Nemo w Poznaniu: Niby skromnie, ale jednak z przytupem [RELACJA]
Słyszysz "zwycięzcy Eurowizji" - myślisz sobie "widowiskowy show z tańcem, fajerwerkami i ogniem, podczas którego dopracowany wokal i głębszy przekaz schodzą na drugi plan". W przypadku Nemo, którzy triumfowali w międzynarodowym konkursie w zeszłym roku, domysły te okazały się nieprawdą. Trasa "Arthouse Tour", podczas której aż trzykrotnie zawitali do Polski, okazała się połączeniem opery z rapem, nowoczesności z artyzmem i dobrej zabawy z ogromną emocjonalnością. Co działo się na koncercie w Poznaniu?

Choć miłośnicy muzyki znają ich przede wszystkim z "The Code", którym Nemo podbili serca zarówno jurorów, jak i słuchaczy z całego świata podczas Eurowizji 2024, okazuje się, że nie są jedynie gwiazdą jednego przeboju. W październiku tego roku wydali świetnie przyjęty album "Arthouse" - przepełniony różnorodnością, queerową energią, doskonałymi wokalami oraz brzmieniami do potańczenia i do popłakania - który w zimowej atmosferze postanowili zaprezentować na żywo przed Polską publicznością. 30 listopada odbył się pierwszy koncert, w Warszawie, 1 grudnia Nemo zawitali do Poznania, a na 2 grudnia zaplanowany został występ w Krakowie. Miałam okazję wstrzelić się w sam środek i zobaczyć, jak zwycięzcy prestiżowego, międzynarodowego konkursu już po raz drugi wychodzą na scenę przed naszą publiczność, czując się przy tym co najmniej tak, jakby byli u siebie w domu.
Nemo dzięki Eurowizji nie tylko otworzyli sobie drzwi do wielkiej kariery, lecz także zyskali potężne grono słuchaczy - z Europy, jak i spoza Starego Kontynentu - szczególne uwielbienie Polaków oraz... przyjaźń z ówczesną reprezentantką naszego kraju, Luną. Wokalistka znana z hitu "The Tower" za kulisami rywalizacji świetnie dogadywała się ze szwajcarską gwiazdą, a ich znajomość przetrwała aż do teraz. Artystka została zaproszona jako gość specjalny na trwające tournee Nemo i podczas polskich koncertów wystąpiła w roli supportu. W Poznaniu pojawiła się na scenie w błyszczącej sukience, ze skrzydłami wróżki na plecach i różdżką w dłoni, a u jej boku zagrały Wiktoria Jakubowska (na perkusji) i Pola Atmańska (na klawiszach). Roztoczyła wokół siebie iście magiczną atmosferę, a w setliście uwzględniła m.in. swój najnowszy hit "Hush husH", piosenkę, z którą planowała wystąpić na Eurowizji, lecz ostatecznie wybór padł na inny utwór, wzruszające "I Got Ya", a na finał także wyczekiwany przez wszystkich "The Tower".
Nemo w Poznaniu: To dla was, mordeczki
Po występie Luny na scenę wkroczyli Nemo, choć wcześniej kto inny zabrał głos. Zanim główna gwiazda wieczoru przejęła mikrofon z głośników wydobył się tajemniczy głos, a reflektor oświetlił starą lampę w długiej szacie. Postać stwierdziła, że Nemo nie byli w stanie tego dnia dotrzeć do Poznania i koncert się nie odbędzie, lecz osoba artystyczna prędko przejęła inicjatywę i potwierdziła swoją obecność. "To miał być mój moment!" - wykrzyczał lampion, lecz w tym momencie nikt go już nie słuchał.
"Panie i panowie, wszyscy pomiędzy i poza tym, przywitajcie Nemo" - usłyszeliśmy, po czym na scenie pojawili się oni, zachęcając publiczność do wspólnej zabawy w rytm numeru "Ride My Baby". Już pierwszą piosenką udowodnili, że wchodzenie na najwyższe tony nie jest dla nich wyzwaniem, a falset i niedrażniące, a doskonale dopracowane, piski przejęły cały kolejny utwór - "Easy". "Cudownie jest tu być" - podkreślili Nemo, ciesząc się z kolejnego koncertu przed polską publicznością.
Na scenie Nemo towarzyszyła dwójka muzyków - energiczny i zupełnie zwyczajnie ubrany perkusista oraz "włochaty stwór" grający na klawiszach. Drugi z wymienionych chwilami mocno odciągał uwagę od głównej gwiazdy, bowiem jego strój był - delikatnie mówiąc - oryginalny. Sukienka, w której występował, stworzona była w całości z włosów, a na głowie ubraną miał wielką pończochę, dzięki której nie było widać mu twarzy, oraz blond perukę uczesaną w dwa długie warkocze. Spróbujcie wyobrazić sobie, jak zabawnie wyglądał, gdy podczas jednej z piosenek wkroczył na sam środek sceny na solówkę z keytarem (efektownym keyboardem w formie gitary) i wywijał w rytm tanecznego przeboju.
