Aga Derlak: Muzyka nie może istnieć w odosobnieniu od słuchacza [WYWIAD]
Pianistka i flecistka Aga Derlak, posiadaczka trzech Fryderyków, wydała szereg albumów, zarówno w roli liderki, jaki i sidewoman, ale opublikowany w minionym roku "Neurodivergent" to materiał szczególny. O tym, co go wyróżnia, dlaczego był ryzykownym posunięciem i o ogólnej kondycji współczesnego jazzu opowiedziała nam w ostatnich dniach 2025 roku.

Jarosław Kowal, Interia Muzyka: O neuroatypowości pisze się dość mgliście i niejasno. Z jednej strony podkreślany jest podwyższony potencjał twórczy i nieliniowy sposób myślenia, z drugiej wskazywana trudności w nawiązywaniu relacji i nadwrażliwość na zewnętrzne bodźce. Jak to się objawia u ciebie?
Aga Derlak: - Dobrze, że o to zapytałeś, bo rzeczywiście neuroatypowość nie jest jak przeziębienie, które u każdego przebiega w podobny sposób. Wiele zależy od stopnia umiejętności przystosowywania się do życia w świecie, w którym konieczne jest przynależenie do społeczeństwa. Niezależnie od tego, czy mózg nam na to pozwala, czy nie. Bez tego nie będziemy w stanie na przykład wywiązywać się ze swoich obowiązków zawodowych. Jedni radzą sobie lepiej, bo jako osoby wysokofunkcjonujące świetnie się zaadaptowali. Inni radzą sobie gorzej i potrzebują leków albo terapii.
Niezależnie jednak od stopnia adaptacji, struktura mózgu takich ludzi jest inna od mózgów neurotypowych. Często mają dość abstrakcyjne poczucie humoru, mogą być nadekspresyjni, ale każdy przypadek jest tak naprawdę inny. Świat człowieka nie został skonstruowany pod tak dużą różnorodność, więc pójście na pewne kompromisy jest konieczne, chociażby po to, by nawiązywać relacje z innymi. Jesteśmy zwierzętami stadnymi i potrzebujemy siebie nawzajem, ale nie jest to wcale takie łatwe. W pewnym momencie stwierdziłam, że skoro neuroatypowość jest tak istotnym elementem mnie, to dlaczego by nie przekuć jej na swoją sztukę?
Każdy muzyk od najmłodszych lat musi wyrabiać odpowiednią liczbę godzin przy instrumencie. Musi pracować nad swoim skupieniem, a sprawiało mi to bardzo duży problem. Zresztą mimo że mam już większe doświadczenie i lepiej przystosowane narzędzia, wciąż jest to niemałym wyzwaniem. Często trudno wytłumaczyć, jak to działa, komuś, kto z podobnym problemem nigdy się nie mierzył. Stąd wzięło się u mnie z czasem dążenie do perfekcji w muzyce. Do pokazania, że jestem w stanie spełnić wymagane normy. Postanowiłam więc w końcu sprawdzić, co się stanie, jeżeli przestanę do tego dążyć i zawierzę niekonsekwentnemu i nielogicznemu sposobowi myślenia.
Czy odkrycie, że "neuroatypowość" to słowo, które opisuje również ciebie, przyniosło jakiegoś rodzaju ulgę? Czy pomogło ci uporządkować myśli, jakie sama na swój temat miałaś?
- Dokładnie o to mi chodziło. Nie chciałam tworzyć żadnego manifestu i opowiadać o tym, jak trudno mi się żyje z ADHD. To nie jest wyznanie typu "ja kontra reszta świata". Pokazuję raczej, że mam pewną specyfikę, którą jestem w stanie przekuć w twórcze działanie, zamiast ukrywać ją. Przejawia się to na różne sposoby, na przykład na "Neurodivergent" powtarzają się niektóre utwory i motywy, bo tak to czułam. Nie spinam się już o to, że wszystko, co robię, musi być klarowne i dokładnie przemyślane. Działam wręcz w kontrze do wcześniejszych albumów i przynosi mi to sporą ulgę. Pozwalam sobie być taką, jaka jestem, mimo że jest to do pewnego stopnia ryzykowna decyzja. Na szczęście muzycy awangardowi, jazzowi, grający niszową muzykę mogą podejmować ryzyko, bo nie ma nad nami wielkiej wytwórni i wyznaczającego kierunek producenta.
