Megadeth "Megadeth": Odjazd na autopilocie [RECENZJA]
Wielkie pożegnanie zespołu z Wielkiej Czwórki thrash metalu okazuje się powielaniem dobrze znanych schematów. "Megadeth" to dobry album, ale nie oferuje niczego, co nie byłoby znane fanom gatunku już wcześniej.

Niemal 43 lata minęły od kiedy Dave Mustaine został z hukiem wyrzucony z Metalliki tuż przed nagraniem przez nich debiutanckiego "Kill 'Em All". Zostawił za to muzykom w spadku kilka riffów, które stały się kością niezgody z uwagi na ich uporczywe wykorzystywanie jeszcze na kolejnym albumie.
Cztery dekady muzyk ciągnie rywalizację z byłymi kolegami - czasem w sposób mniej, czasem bardziej zdrowy - pod szyldem własnej grupy, Megadeth. Co ciekawe, muzycy obu grup na przełomie wieków zaliczyli wpadki uznawane za najgorsze momenty ich kariery. I nie da się ukryć, że ostatnie dwa albumy Megadeth, "Dystopia" oraz "The Sick, The Dying… and the Dead!", udowodniły, że Dave ma aktualnie artystycznie do powiedzenia odrobinę więcej niż jego dawni koledzy.
Jeżeli wierzyć Mustaine'owi, krążek zatytułowany po prostu "Megadeth" jest zwieńczeniem jego kariery muzycznej. Myślę, że to słychać. Bynajmniej nie dlatego, że Dave zdecydował się na rozdmuchane pożegnanie i najbardziej ambitną płytę w karierze. Wręcz przeciwnie. To pozycja tak poprawna w każdym aspekcie, tak bardzo utwierdzona w tym, czego można było się po niej spodziewać, że niespecjalnie mam za co ją rugać - niespecjalnie też mam za co ją wychwalać.
Owszem, imponuje mi tempo riffów, jakie potrafi utrzymać facet w wieku moich rodziców w "Let There Be Shred" czy "The Tipping Point". Trudno sie uśmiechnąć, kiedy słyszę, jak bębny nabierają prędkości w "Made to Kill". Cieszę się słysząc, że Megadeth nie padło ofiarą odarcia brzmienia z brudu i dalej słychać tu szczerą miłość do ciężaru, a nie tylko deklaracje o niej, stłamszone agresywnym działaniem korektorów dynamiki. Brzmieniowo jest naprawdę solidnie. Bębny kopią słuchacza jak trzeba, a partie gitarowe wyrywają nerki prosto z ciał.
Czy mimo to większość utworów zlewa się w jedną thrash metalową masę? Dobrze zrobioną, ale masę? A owszem. Czy Dave ze swoim fatalistycznym wieszczeniem, wiecznym pesymizmem, podkreślaniem beznadziei ludzkiego życia jest w stanie przekazać coś nowego? Otóż to - gdyby te utwory wyszły na początku lat osiemdziesiątych, miałyby szansę być klasykami, ale dziś wydają się tylko przyjemnym powielaniem doskonale znanych od lat schematów.
Dlatego mimo radości ze słuchania trudno mi nie poczuć lekkiego rozczarowania, że to wystarcza, aby zamknąć tę obfitą w pozycje studyjne dyskografię. A potem przypominam sobie, że odejście od formuły w przypadku Megadeth powodowało wyłącznie zgrzytanie zębów. Do dziś trudno mi uwierzyć, że wśród krążków pojawiły się takie potworki jak "Risk" czy "Super Collider". Może więc cover "Ride the Lightning" Metalliki rzucony na koniec albumu jest największą formą zaskoczenia, jakiej powinniśmy oczekiwać? A może kryje się za tym wiadomość pokroju "hej, Metallica, pamiętacie, że to ja napisałem? Cały czas tęsknie i zawsze chciałem z wami znowu grać"? Ależ to by było zabawne, gdyby historia w tym momencie zatoczyła koło.
Megadeth, "Megadeth", Mystic Production
6/10

![Twój, Dawid: Nie chcę być wydmuszką na reklamach [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ0S4GYILGKH-C401.webp)


![The Rumjacks: "Zakochaliśmy się w podejściu Polaków do muzyki" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ4WC9AM9HLM-C401.webp)



