29. Festiwal Jazz Jantar. Dzień pierwszy: Wlazł kotek na płotek [RELACJA]
Jazz można kochać albo omijać szerokim łukiem, ale jedno jest pewne - trudno nazwać go muzyką przewidywalną. Pierwszy dzień Jazz Jantaru tylko to potwierdził. W Klubie Żak nie było wolnych miejsc, a atmosfera od początku sugerowała, że to będzie wieczór intensywnych wrażeń. I dokładnie taki był.

Od lat mówi się, że jazz to muzyka wymagająca, momentami hermetyczna. Tymczasem patrząc na publiczność w Żaku, trudno oprzeć się wrażeniu, że coś się zmienia. Obok stałych bywalców pojawia się coraz więcej młodszych słuchaczy, a nawet rodzin z dziećmi.
Sama miałam wątpliwości, czy to gatunek, który "zadziała" na najmłodszych. Wystarczyło jednak rozejrzeć się po sali - spontaniczne reakcje, ruch, zaangażowanie - żeby szybko je rozwiać. Jazz, w swojej najbardziej żywej formie, okazuje się zaskakująco uniwersalny.
Między gospelem a improwizacją
Pierwszy wieczór 29. edycji Festiwalu Jazz Jantar otworzyła Angel Bat Dawid wraz z zespołem złożonym ze studentów gdańskiej Akademii Muzycznej.
Zamiast klasycznego wejścia - muzyczny orszak sunący między rzędami publiczności. Już od pierwszych minut było wiadomo, że to nie będzie zwykły koncert. "To nie będzie koncert, to będzie msza!" - zapowiedziała artystka. W tej muzyce było coś z gospelowej celebracji, coś z rytuału, a momentami nawet z kontrolowanego chaosu, który prowadził do emocjonalnego rozładowania.
Scenografia przywołująca skojarzenia ze stodołą, folkowe elementy kostiumów i chór imitujący odgłosy zwierząt tworzyły spójną całość. W jednej chwili było tanecznie, w innej wszystko rozpadało się na improwizowane struktury, by za moment znów się złożyć.
Jednym z najbardziej zapadających w pamięć momentów była interpretacja "Wlazł kotek na płotek". Znana melodia została zdekonstruowana i zbudowana na nowo - nie jako żart, ale świadomy gest odwołujący się do kulturowej tożsamości i wspólnych muzycznych kodów.
W tym kontekście ważne było również to, co mówiła sama artystka - o czarnych korzeniach jazzu, o potrzebie opowiadania tej muzyki na własnych zasadach i o wnoszeniu do niej własnych doświadczeń. Widać było, że dla młodych muzyków na scenie to coś więcej niż tylko występ - raczej proces i wspólne przeżycie.
Mimo "krzesełkowej" formuły koncertu trudno było usiedzieć w miejscu. Artyści zachęcali do ruchu, klaskania, reagowania. W pewnym momencie uwagę wszystkich przyciągnęła mała dziewczynka z publiczności, która spontanicznie zaczęła tańczyć - i została natychmiast zauważona przez zespół. "Uczcie się od najmłodszych" - mówiła Angel Bat Dawid.
Mistrzowie na pożegnanie
Drugą część wieczoru przejęli The Bad Plus, którym towarzyszyli Chris Potter i Craig Taborn. Zespół z ponad 25-letnim doświadczeniem od pierwszych dźwięków pokazał, dlaczego należy do czołówki.
Ich koncert był dopracowany, świadomy i pełen muzycznej precyzji. Melodie pojawiały się tylko po to, by po chwili zostać rozłożone na czynniki pierwsze i przekształcone w kontrolowany chaos. Znajome motywy gdzieś się przewijały, ale zawsze z nieoczywistym twistem.
Co ciekawe, przy tak rozbudowanej rytmice każdy słuchacz bujał się inaczej - i każdy miał rację. To był moment, kiedy chaos stał się wspólnym językiem.
Ich występ miał jednak słodko-gorzki posmak. Jak zapowiedzieli, był to ich pierwszy - i jednocześnie ostatni koncert w Polsce. Trudno było nie poczuć niedosytu. Pomyślałam ze smutkiem: "przecież dopiero się poznaliśmy", ale jednocześnie dobrze, że mogą zejść ze sceny na własnych zasadach.
Pierwszy dzień Jazz Jantaru jeszcze długo "pracował" mi w głowie. To był jeden z tych wieczorów, po których trudno od razu wrócić do codzienności, bo wciąż układa się w sobie to, co się usłyszało i zobaczyło. Z niecierpliwością czekam na to, co przyniosą kolejne dni.







![Brad Mehldau i Christian McBride w Katowicach: „90 minut maestrii” [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000MN4VR27UP0VDA-C401.webp)