Często powraca hasło, zgodnie z którym "muzyka jest językiem bez słów". Rozumiem, skąd się bierze, bo zwłaszcza podczas koncertów bezsłowna więź pomiędzy występującymi a słuchającymi jest częstym zjawiskiem, ale mam też wrażenie, że to romantyzowane przekonanie. Granie w mollu na ogół wydaje się smutne, a w durze wesołe, ale cała reszta w muzyce instrumentalnej to raczej szukanie siebie w cudzych kompozycjach. Jak ktoś nie poczyta wywiadów, to tylko tytuły mogą być pewnego rodzaju tropami. Jak to odbierasz?
- Muzyka zawsze służyła do wywoływania pewnych emocji i bardzo konkretnych skojarzeń. To się nie zmieniło. Przy muzyce ilustracyjnej możemy się oczywiście posługiwać bardzo oczywistymi skojarzeniami - skala całotonowa to na przykład wodospad albo wróżka i tak dalej. Trzeba też pamiętać, że każda tonacja ma swój kolor i kompozytorzy świadomie z tego korzystają dla uzyskania pożądanego charakteru utworu. Mam wrażenie, że muzyka nigdy nie powstaje dla samej muzyki. Zawsze służy jakiemuś wyobrażeniu. Nawet ta awangardowa z XX wieku i współczesna ma na celu wywoływanie pewnych emocji - niepokoju, zadziwienia, dezorientacji. W muzyce instrumentalnej przekaz jest oczywiście bardziej zawoalowany ze względu na brak słów, ale to pozwala na nawiązanie innego rodzaju relacji ze słuchaczami. Mniej oczywistej i dosłownej, niczego nie narzucającej. Jeżeli powiem, że każdy może dopisać własne znaczenie do muzyki, to zabrzmi to tandetnie, ale tak naprawdę jest.
Nie zawsze chcę opowiadać własną historię. Czasami wolę, żeby za dźwiękami stało coś bardziej uniwersalnego. Jestem całkowicie przekonana, że muzyka nie może istnieć w odosobnieniu od słuchacza i nie ma takiej konieczności, żeby się specjalnie do koncertów przygotowywać. Moim zadaniem jest oprowadzanie publiczności. Oczywiście nie mówię: "Hej, mam ADHD i jest mi z tego powodu trudno", tylko pokazuję, jak działa mój umysł i zapraszam do wejścia w ten świat. Jednym się spodoba to, co odkryją, innym nie, ale będziemy w tym eksperymencie razem. Taki był mój cel przy tworzeniu nowego materiału.
Zapytałem o znaczenia ukryte w dźwiękach, mając w myślach słowa między innymi Johna Cage'a, Igora Strawińskiego czy Bogusława Schaeffera, którzy twierdzili - przynajmniej na pewnym etapie działalności - że muzyka sama w sobie niczego wyrażać nie może. Postrzegali ją jako zbiór uporządkowanych dźwięków, którym publiczność może nadawać znaczenie, ale swoje własne.
- Przekazywanie emocji jeden do jednego rzeczywiście może być trudne, w końcu nawet kolory każdy z nas postrzega trochę inaczej. Wszystkiemu nadajemy mniej lub bardziej indywidualne znaczenie. Są osoby, dla których akord durowy wcale nie musi być wesoły, bo na przykład wychowały się w zupełnie innej kulturze. Chociażby gamelan oparty jest na kompletnie innych skalach. Jak się nad tym dłużej zastanawiać, to ze sfery muzycznej zaczniemy wchodzić w sferę filozoficzną. Do całej naszej rozmowy na temat muzyki powinniśmy dopisywać, że dotyczy perspektywy europejskiej, która nie jest przecież jedyną. Można się więc zgodzić co do tego, że słuchacz nie jest w stanie w stu procentach zrozumieć emocji zawartych w utworach, ale to wcale nie jest celem. Nie trzeba zresztą dowodzić tego na przykładzie czegoś tak abstrakcyjnego jak muzyka, bo nawet jeżeli powiem komuś wprost, że jestem smutna, to nie będzie potrafił tego smutku w dokładnie taki sam sposób poczuć.
