Livka o występie przed wielką gwiazdą: "Okropny stres" [WYWIAD]
Jeśli jakimś cudem jeszcze nie znacie twórczości Livki, to najwyższa pora nadrobić zaległości. Zdążyła zagrać support przed Thirty Seconds to Mars na łódzkiej Atlas Arenie, wystąpić na tegorocznym Open'erze - a to dopiero początek jej muzycznej kariery. W rozmowie dla Interii zdradziła jakie emocje towarzyszą jej w tym niezwykle intensywnym czasie. Nie odbyło się również bez zdradzenia szczegółów niedawnych współprac z Frank Leen'em czy Chivasem i Fukajem.

Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Niedawno premierę miał nowy singiel Frank Leen'a "Zanosi się na miłość", na którym można cię gościnnie usłyszeć. Jak doszło do tej współpracy?
Livka: - Z Tobiaszem znamy się od dawna. W momencie, gdy bardzo dużo tworzył u siebie w domu, siedziałam z nim na chacie i pokazał mi demówkę tego utworu. Od razu wiedział, że chce to zrobić w formie rozmowy dwóch osób, zaproponował mi więc bym nagrała do tego swoje wokale. Stwierdziliśmy, że to naprawdę spoko brzmi i tak już zostało (śmiech).
Jak odnalazłaś się w tym wymienianiu się wersami? Musisz przyznać, że jest to dość niekonwencjonalny sposób na feat.
- Taka forma rozmowy, muzycznego dialogu, może być albo mega cringem, albo czymś rewelacyjnym - nie ma nic pomiędzy. Mam nadzieję (i tak też osobiście czuję), że jest to naprawdę fajne w tym przypadku, takie naturalne. Było to dla mnie nowe doświadczenie, ale bardzo chciałam coś takiego zrobić. Finalnie więc jestem mega zadowolona z tego feata.
Jak widać, nie jesteś artystką, która ma w zwyczaju unikać nietypowych współpracy - najlepszym przykładem jest utwór "Zoe Kravitz". Spodziewałaś się, że ten singiel będzie mieć taką popularność?
- Biorąc pod uwagę cały skład? Tak (śmiech).
Nie miałaś problemu, by znaleźć wspólny "muzyczny język" z Kubi Producentem, Chivasem i Fukajem? Ich muzyka znacząco odbiega od tego, co ty tworzysz…
- Z raperami to wszystko wygląda zupełnie inaczej, natomiast bardzo pozytywnie się zaskoczyłam. Zawsze myślałam, że to środowisko raperów jest mocno patologiczne, a okazało się, że są miłymi misiaczkami. Czułam się zaopiekowana i wysłuchana, za co jestem im bardzo wdzięczna.
Zapewne całość wyglądała kompletnie inaczej, niż w przypadku współpracy z Igorem Herbutem i Wiktorią Zwolińską… Skąd pomysł by ich zaprosić na swój debiutancki krążek "z papieru"?
- Igor, mówiąc szczerze, to sam się na niego wprosił (śmiech). Bardzo spodobała mu się demówka "listu", co było dla mnie naprawdę ogromnym komplementem, bo szanuję i podziwiam wszystko co robi. Jeśli chodzi o Wiktorię, to historia dość podobna do tej z Frank Leen'em. Siedziałyśmy z nią u mnie w domu i nagrywałam wokale. Zapytała mnie, czy może dograć chórki do mojego intra, i ja oczywiście się zgodziłam. Później zdobyłam się na odwagę, by zapytać, czy nie chce dograć się jeszcze do jednego utworu - i tak właśnie powstało "siedem".
Często wspominałaś, że ten album był dla ciebie "poszukiwaniem siebie". Z perspektywy tych kilku miesięcy, czujesz, że już w pełni się odnalazłaś?
- Hmm, to jedno z tych pytań, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Na pewno mam lepszą relację z samą sobą, co w sumie zawdzięczam ludźmi, którymi od tamtego momentu zaczęłam się otaczać. Myślę jednak, że nie da się siebie tak w pełni poznać - na tym właśnie dla mnie polega życie, by cały czas odkrywać siebie wobec najróżniejszych rzeczy, które dzieją się dookoła.
Kierunek w jakim teraz pójdziesz będzie rozwijać klimaty "z papieru" czy raczej postawisz na eksplorowanie nowych brzmień?
- Choć jestem bardzo ciekawa nowych brzmień, to wszystko nadal będzie "papierowe", bo to nadal jestem ja. Wiadomo, że sprawdzam w czym się teraz najlepiej czuję, ale raczej nie szykuje się żadna rewolucja.
Jest coś, co byś teraz zmieniła na debiucie?
