Musiał zejść ze sceny, by znów wejść na piedestał. Phil Collins kończy 75 lat
Phila Collinsa nie trzeba nikomu przedstawiać - to jeden z najbardziej nagradzanych i najlepiej sprzedających się artystów w historii muzyki popularnej. Paradoksalnie to właśnie ten ogromny sukces sprawił, że przez lata był obiektem szyderczych żartów - było go po prostu za dużo. Zanim publiczność, a w szczególności krytycy, ponownie wynieśli go na piedestał, musieli go symbolicznie zabić.

Tak, można powiedzieć, że Phil Collins był wszędzie w latach 80. Dlaczego? Na to pytanie odpowiedział sam artysta. Chociaż przejmował się krytyką, to zawsze przypominał sobie, że chciał po prostu grać.
"Nie chciałem grać jednego koncertu na miesiąc - tłumaczy w najnowszym wywiadzie dla BBC. - Grałem dobrze, więc ludzie prosili mnie, żebym zagrał też na ich albumach. A co więcej, byli to moi muzyczni bohaterowie" - podkreśla, wskazując na Roberta Planta z Led Zeppelin czy Erica Claptona. "Może było tego za dużo, ale dla mnie, jako muzyka, miało to swoje uzasadnienie".
Za długą listą hitów i współpracą z wieloma muzykami stał jednak prawdziwy talent. Collins nie był jedynie twarzą czy głosem projektów tworzonych przez sztab producentów. Sam pisał, aranżował i produkował swoje utwory. W muzyce często pokutuje przekonanie, że im bardziej skomplikowany utwór, tym większa jego wartość artystyczna. Collins konsekwentnie temu zaprzeczał. Wielokrotnie podkreślał, że najlepsze piosenki są często najprostsze - oparte na dobrej melodii i szczerości przekazu. Pozostał wierny tej zasadzie, śpiewając o tym, co znał najlepiej.
Materiału dostarczało mu jego burzliwe życie uczuciowe - Phil Collins był żonaty trzy razy. Emocje z tym związane stały się paliwem dla wielu utworów, a nawet całych albumów, takich jak debiutancki "Face Value" (1981). Collins śpiewał szczerze o tym, co przeżył, i to właśnie m.in. dlatego jego piosenki trafiały do milionów słuchaczy.
Phil Collins kończy 75 lat. Niewielka dyskografia, gigantyczny wpływ
Paradoks Collinsa polega również na tym, że jego solowa dyskografia - w porównaniu z innymi artystami tej skali - nie jest szczególnie obszerna. Osiem studyjnych albumów to niewiele, zwłaszcza gdy zestawimy je z 26 solowymi albumami Paula McCartneya. Collins, McCartney i Michael Jackson to jedyni artyści, którzy sprzedali ponad 100 milionów płyt zarówno jako soliści, jak i jako członkowie zespołów. W sensie wizerunkowym Collins wydaje się najmniej "pomnikowy" z tej trójki. Nigdy nie budował swojego wizerunku jako gwiazdy popu. Potwierdza to Marek Niedźwiecki, który miał okazję spotkać się z Collinsem w 1993 roku przy okazji wydania płyty "Both Sides".
- Nagrałem z artystą wywiad dla telewizji i radia. Jechałem na to spotkanie z Amsterdamu do Kolonii. Mocno podekscytowany. (Phil Collins - red.) był moim bohaterem muzycznym od ponad 30 lat... Trochę miałem tremę, ale tylko do momentu spotkania w pokoju hotelowym. Od razu rozładował atmosferę pytaniem, czy może iść coś zjeść i za 20 minut będzie gotowy do rozmowy. Błyskotliwy, sympatyczny, przyjazny, konkretny. Taki był podczas spotkania. Odpowiedział na wszystkie pytania, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia, podpisał książeczki płyt... Wymarzony rozmówca. Byłem pod wrażeniem - wspomina ceniony dziennikarz muzyczny w rozmowie z Interią.
Jako perkusista Collins działał lepiej niż zegarek ze swoim fenomenalnym wyczuciem rytmu, ale wyróżniał się muzykalnym brzmieniem. Znany amerykański perkusista i nauczyciel Dom Famularo ujął to wprost: fakt, że żyjemy w czasach Phila Collinsa, można niemal porównać do życia w epoce Mozarta.
Jako producent muzyczny Collins potrafił stworzyć unikalną atmosferę przy użyciu minimalnych środków. Niewiele osób o tym wie, ale to on jest jednym z twórców charakterystycznego dźwięku, który nadał ton całej dekadzie lat 80 - gated reverb (pol. bramkowany pogłos). Collins wykorzystał to brzmienie najpierw w piosence dla Petera Gabriela, "Intruder", a później w słynnym "In The Air Tonight". Dla większości osób pierwsze spotkanie z muzyką Collinsa to właśnie ta piosenka - przez wielu uważana za jego magnum opus.
- To musiało być dokładnie 45 lat temu, w styczniu 1981 roku. Pierwsza piosenka zapowiadająca solowy album Artysty "Face Value" - "In the Air Tonight". Zaczarowała mnie wtedy i trzyma do dziś. Brzmiała dla mnie jak nowy utwór grupy Genesis, w której Phil śpiewał już od 1976 roku. Czas nie zmienia tej piosenki, ciągle robi na mnie ogromne wrażenie - wspomina Marek Niedźwiecki.
Największy przebój na liście Trójki. Za co Polacy pokochali Phila Collinsa?
"Face Value" jest też jego ulubionym albumem w dorobku Collinsa. - Może dlatego, że był pierwszy w solowej dyskografii? Proszę posłuchać "If Leaving Me Is Easy", takiej piosenki nie mógł zaśpiewać z Genesis, tak myślę... Uwielbiam oczywiście "No Jacket Required" (1985) i "...But Seriously" (1989), ale te pokochał także cały świat - zauważa.
