Sabrina Carpenter "Man's Best Friend": Włosy w garści to nagle spory problem. A mullet i wąsy już nie [RECENZJA]
Myśl "Nie oceniaj książki po okładce" sprawdza się również w kontekście muzycznych albumów. I, choć jestem zakochany w zdjęciu okładkowym nowego krążka Sabriny Carpenter, wiem, że nie każdy odnalazł tam siebie. Przekornie udowodnię "nie każdym", że się mylą, bo rozważania na temat seksualności zawsze wydawały się niesłuszne.

Beatlesi nałożyli na siebie białe fartuchy rzeźników i dla okładki projektu "Yesterday And Today" obtoczyli się mięsem oraz lalkami noworodków, John Lennon i Yoko Ono stanęli kompletnie nago, promując kultowy "Two Virgins", a w "Sticky Fingers" Stonesów wystarczyły dżinsy i (zapięty) rozporek pod skórzanym, ciężkim paskiem, aby wzniecić dyskusję. Ta dyskusja trwa do dziś i bardzo często przytłacza muzykę. A przecież dobry pop nie da się stłamsić, choćby był ciągnięty za włosy.
Najlepszy przyjaciel człowieka: Pętla i pułapka. Wszyscy dajemy się czasem ciągnąć za włosy
Okładki albumów są zazwyczaj dla mnie dopełnieniem, spięciem świata narysowanego w muzyce. W przypadku "Man's Best Friend" pewnie nie byłoby inaczej, gdyby nie ciekawa reakcja społeczeństwa. Gdy Sabrina opublikowała okładkę, świat podzielił się na dwie strony. Jedni chwalili ideę 25-latki, drudzy zmieszali ją z błotem. Nagle kobiece włosy w garści mężczyzny stały się sporym problemem - pojawiły się nawet porównania do trzymania Sab na smyczy, wodzenia i trenowania. Ona sama, dzieląc się sesją okładkową, intencjonalnie nakierowała wizerunek projektu na uroczego kundla o jasnej sierści. Ale czym są te włosy w garści? I czym może być symbol smyczy?
Ta smycz, o której głośno, to nic innego jak niewyświetlona wiadomość, wodzenie za nos, kurtuazyjna manipulacja pod pozą czułości. To nieodebrany telefon, choć wiesz, że trzyma go w kieszeni, to zamiatanie rzeczy pod dywan, bo z reguły przecież nie warto się kłócić. Tą smyczą, która tak gryzie społeczeństwo, jest nagły brak zainteresowania, ghosting, zdrada. To wyobrażenie ideału i zakochanie się w potencjale. To wrażenie, że znowu daliśmy się omamić, pstryczek w nos za zapomnienie o poprzednim bólu rozstania. To wspieranie i niedostawanie wsparcia w zamian. Ta smycz to po prostu dzisiejsze problemy w związkach, linearne wady relacji, które krążą w obiegu od lat. Były wtedy, gdy "kury domowe" lat 60. dusiły się we własnym happy endzie, były podczas pierwszych emancypacyjnych triumfów i feministycznych zwycięstw, i są teraz - choćby wtedy, gdy mówisz przyjaciółce, że na żywo wygląda lepiej niż na zdjęciu. Ale nie, bo przecież Sabrina utrwala poniżające spojrzenie na kobiety. Koniec i kropka. Proszę, dajcie już spokój. Wejdźcie sobie lepiej na Bumble'a albo Tindera, bo stuknął wam już tydzień od odinstalowania.
Wszyscy dajemy się czasem ciągnąć za włosy i pozwalamy na nakładanie smyczy. Ta smycz to fakt, pętla i pułapka, co nie znaczy, że nie umiemy jej zdjąć. Sabrina ją zdejmuje, a nawet bawi się nią jak psina ulubionym gniotkiem. Tylko różnica jest taka, że gniotkowi nic się nie stanie, a faceci w klipach Sabriny zawsze giną.
Warstwa liryczna "Man's Best Friend", czyli wszystkie włosy wypadły z garści
Dramy, niedopowiedzenia i wymuszenie dyskusji są w popie jak liść dla jesieni. A w "Man's Best Friend" tych liści jest naprawdę sporo, bo już otwierający "Manchild" nie bierze jeńców. Jest synth-popowo, jest country, jest niezastąpiony Jack Antonoff i pomysłowa Amy Allen. Niedojrzali mężczyźni chowają się po kątach, bo wiedzą, że wszystkie włosy wypadły z garści. Teledysk do "Manchild" poprawił mi tegoroczne lato - jest śmiesznie, Sabrina jest urocza i giną mężczyźni. Bajka.
O produkcję "Tears" zadbał John Ryan, który doskonalił rok temu świat "Short n' Sweet". Obok Antonoffa i Maxa Martina to właśnie Ryan jest dla mnie składnikiem, bez którego pop nie smakuje tak samo. Klip oddaje hołd filmom grozy, takim jak "The Rocky Horror Picture Show", i robi to dobrze. Colman Domingo w dragu, erotyka, taniec, szybkość oraz podniecenie myślą o odpowiedzialnym i szanującym mężczyźnie sprawiają, że łzy nie płyną po policzkach, a po udach. I zrozumieją to na pewno nie tylko dziewczyny.
Od pożądania, zabiegania i inicjowania, do znudzenia i przekierowania uwagi - "My Man on Willpower" to zwrot akcji w związku, na który nie da się przygotować. Sabrina reflektuje się z humorem i na nim polega, żeby w "Sugar Talking" wyłożyć żale na stół. Produkcja parna, duszna, jakby specjalnie podkręcała głupotę lirycznego adresata. Barry Keoghan, nagrabiłeś sobie i chyba nawet nie wiesz, jak bardzo. A jeśli serio nie wiesz, odpal "We Almost Broke Up Again", choćby dla bridge'u. Coś w tym numerze przypomniało mi o "fruitcake" Sabriny, czyli jej świątecznej EP-ce z 2023 roku. "Gave me his whole heart, then I gave him head and then we almost broke up again" - Szekspirowi wstyd, że na to nie wpadł, gdy jeszcze mógł.

