Variété "Sieć Indry": Najbardziej literacka płyta roku [RECENZJA]
42 lata działalności na rynku i kto wie, czy jeden z najlepszych polskich albumów ostatnich lat na koncie? To naprawdę godne pozazdroszczenia, panie Grzegorzu - liderze Variété.

"Dziki książę" stał się bardzo niespodziewanie jednym z moich ulubionych rodzimych krążków ostatnich lat, nawet mimo tego, jak ceniłem jeszcze wcześniejsze "Nie wiem". Kiedy poprzednim dziełem zespołu Grzegorza Kaźmierczaka zachwycałem się już przy okazji premiery, miłość ta okazała się dojrzewać z czasem. Oczekiwania wobec następcy były ogromne i mogę z czystym sumieniem przyznać, że zostały spełnione - "Sieć Indry" już teraz mogę spokojnie nazwać jednym z najlepszych dzieł na rodzimym rynku w tym roku albo i ostatnich lat.
Centralną postacią Variété staje się oczywiście lider grupy, Grzegorz Kaźmierczak. Może nie ma najpotężniejszego głosu na świecie, a w swoich partiach stawia raczej na dość wycofane deklamacje. Za to jego wrażliwość, umiejętność przekazania ogromnej treści za pomocą niewielkiej liczby słów, świadomość mocy, jaką skrywa za sobą język i jaki potrafi nieść emocjonalny ciężar, autentycznie imponują. Kiedy więc już się odzywa, wiemy, że powie zaraz coś ważnego.
Wie, jak przytłoczyć, kiedy w "Satelitach" wyśpiewuje "Czasem chciałbym wrócić do rodzinnego miasta / Lecz oczywiście wiem, że nie można się zatrzymać", ale w quasi-refrenie kwituje to słowami "Nic nigdzie na mnie nie czeka / To, co pamiętam, już nie istnieje". I jako osoba, którą od rodzinnego miasta dzielą setki kilometrów, a wszyscy znajomi z dzieciństwa już dawno stamtąd wyjechali, pozostawiając na miejscu co najwyżej siwiejących rodziców, czuję, jakby Kaźmierczak siedział mi w głowie. Mimo oszczędności środków, ten ból utraty naprawdę się udziela. W kończącym płytę utworze deklamuje "Jeśli muszę się targować / Wymieniać miłość na wolność / Taka miłość nie jest dla mnie". To jest wręcz cioranowskie, nadaje się na koszulki i smutne filmy w internecie.
Plastyczność i obrazowość, jaką emanuje muzyk, autentycznie robią ogromne wrażenie. Przy każdym kolejnym odsłuchu odkrywamy nowe warstwy, komentarze wobec otaczającej rzeczywistości czy też życia wewnętrznego artysty. A przy tym Grzegorz zawsze pozostaje komunikatywny. To ogromna wartość i wielki dowód na to, że wbrew temu, co niektórzy mówią, w muzyce nadal jest ogromna przestrzeń na twórczość o szczególnych walorach literackich.
Ale warto pamiętać, że "Sieć Indry" to właśnie również muzyka. Tutaj też nie ma zawodu. Nie da się nie zwrócić uwagę na linie basu, które w każdym z utworów są wyraziste, wybrzmiewają, jakby miały zaraz wyjść ze słuchawek bądź głośników i uderzyć słuchacza. Ale tu mogę zachwalać znacznie więcej: czy to trip-hopowe influencje w "Chleb, wino i przestrzeń", w którym muzycy rekreują podskórny niepokój wszechobecny na "Mezzazine" Massive Attack, czy niespodziewane melodyjne chórki i jazzowa solówka w transowej "Księżniczce" z schulze'owym syntezatorami w roli głównej. "Waikiki" początkowo niby uderza w bardziej klubowy vibe swoją house'ową stopą, ale całość szybko się rozmazuje, by nabierać onirycznego, niemal post-rockowego posmaku. I po czymś takim piosenka zostaje sprowadzona na ziemię i wysłana na brzmieniową izolację z jazzową solówką na saksofonie. To, ile się tu dzieje, naprawdę robi wrażenie.
Zawsze wydaje mi się, że o płytach idealnych mówi się najtrudniej. A choćbym się starał, tak w przypadku nowej płyty Variété naprawdę nie mam na co narzekać. Tu trzeba też zrozumieć, że czasem jest tak, iż jak coś rozłoży się na poszczególne elementy, może się okazać nie tak imponujące. Wyobraźcie sobie betonowe kilkumetrowe bale. Z nich stworzono imponujące krzesła Tadeusza Kantora. Więc jeżeli moja analiza przypomina wam betonowe bale, to przypominam, że w przypadku "Sieci Indry" złożyły się w krążek idealny, w którym za każdym razem znajdziemy coś nowego.
Variété, "Sieć Indry", Mystic Production
10/10







