Lola Young "I'm Only F**king Myself": rządzi tu autentyczność i chęć zgorszenia tłumów [RECENZJA]
Choć zdecydowana większość poznała ją dzięki viralowemu hitowi 2024 r. - "Messy" - Lola Young udowadnia, że nie jest artystką jednego przeboju. Właśnie wydała swój trzeci długogrający album "I'm Only F**king Myself", którym zamknęła usta wszystkim hejterom (jeśli jeszcze jacyś się ostali). W nowych utworach pokazała, że jest autentyczna, nikogo nie udaje i nie boi się poruszać kontrowersyjnych, dla wielu wręcz gorszących tematów. Muzycznie wydawnictwo jest małym arcydziełem, w którym słychać zarówno spokojną, melodyjną i popową stronę Loli, ale też tę buntowniczą i rockową. Emocjonalne teksty i surowe riffy gitarowe definiują krążek, który śmiało mogę umieścić na podium najlepszych w tym roku.

Album zaczyna się mocnym "F**K EVERYONE", które już na wstępie definiuje słuchaczom tematykę oraz brzmienie całego nowego materiału Loli Young. Choć melodia wydaje się wesoła, już na refrenie wchodzi mocne, rockowe łojenie. Lola pokazuje, że ma - przysłowiowo - wszystko gdzieś i z ogromną pewnością obnaża się przed publiką ze swoimi pragnieniami. Niekomfortowe trzeszczenie i piski instrumentów dopełniają niewygodny przekaz. Właśnie takiego startu potrzebowała ta płyta!
Jeszcze przed premierą słuchacze mieli okazję poznać kilka singli, którymi brytyjska wokalistka wręcz podekscytowała publikę. Wśród nich znalazła się piosenka "One Thing" - jeden z moich osobistych ulubieńców. Lola szczerze wyznaje w nim, że chce tylko jednego, jeszcze bardziej obdzierając się z prywatności. Muzycznie jest to majstersztyk, w którym gwiazda sięgnęła po nieco funku. Napięcie stopniowo wzrasta, aby na refrenie wybuchnąć i zaprosić do kołysania się oraz tańca. Wśród singli znalazł się także utwór "Not Like That Anymore", który był doskonałym wyborem. Piosenka jest chwytliwa, ma powtarzalny refren, a jednocześnie nie jest jedną z tych "zwykłych".
"d£aler" to słynny singiel, dzięki któremu Lola zdobyła klucze do domu Eltona Johna. Założyła się z legendarnym gwiazdorem o to, czy piosenka trafi na pierwsze miejsce listy przebojów. Choć do tego czasu nie udało jej się osiągnąć szczytowej pozycji, kawałek zdecydowanie na to zasługuje. Jest ponownie bardzo osobisty - na pierwszy rzut ucha wydaje się, że Lola po prostu śpiewa o porzuceniu dotychczasowego życia i dorobku oraz ucieczce, lecz podprogowo opowiada słuchaczom o swoim uzależnieniu.
Na płycie nie brakuje ballad, które eksponują wybitny głos brytyjskiej wokalistki. "SPIDERS", czyli kolejny utwór z mojej topki, zachwyca wybuchem w połowie odsłuchu i rozdzierającym krzykiem Loli. Nagrane do niego gitary nie pozwalają przesłuchać numeru bez ciarek na plecach. Mamy też popowe "why do i feel better when i hurt you?" czy
"Penny Out of Nothing" z akompaniamentem gitary akustycznej, odkrywające manipulacyjną stronę artystki. W tekstach sama przyznaje, że uwielbia sprawiać bliskim przykrość i jest w stanie przekonać ludzi do wielu rzeczy, nawet do tego, że czuje się dobrze, choć tak nie jest. "Post Sex Clarity" to jeden z najbardziej czułych momentów na albumie. Szczery do bólu tekst znów pozwala zgłębić najskrytsze uczucia artystki, a melodia nadaje tempo opowieści, prowadząc nas do spektakularnego finału - improwizacji gitarowo-perkusyjnej, urwanej nagle, bez zapowiedzi.
Na specjalne wyróżnienie zasługuje intymna kompozycja "who f**king cares?", dzięki której możemy poczuć się, jakbyśmy siedzieli z Lolą w jednym pokoju, a ona wygrywała na gitarze wymyśloną chwilę temu melodię, jednocześnie hipnotyzującym głosem opowiadając historię swojego życia i żaląc się, jak najbliższej przyjaciółce, zupełnie bez cenzury.
"Walk All Over You" zaskakuje swoją lekkością i nieco odstaje od większości mocnych utworów na albumie, choć tekst wciąż może przycisnąć słuchacza do podłogi. "SAD SOB STORY! :)" z soulowym charakterem czy "CAN WE IGNORE IT? :(" z grunge'owym brudem i garażową energią udowadniają, że Lola to artystka wszechstronna.
Muzycznie album "I'm Only F**king Myself" jest mieszanką wielu muzycznych stylów - od popowych bangerów, przez mocne, punkrockowe kawałki, aż po poruszające ballady, których nie powstydziłyby się nawet kultowe diwy. Nie brakuje tu wpływów zarówno lat 80., jak i 90., choć z nowoczesnym sznytem. Lolę Young najczęściej opisuje się mianem gwiazdy pop, ale po przesłuchaniu tego krążka już nigdy nie nazwę jej w ten sposób. Widać, że jest w niej za dużo buntu i chęci zgorszenia tłumów, a także zamiłowania do gitarowych brzmień - teraz mogę postrzegać ją jedynie w kategoriach punkrockowych, a nawet grunge'owych wokalistek.
Młode pokolenie właśnie takiej gwiazdy potrzebowało. I chociaż jest to już trzeci album Loli, artystka pokazuje na nim, jak rozkwita i wykorzystuje swoje przysłowiowe "pięć minut" (trzymam kciuki, żeby potrwało ono dłużej). Wreszcie pokazuje się słuchaczom w pełni, odsłaniając swoje wady i największe powody do wstydu. Jednocześnie udowadnia, że ma zero barier, jest niepokorna i to ona tutaj stawia warunki. Jest sporo o seksualności, osobistych problemach, toksycznych relacjach, a co najważniejsze - o prawdziwym człowieku. Rządzą tu autentyczność i emocjonalność, a to wszystko opatrzone zostało świetnym wokalem i dopracowanymi riffami.
Lola Young "I'm Only F**king Myself" - 10/10


![Twój, Dawid: Nie chcę być wydmuszką na reklamach [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ0S4GYILGKH-C401.webp)


![The Rumjacks: "Zakochaliśmy się w podejściu Polaków do muzyki" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ4WC9AM9HLM-C401.webp)