"Nobody's Son" już trenduje na TikToku, bo internauci polubili wizję "Jeszcze się taki nie narodził, co by Sabrinie dogodził". I może tak faktycznie jest, a może problem polega jednak na nabraniu nagłej emocjonalnej świadomości. "To dla mnie nie najlepszy moment" - przytacza Carpenter i trudno o bardziej powszechne zjawisko. Potem Sab przypomina sobie, że przecież "tego kwiatu jest pół światu", żeby w "Never Getting Laid" ostatecznie przypieczętować wybraną przez niego samotność, przypominając o zaletach prawej ręki.
TikTok położył też swoje łapska na "When Did You Get Hot?", co można było przewidzieć. Jest dynamiczniej, prościej, ale nie nudniej. "Go Go Juice", swoją drogą wykorzystująca sznyt Kacey Musgraves, za którą cholernie tęsknię, przypomina o zatraceniu w płynnym zapomnieniu, zaś "Don't Worry I'll Make You Worry" od pierwszych dźwięków kojarzy mi się z Noah Cyrus. Sabrina wyciągnęła coś z "Almost Famous" i sprawiła, że mogę nazwać "DWIMYW" moim ulubionym utworem-groźbą z całego albumu. Warstwy, warstwy i jeszcze raz warstwy! Kocham pociągnięcie linii i wydłużenie głosu na podobieństwo Lany Del Rey. Myślę, że ona też używała karania ciszą i metaforycznego klepnięcia w plecy znienacka. Na dosłowne klepnięcie pewnie by się nie zdobyła, bo jej mąż, Jeremy Dufrene, jest zawodowym pogromcą aligatorów i przewodnikiem po bagnach Luizjany. Chociaż, kto wie, może to ona trzyma jego aligatory na smyczy.
Zmierzamy do końca krążka, ale zostaliśmy zaproszeni do zwiedzania domu. Gdy pierwszy raz usłyszałem tę piosenkę, miałem wytężony mózg, wzrok wbity w ścianę, a po czasie pojawił się uśmiech. Nie wytłumaczę, jak mi się podobał ten "House Tour", bo musicie sami po niego sięgnąć. I (nie) padnijcie ofiarami metafor, bo to ostatnia szansa - w "Goodbye", czyli utworze, którego nie powstydziłaby się nawet ABBA, przekaz jest prosty. "'Żegnaj' oznacza, że tracisz mnie na całe życie" - ostrzega Sabrina, a mi wydaje się, że nie potrzebuje większej pomocy behawiorysty.








![Twój, Dawid: Nie chcę być wydmuszką na reklamach [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ0S4GYILGKH-C401.webp)