Tę ostatnią płytę pokochali w szczególności polscy słuchacze Trójki. - Listopad 1989 roku. Piosenka "Another Day In Paradise" zapowiadała album "...But Seriously". Nieśmiało pojawiła się na liście na miejscu 49., tydzień później 39., a potem sześć tygodni na topie i 14 tygodni w pierwszej dziesiątce. To był największy przebój Collinsa na Liście Trójki. Na całym świecie chyba też - wspomina Niedźwiecki.
W dyskografii Phila Collinsa znajdują się też albumy jeszcze nieodkryte. Za najbardziej niedoceniany album Marek Niedźwiecki uważa "Hello, I Must Be Going!", będący jego zdaniem "pięknym zestawem bardzo dobrych piosenek". Jaki jest powód niedocenienia tego albumu przez publiczność? - Może płyta ukazała się za szybko po "Face Value"?" - zastanawia się dziennikarz.
Nie można też zapomnieć o nietuzinkowym wokalu Collinsa. Jak trafnie zauważył popularny w Wielkiej Brytanii piosenkarz Craig David, Collins jest w gruncie rzeczy piosenkarzem soulowym. Wystarczy posłuchać "Against All Odds (Take A Look At Me Now)" czy "I Wish It Would Rain Down", by zrozumieć, jak intensywny ładunek emocjonalny niosą te utwory. Collins pisał prosto z serca i śpiewał całym sobą.
Dziś trudno w to uwierzyć, ale śpiewanie nigdy nie było w planach Collinsa. Co prawda był nie raz wokalem wspierającym w piosenkach Genesis z czasów Petera Gabriela, ale najlepiej czuł się schowany za perkusją. Na ten przypadek w karierze Collinsa zwraca uwagę Marek Niedźwiecki.
- Collins jest genialnym perkusistą. Wokalistą został z przypadku, bo grupa Genesis nie mogła znaleźć następcy Petera Gabriela, który od połowy lat 70. chciał już nagrywać jako solista. Pięknie z tego skorzystał. Jest wokalistą bardzo charyzmatycznym, świetnie bawiącym się z publicznością na koncertach. Zostaje na zawsze w historii rocka, jako jeden z gigantów tej muzyki. Gra na perkusji jak nikt inny, śpiewa tak, że rozpoznajemy go 'po jednej nucie' - podkreśla Marek Niedźwiecki.
Ofiara własnego talentu
Phil Collins to klasyczny przypadek artysty, który musiał zniknąć, by jego twórczość zaczęła być odbierana na nowo. W jego nieskazitelnym wizerunku musiała w końcu pojawić się jakaś rysa. Brytyjskie tabloidy szukały sensacji w jego życiu prywatnym. Na początku lat 90. "The Sun" opublikowało faks, który Collins miał wysłać do swojej byłej żony, żądając rozwodu. Artysta od początku zaprzeczał tym doniesieniom, ale było już za późno.
Collins w końcu przestał wydawać nowe płyty, ale to nie zakończyło jego kariery. W drugiej dekadzie XXI w. w krytyce muzycznej nastąpiła wyraźna zmiana tonu wokół Collinsa. Krytycy i słuchacze zaczęli słuchać go już bez poczucia przesytu - okazało się, że za tymi "ogranymi" utworami stoi artysta, który jednak zasłużył na miejsce wśród najlepszych. W tym sensie, z perspektywy czasu, Collins stał się ofiarą własnego geniuszu.
Czy Phil Collins wróci jeszcze z nową muzyką?
Ostatni solowy album Collinsa, "Going Back", ukazał się w 2010 roku. Był to jednak album coverów - projekt-hołd dla jego ulubionej muzyki Motown. Więc jeśli liczymy tylko albumy z oryginalnym materiałem, to musimy wrócić aż do 2002 roku, kiedy ukazał się "Testify". Jednak nawet po tylu latach nieobecności w muzyce i życiu publicznym, muzyka Collinsa jest żywa w dyskusjach o muzyce, a sam artysta ma grono lojalnych fanów. Od kilku lat fani starają się o wprowadzenie Collinsa do muzeum Rock and Roll Hall of Fame. W sprawie powstała petycja, a liderka grupy, Traci Baker, prowadzi kampanię w mediach społecznościowych i nie tylko, by zrealizować ten plan.

Nadzieję fanów na powrót do muzyki obudził sam Collins w pierwszym od kilku lat wywiadzie dla BBC Radio 2, który ukazał się na kilka dni przed jego 75. urodzinami. Na pytanie o plany na przyszłość odpowiedział: "Poza powrotem do pełnej sprawności i zdrowia, może wejdę tam (do studia nagraniowego - red.) trochę się pobawić i zobaczyć, czy jest jeszcze jakaś nowa muzyka". Collins nie wykluczył też możliwości ponownego wyruszenia w trasę. "Czasem myślę sobie: czy nie byłoby fajnie zrobić to jeszcze raz? Po prostu nie wiem, czy chcę posunąć się aż do tego, żeby zwodować tę łódź. Bo kiedy już to zrobisz, trudno to potem cofnąć" - powiedział muzyk mający poważne problemy ze zdrowiem (na pożegnalnej trasie Genesis w 2022 r. siedział na krzesełku; w ostatnich latach porusza się o lasce, a częściej na wózku inwalidzkim).
W typowym dla siebie żartobliwym sarkastycznym tonie dodał: "Mam kilka utworów, które są w połowie uformowane albo nigdy nie zostały dokończone, i parę, które zostały ukończone. Więc może w starym psie jest jeszcze trochę życia. Nigdy nie mów nigdy".