Jeżeli spojrzeć na neuroatypowość szeroko, nie pod względem medycznym, jak na pewnego rodzaju symbol niesztampowości, to ujawnia się też w formie tego albumu - są tutaj pewne powtórzenia, przenikanie się utworów, jakiegoś rodzaju zamierzony brak konsekwentności. Czułaś się uwiązana przez konwenanse i potrzebowałaś ucieczki od nich?
- Trochę się czułam uwiązana, ale na pewno nie ciemiężona na przykład przez to, że muszę zapisywać nuty. Takie działania są zupełnie normalne i powszechne, nie ma co nad nimi rozmyślać. Wyzwaniem bywało dla mnie natomiast skończenie jakiegoś utworu, bo przecież po każdym akordzie może wystąpić nieskończona ilość kolejnych, a później kolejnych i tak w kółko. Cały czas wprowadzałam przez to zmiany i dokończenie czegoś okazywało się wielkim wyzwaniem. Forma była dla mnie problemem głównie przez to, że nie mogłam zdecydować, co wybrać. Podczas improwizacji ten problem znika. Wyboru dokonuje się intuicyjnie. Dało mi to znacznie większą wolność.
Zamiast zastanawiać się, co powinnam wybrać, musiałam skupić się na słuchaniu tu i teraz. Muzyka z "Neurodivergent" jest wprawdzie zapisana, ale bardzo pobieżnie. Mówiłam w trakcie gry komuś z zespołu na przykład: "A teraz zagraj tercję wyżej". Bazowaliśmy bardziej na zbiorze koncepcji niż na nutach, dzięki czemu utwory zaczęły żyć własnym życiem. Pozwoliło mi to zrzucić z siebie całkowitą odpowiedzialność z muzykę i wpuścić do niej osoby, które ją współtworzą. Nie chcę romantyzować teraz tego procesu, ale to, co dzieje się podczas improwizacji nie jest namacalne. Posługujemy się zbiorami umiejętności i zainteresowań, które sobie wypracowaliśmy, ale ich dobór, sekwencje, kolejność czy umiejscowienie w czasie to coś, co dzieje się poza nami.
Podobają mi się na nowym albumie zależności pomiędzy niektórymi utworami. Zwłaszcza relacja "Number 4" z "After Number 4". Można by się zastanawiać, dlaczego to właściwie nie jest jeden utwór, skoro powraca w nim ten sam motyw, ale chyba właśnie przez to, że po trzech minutach jest wyraźnie zaakcentowany koniec, a później kolejne dwie nawiązują do poprzednich, wydaje się to tak bardzo frapujące. Z tego też powodu powiedziałbym - co dla mnie jest zaletą, ale domyślam się, że w obecnych, "szybkich" czasach dla innych może być wadą - że "Neurodivergent" powinno się słuchać w całości.
- Zgadzam się, "niestety" warto posłuchać całości (śmiech). Wiem, że mało kto ma na to czas czy nawet odpowiedni sprzęt i komfortowe warunki. Zmieniła się zresztą kultura. Kiedy pytam moich studentów, czego słuchają, to częściej wskazują na playlisty. Wierze jednak, że osób zainteresowanych wnikaniem głębiej w muzykę nigdy nie zabraknie, czego twoje słowa są przykładem.
Geneza "Number 4", czyli numeru piątego na albumie, co nie jest przypadkowe, i "After Number 4" jest taka, że skończyliśmy pierwszy z nich i powiedziałam: "To teraz zapętlamy ten motyw i gramy dalej". Nie robiliśmy nawet przerwy w nagrywaniu. Podjęliśmy spontaniczną decyzję. To samo tyczy obydwu "Mazurów". Najpierw zagraliśmy wolno, później powiedziałam: "Zagrajmy to tak, jak 'Orbits' Wayne'a Shortera". Stawialiśmy na strumień świadomości i przede wszystkim na zabawę. Mamy nawet grupę na Messengerze, którą nazwaliśmy: "Bawimy się świetnie". To hasło przyświecało nam podczas nagrań i przyświeca podczas każdego koncertu.
