenie dziennika. Dlatego kiedy mam naprawdę dobry dzień, rzadko przychodzi mi do głowy, żeby nagle przerwać i chwycić za gitarę. Jak się dobrze bawisz z przyjaciółmi, to nie myślisz o czymś takim. Zamykam się w pokoju z gitarą raczej wtedy, kiedy przechodzę przez coś trudnego. Poza tym mam w sobie coś, co ciągnie mnie do mroczniejszego brzmienia. Jedynym podnoszącym na duchu utworem, jaki wydaje mi się, że mogłabym dzisiaj nagrać, byłoby coś hymnicznego.
Rozmawiamy głównie o zespołach sprzed trzydziestu lat i starszych. Odnajdujesz coś ciekawszego w tych, które zaczynały mniej więcej w tym samym czasie, co Black Satellite i młodszych?
- Wydaje mi się, że żyję w bańce, do której nie dociera wiele nowych zespołów. Nie ma ku temu żadnego konkretnego powodu. Po prostu nowa muzyka nie przemawia do mnie aż tak mocno. Ostatnio w ogóle słucham głównie muzyki elektronicznej i soundtracków. Działam też w sferze sztuk wizualnych i pozwala mi to wejść w odpowiedni nastrój. Słuchanie rocka i metalu dzień w dzień chyba nie jest dla mnie (śmiech).
Wiele mówi się o tym, jak scena rockowa i metalowa będzie wyglądać za dziesięć-dwadzieścia lat, kiedy nie tylko headlinerzy pokroju Iron Maiden, Judas Priest czy Metalliki będą kończyć działalność, ale już powoli nawet Korn czy Slipknot. Czy w czasach, kiedy ukazuje się tak wiele nowej muzyki, a uwaga odbiorców jest rozproszona, nowe zespoły mogą jeszcze wyrosnąć na tak duże kulturowe fenomeny?
- Chciałabym powiedzieć, że tak, ale branża jest dzisiaj skonstruowana w sposób, który bardzo utrudnia działalność młodszym zespołom. Często się zastanawiam, czy osiągnięcie statusu "legendarnego" zespołu jest jeszcze w ogóle możliwe. Wygląda na to, że faktycznie kiedy grupy, które wymieniłeś, zejdą ze sceny, nie będzie nikogo na ich miejsce. Dlatego ważne jest, by ludzie z branży nie bali się inwestować w młodych muzyków.
Sama odczuwasz presję, żeby odnieść sukces? Presję ze strony osób, z którymi pracujesz, ze strony fanów albo nawet presję, którą sama sobie narzucasz?
- Dla mnie muzyka to przede wszystkim pasja. Nigdy niczego innego w życiu nie chciałam robić. Nie przychodzi mi do głowy żadne inne odpowiednie dla mnie zajęcie. Nie powiedziałabym, że odczuwam presję, ale nie miałam innego planu na życie. Musiałam zrobić wszystko, żeby się udało.


![Artur Dutkiewicz: Każdy ma swoją melodię [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MBW2QNJP1YRYI-C401.webp)