- Oczywiście, że tak - jestem bardzo krytyczna wobec samej siebie. Ostatnio na przykład myślałam o tekstach, które są dla mnie bardzo ważne. Momentami był zbyt obudowany w metafory i ozdobiony wstążką. Brakuję mi na nim takiej równowagi. Coraz częściej zauważam u siebie taki "żart", który jest naturalną częścią mnie, więc zdecydowanie na nim bardziej bym się skupiła w swoich tekstach.
Jak przebiegał proces twórczy na debiutanckim albumie? Znacznie różnił się od tego, jak obecnie pracujesz?
- Wtedy dużo pisałam sama ze sobą - zamykałam się w pokoju, brałam gitarę i tworzyłam. Gotową demówkę zanosiłam do producenta i robiliśmy z tego utwór. Teraz głównie zaczynamy od studia, co jest dla mnie dość dużym wyzwaniem. Zdałam sobie sprawę, że nie mogę tak się zamykać na czyjeś rozwiązania, by nie utknąć ciągle w tym samym miejscu. Nie ukrywam jednak, że ostatnio trochę mi brakuje tego tworzenia samej u siebie.
Wspominałaś wielokrotnie w wywiadach, że jako nastolatka marzyłaś o koncercie Thirty Seconds to Mars. Co czułaś, gdy dowiedziałaś się, że rozgrzejesz tłum na Atlas Arenie przed ich występem?
- Ostatnio przeżywam naprawdę dziwny czas, bo bardzo często urzeczywistniają się wydarzenia, które afirmowałam od małego. Tak było z Open'erem i z tym supportem przed Thirty Seconds to Mars. Natomiast gdy tylko dowiedziałam się o takiej możliwości, zaczęłam krzyczeć i skakać będąc w szoku, co się w ogóle dzieje. Jestem ich fanką od wielu lat - niedawno przypomniałam sobie, że jak byłam mała to nawet obcięłam sobie włosy, chcąc się upodobnić do Shannona Leto (śmiech).
Jak wspominasz sam koncert?
- Był to dla mnie okropny stres zagrać na tak wielkiej arenie, dla tak licznej publiczności. Gdyby to był mój solowy koncert, zupełnie inaczej bym to przeżywała - tutaj dochodzą zmartwienia, czy trafię swoją muzą do tych ludzi, czy to są na pewno moi odbiorcy. Koniec końców bardzo pozytywnie się zaskoczyłam, mnóstwo ludzi słuchało i bujało się do mojej muzyki. Była też taka jedna dziewczyna, która znała teksty i było to bardzo fajne uczucie. Dużo było też było moich przyjaciół i rodzina, więc oni też mi dodawali otuchy. Natomiast cała droga od marzenia, by za dzieciaka iść na ich koncert, po zagranie supportu przed nimi, jest strasznie nierealna.
Miałaś możliwość porozmawiania z chłopakami Thirty Seconds to Mars?
- Gdy mieliśmy robić soundcheck, ktoś nam powiedział, że jeszcze wejdzie perkusista i sobie przegra kilka rzeczy. To był ich drugi koncert na trasie, więc musieli się dobrze posprawdzać od strony technicznej. Ja też tam się oczywiście zbytnio nie wkurzałam, że było dla nas tak mało czasu, bo to tylko support, na który mamy dosłownie 30 minut, a oni mają całe show do zrobienia. Tak że jak wyszedł na tę scenę, to przywitał się ze mną i zapytał, jak się czuje. Odpowiedziałam mu, że nie wiem zbytnio co się dzieje, ale dzięki, że pytasz i miło poznać (śmiech).
Sam ich koncert był też super przeżyciem - darłam się przez cały czas na tyle, że miałam obawy czy będę w stanie prowadzić zajęcia wokalne na drugi dzień, ale na szczęście udało mi się (śmiech).
Po supporcie na Atlas Arenie, za tobą kolejny wielki koncert na Openerze. Byłaś zaskoczona tak pozytywny odbiorem?
- Na pewno nie spodziewałam się, że po tym supporcie tak dużo ludzi odezwie się do mnie - czy to przez Instagrama, czy na żywo. Bardzo mnie rozczuliło też to, jak ciepło zostałam przyjęta. Na Open'erze również bawiłam się znakomicie - ludzie byli wspaniali.
Miałaś przestrzeń do zagrania jakichś nowych aranżacji na Open'erze?
- Zagraliśmy tam po raz pierwszy "Papierowe serca" w zupełnie innej wersji, tak na "rockowo". Stwierdziliśmy, że to działa, tak że teraz jest to stały element moich koncertów.
Po mocno festiwalowym lecie, jakie masz plany na nadchodzącą jesień?
- Jeśli chodzi o muzyczne nowości - nic nie chcę na razie zdradzać, ale koncertowo jadę w trasę! Ogłosiliśmy niedawno taką minitrasę koncertową w 6 miastach i już nie mogę się doczekać, żeby spotkać się z fanami.