W setliście znalazł się jeden z moich ulubionych utworów Nemo - "God's a Raver". Spokojny, popowy, ale jednocześnie taneczny hit sprawił, że cały tłum zaczął tupać nóżką. Zapadający w pamięć refren wyśpiewał niemal każdy, co wywołało ogromne wzruszenie na twarzy gwiazdy. Nemo postanowili nauczyć poznańską publiczność także specjalnego tańca. Wszyscy starali się odwzorować ich ruchy, wymachując rękami i wygłaszając jak mantrę tekst: "Mother, daughter, Holy Ghost, she's the one I love the most. Touching Heaven, met my maker, I believe that God's a raver".
Podczas koncertu wybrzmiały także kawałki takie jak "I Got High At The Party" czy "One More Shot". Jednym z najważniejszych punktów programu była jednak piosenka "Arthouse", nosząca taki sam tytuł, jak album niedawno wydany przez Nemo. Tuż przed jej wykonaniem do głosu ponownie doszła lampa, która wcześniej powitała poznański tłum na koncercie. Tym razem postać opowiedziała historię płyty oraz tego, jaką wizję mieli Nemo tworząc ją. Wspomniała o odkrywaniu swojego prawdziwego "ja" i chęci wyrażenia go poprzez muzykę. "Witajcie w domu" - skwitowała wymownie, zachęcając wszystkich fanów do bycia sobą i komfortowego spędzenia czasu.
Justyna została "przytulną żabą". Pamiątkowy certyfikat z Poznania
Jednym z najmocniejszych kawałków okazał się "Frog Swamp", przepełniony punkową energią, manifestami społecznymi i krzykiem. Podejrzewam, że pod koniec piosenki decybele mogły przekroczyć dozwoloną skalę, lecz za chwilę Nemo uraczyli fanów anielskimi, wręcz uleczającymi dźwiękami. Utwór był także pretekstem do tego, aby wśród publiczności odnaleźć najlepiej ubraną żabę. Gwiazda rozejrzała się ze sceny w poszukiwaniu osób, które jako swój koncertowy outfit wybrały zielony strój. Ostatecznie wygraną została Justyna, którą Nemo już dzień wcześniej widzieli podczas show w Warszawie. Dziewczyna w przebraniu żaby dostała pamiątkowy certyfikat i oficjalnie nazwana została "cozy frog" ("przytulną żabą").
W pewnym momencie koncertu Nemo nieśmiało przyznali, że jedyną rzeczą, którą umieją powiedzieć po polsku jest zdanie: "To dla was mordeczki". Kilka dni temu wykrzyczeli to podczas finału programu "The Voice of Poland", do którego zaproszeni zostali jako gość specjalny. W Poznaniu hasło ponownie wywołało głośny okrzyk wśród zgromadzonych i stało się zaproszeniem dla Luny, aby ponownie wkroczyła na scenę. Choć polska artystka nie zaśpiewała z Nemo w duecie, tańczyła u jego boku, wymachując różdżką w rytm hitu "Hocus Pocus".
Następnie Nemo przeszli do podziękowań kierowanych w stronę Polaków, którzy z ogromną radością przyjęli ich podczas trasy koncertowej. "Dziękuję wam bardzo za waszą miłość i za waszą energię" - podkreślali. Wyznali także, że minione dwa lata były dla nich niepowtarzalnym doświadczeniem - przepełnionym niesamowitymi emocjami, różnorodnymi ludźmi, kulturami i miejscami. Podkreślili jednak, że gdy każdego wieczoru nadchodzi moment pojawienia się w klubie, pod sceną widzą jedność - świetnie dogadujących się ludzi, których łączy muzyka, miłość i queerowa energia. "To rodzina oraz wspólnota. Mam nadzieję, że będziecie się dalej trzymać razem i wspierać" - podsumowali Nemo.
Na wielki finał Nemo zaprezentowali niezwykle poruszającą i emocjonalną piosenkę "Big Black Hole". Następnie wybrzmiało jeszcze energetyczne "Eurostar", podczas którego podłoga w poznańskiej Tamie aż się trzęsła. Wszyscy skakali i bawili się tak, jakby jutra miało nie być, co Nemo skomentowali prostym: "Kocham cię, Poznań". Później zaśpiewali także wzruszające i operowe "Unexplainable" oraz taneczną "Casanovę" dla kontrastu. Na pożegnanie nie mogło zabraknąć widowiskowego "The Code" z migającymi światłami i przeszywającym wokalem głównej gwiazdy wieczoru.
Nie miałam dużych oczekiwań względem koncertu Nemo - nie dość, że emocje po Eurowizji 2024 zdążyły już dawno opaść, to jeszcze spodziewałam się głównie postawienia na spektakularny show, w którym muzyka i głos idą w odstawkę. Ostatecznie zostałam zmiażdżona pozytywną energią, stałym kontaktem z publicznością, tańcem i świetnym wokalem. Nie spodziewałam się, że można z takim wyczuciem, bez popadnięcia w kicz, połączyć operę, pop oraz rap. Niby było skromnie, bez fajerwerków i tłumów tancerzy, ale jednak z przytupem i pomysłem. Nemo oparli swój show nie tylko na dobrej zabawie i umiejętnościach, lecz także na nietuzinkowej wizji artystycznej i przesłaniu o wolności, różnorodności oraz odnajdywaniu prawdziwego siebie - co okazało się prawdziwym przepisem na sukces.
Weronika Figiel, Poznań