Kiedy tworzysz, bierzesz pod uwagę kontekst, w jakim się twoja muzyka pojawi? Wiesz, że dzisiaj rządzą playlisty, słuchanie na telefonach z niskiej jakości głośnikami, słuchanie muzyki jako tła do innych czynności i tak dalej. Czy to w jakikolwiek sposób wpływa na twoje decyzje kompozytorskie, czy nie idziesz na żadne kompromisy?
- Nie idę na kompromisy, bo muzyce jazzowej wciąż nie grozi zostanie częścią mainstreamu. To się zmienia, wiele festiwali typu Off albo Męskie Granie otwiera się i są nowe możliwości pokazywania awangardowego, nowoczesnego jazzu typu Hoshii, Kosmonauci albo Maciej Masecki, ale do komercyjnego sukcesu wciąż jest daleko. Nie mam zresztą takiego celu, dlatego nie zastanawiam się, co będzie "bangerem" tego lata (śmiech). W mojej muzyce nie miałoby to sensu. Piękno jazzu tkwi właśnie w tym, że nie musi chodzić na żadne kompromisy.
W ostatnich latach jazz faktycznie przestał być postrzegany jako muzyka elitarna, której można posłuchać tylko w filharmoniach. To zasługa między innymi Alfy Mista, Domi & JD Beck, EABS czy Hoshii. Wciąż istnieje jednak ten inny jazz. Muzyka równie ciekawa, ale nieprzemawiająca tak silnie do młodszego pokolenia. Na przykład Vijay Iyer, Craig Taborn albo Myra Melford. Może to kwestia trwającego procesu i najpierw rośnie zainteresowanie wokół tego, co bardziej przystępne, a później te same osoby ewentualnie zaczną sięgać po muzykę o jeszcze wyższym stopniu skomplikowania, która nie jest przecież wcale tak nieprzystępna, jak często się wydaje. Gdzie w tym kontekście usytuowałabyś siebie?
- Ostatnio sceny jazzowe faktycznie pojawiają się na licznych festiwalach. Trudno stwierdzić, dlaczego nie ma na nich postaci pokroju Vijaya Iyera czy Craiga Taborna. Być może jest to muzyka trochę mniej przystępna, do której potrzeba nieco większej wiedzy i osłuchania. Miałam to ogromne szczęście, że graliśmy premierę naszego materiału przed solowym koncertem Craiga Taborna w Łodzi. Zawsze na maksa się nim jarałam, jest dla mnie bardzo ważnym artystą. Nie czułam, żebyśmy do siebie nie pasowali, choć to były dwa bardzo odmienne koncerty.
Tak naprawdę w ogóle nie zastanawiam się nad tym, gdzie w całym tym kontekście usytuowałabym siebie. Jak każdy artysta, chciałabym, żeby moja muzyka docierała do jak największej liczby słuchaczy. Byłoby super, gdybym znalazła odbiorców w tej grupie, która nie przywiązuje dużej wagi do gatunków i ich ograniczeń, ale nie chcę celowo komponować tak, żeby się w którąkolwiek konwencję wpasować. Trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo wszyscy artyści chcą wzbudzać zainteresowanie, ale taką muzyką, jaka naprawdę w nich gra. Na "Neurodivergent" zaryzykowałam i dopiero się okaże, czy będzie się to podobać, czy nie. Nie myślałam o trafieniu w żadną konkretną scenę i do żadnej konkretnej publiczności. Takie wykalkulowane działa pewnie by się zresztą wcale nie udało. Lepiej po prostu słuchać własnej intuicji.









![Senny: "Artystycznie daję sobie chwilę oddechu" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000M7HDHOODU8K4W-C401.webp)