Nene Heroine "4": Album, który nie wymaga "pokochania" jazzu [RECENZJA]
Trójmiejski kwartet Nene Heroine niby swoje źródła upatruje w jazzie, ale "4" jedyne, co potwierdza to fakt, że najciekawsze dzieła muzyczne tkwią zawsze na granicach gatunków.

Zaraz po premierze "4" przeczytałem mnóstwo opinii o tym, że oto mamy oczywistego kandydata do najlepszej polskiej płyty jazzowej. Jazzowi puryści z pewnością oburzą się na te słowa - bynajmniej nie z powodu lepszych kandydatów. Ale ograniczanie opisywania twórczości Nene Heroine wyłącznie do jazzu, to jakby napisać, że David Bowie tworzył sobie wyłącznie jakieś piosenki na gitarkach. Trójmiejskiej grupie równie blisko - jak miejscami nie bliżej - do grania psychodelicznego, space rockowego czy też post-rockowego. Przesterujące, przestrzenne gitary są tu zresztą wszechobecne, a to dla bandów jazzowych nie jest tak oczywiste sprawa, prawda? Nawet ta jakże cudownie wisząca na Wikipedii szufladka post-jazz wydaje się dla nich zbyt ograniczająca. A w tym wszystkim najbardziej imponuje to, że ten przekraczający wszelkie granice gatunkowe twór wydaje się jednocześnie tak bardzo… przystępny.
Nene Heroine "4"
Już rozpoczynające płytę "Floating" ma w sobie coś z wielkomiejskiego ciężaru, który tak chętnie przyciąga od nieco ponad dekady do twórczości zespołu Swans, ale jednocześnie wkręcający się do reszty motyw główny. "Bowie" porywa z kolei niemal popową, choć nasączoną melancholią melodią - jednocześnie muzycy nie rezygnują tam z ukłonów w stronę form, które wymagają nieco większego rozeznania muzycznego. Zupełnie jak patron tego utworu na przestrzeni całej swojej twórczości. Tylko czy trzeba było być erudytą, aby czuć radość ze słuchania twórczości Davida Bowie'ego? No właśnie.
W "Gold & Silver" muzycy w bardzo konsekwentny sposób budują napięcie, by w końcu dać mu ujść w połowie w kontrolowanym chaosie brzmiącym jakby ktoś, kto przez długi czas wytrzymywał upokorzenia, mógł w końcu się odegrać. "Post-Royal" w połowie przekształca się faktycznie w formę hołdu dla zespołów pokroju Godspeed You! Black Emperor. Tu imponuje niesamowicie agresywna partia saksofonu, a hardo przesterowane gitary napędzające tło kompozycji towarzyszą bębnom, które w trakcie nagrywania prawdopodobnie zostały nieodwracalnie zniszczone.
"Tokyo" to wręcz hymn niepokoju skąpany w nieoczywistych harmoniach, ale zbudowany w sposób, który przez ponad 7 minut cały czas trzyma słuchacza nieustannie w napięciu. Dlatego następująca po nim "Abra" - bardziej wyciszona, pełna przestrzeni - wydaje się tak potrzebnym wytchnieniem. Kończące album "Black Tattoo" z kolei stanowi podsumowanie całości, wędrując od momentów prawdziwie nieokiełznanych przez fragmenty space rockowe, przywołujące na myśl "Echoes" Pink Floyd, aż po niezwykle - i znów jakże popową - emocjonalną końcówkę. Aż chciałoby się usłyszeć tu wokal, ale z innej strony po co, skoro to rzecz na wskroś samowystarczalna?
Przy tym wszystkim nieustannie myślę, że "4" to album, który naprawdę nie wymaga "pokochania" jazzu. Sporo tu melodii, dużo emocji, bawienia się oczekiwaniami słuchacza i przełamywania ich, ale muzycy nigdy nie silą się na granie muzyki trudnej. A przy takich możliwościach oraz warsztacie to rzecz tak trudna, jak godna podziwu.
Nene Heroine, "4", Mystic Production
8/10








