The Armed "The Future Is Here and Everything Needs to Be Destroyed": Hałas w czasach chaosu [RECENZJA]
Na poprzednich trzech albumach, mimo ziszczania się kolejnych koszmarnych wizji przyszłości, The Armed potrafił odnaleźć odrobinę dobra w coraz paskudniejszej codzienności. Zespół - a może nawet bardziej kolektyw luźno współpracujących osób z kilkoma stałymi członkami - skupił się na sztuce samej w sobie i na rozważaniach o tym, gdzie jest dzisiaj jej miejsce i kto o tym decyduje. Nawet jednak ta ekipa w końcu się złamała i nagrała muzykę, którą w skrócie można opisać jako trzydzieści minut uderzania pięścią w stół.

Nad tym, co tak bardzo rozjuszyło muzyków The Armed nie ma sensu rozprawiać, wystarczy poczytać Wydarzenia Dnia na głównej stronie Interii. Wymierzanie bezpośrednich ciosów w rządzących, na punkową modłę, albo szczegółowe zarysowywanie palących problemów nie jest jednak w ich stylu. To nie jest ani Dead Kennedys, ani Crass, ani Rage Against the Machine, ani System of a Down. W wywiadzie dla New Noise Magazine wokalista Tony Wolski dobrze opisał, jakie faktycznie targały nim emocje podczas prac nad nowym materiałem: "Nie wszystko trzeba sprowadzać do głębokiego rozumowania filozoficznego albo logicznego. Można po prostu odczuwać złość, kiedy widzi się, jak dzieciaki są mordowane i być przekonanym, że jest to złe. To uczucie samo w sobie jest uzasadnione, bez wyszukanych wyjaśnień".
Prowadzenie osobistej, emocjonalnej narracji w agresywnej muzyce również nie jest niczym nowym. W połowie lat 80. ubiegłego stulecia na potrzebie introspekcyjnego opowiadania o uniwersalnych problemach powstał cały odrębny nurt hardcore punka, znany dzisiaj jako emo. Nie pop emo spod znaku Tokio Hotel, tylko to pierwotne emo, związane między innymi z Minor Threat i Rites of Spring. U Wolskiego tematem może być utrata samoświadomego, krytycznego spojrzenia na własne poczynania w dobie nieustannego przechwalania się swoimi dokonaniami w mediach społecznościowych z otwierającego "Well Made Play". Może być wydrążanie w sobie światopoglądowej pustki, którą wypełnia wszystko, co przeczytamy w internecie, jak w "Gave Up". Może być też godzenie się na koniec świata i trzymanie się tylko tego, co jeszcze daje nam odrobinę radości, zamiast walczenia o ratunek z "I Steal What I Want".
Zaryzykuję tezę, że kto sięga po twórczość tego zespołu, ten nawet jeżeli nie przeżywa dogłębnie tych wszystkich problemów, ma już świadomość ich istnienia. Żaden z tekstów nie sprowokuje takiej osoby do nowych refleksji. W najlepszym wypadku pobudzi nieco empatii, jak u każdego czującego człowieka. Grupa z Detroit - jakby zdawała sobie z tego sprawę - zdecydowała się więc na wstrząs przy użyciu niewerbalnego atutu, wywalczając uwagę silnym chwytem za potylicę słuchaczy i wgniataniem twarzy w ścianę dźwięków. Z grubsza oscylujących pomiędzy post-hardcorem, noise rockiem i shoegazem.
"Well Made Play" to powitanie bezpardonowe i brutalne. Wykrzyczane, hałasujące sprzężeniami i tłuczeniem w perkusyjne talerze, ale też zaskakujące. Kiedy po czterdziestu pięciu sekundach wydaje się, że wszystkie hamulce puściły i intensywniej być już nie może, Patrick Shiroishi nie tyle dorzuca wściekłości, co przekierowuje ją na inny tor. Pod własnym nazwiskiem ten amerykańsko-japoński saksofonista celuje raczej w nastrojowe brzmienia (chociażby na tegorocznym albumie "Greyhound Days" nagranym wraz z Piotrem Kurkiem), ale tutaj ryczy z zaciekłością przypominającą Petera Brötzmanna albo Zoh Ambę. Gdyby spróbować zmierzyć stopień rozgniewania i różnorodnych metod komunikowania go, trzeba by przyjąć miarę z pseudo-dokumentu "Oto Spinal Tap" - dochodzi do jedenastu.
Na tym fundamencie z grubsza skonstruowane są wszystkie pozostałe utwory, ale na tyle je zniuansowano, by ucho od czasu do czasu mogło odpocząć, a płuca nabrać oddechu. Już z kolejnego na liście "Purity Drag", mimo całego tego immanentnego dla albumu chaosu, wyłania się skoczny rytm, a nawet ładny, prawie popowy refren. W "Broken Mirror" z udziałem Prostitute da się wyłapać specyficzny (choć tutaj mocno zdeformowany) groove rapująco-gitarowych, politycznie zaangażowanych zespołów spod znaku Bob Vylan albo As a New Revolt. "Sharp Teeth" skutecznie złagodzono subtelnym wokalem Cary Drolshagen, która w sobie tylko znany sposób broni się przed utonięciem pod naporem instrumentalnego zgiełku, wyraziście się z nim kontrastując. "Heathen" skręca z kolei w rejony niemal stricte shoegaze'owe, gdzie tym razem to saksofon Shiroishiego próbuje odnaleźć jakieś punkty wspólne zresztą zespołu, mimo odstawania od kontekstu stylistycznego. Brzmi to trochę tak, jakby Kenny G połączył siły z muzykami My Bloody Valentine i Deftones. Z każdego utworu można wyodrębniać coś, co go wyróżnia, mimo spójnej wizji na cały album. Dzięki temu przedłuża się jego żywotność, bo przy tak bardzo ofensywnym jazgocie potrzeba jakiejś zachęty, żeby dla przyjemności jeszcze raz zranić sobie uszy.
Przekaz stojący za "The Future Is Here and Everything Needs to Be Destroyed", a nawet jego tytuł, sugerują, że w The Armed kipi od emocji. Precyzja, z jaką skomponowano każdy z utworów, świadczy jednak o tym, że impuls ujarzmiono, opanowano i przekształcono w broń trafiającą w czułe punkty. To nie jest zbiór wściekłych protest songów z tymi samymi hasełkami, które wracają w kryzysowych czasach od końca lat 60., tylko wdrożenie w życie skrupulatnie przygotowanego planu, który zakłada, że kto sięgnie po ten album, nie będzie mógł pozostać wobec niego obojętny.
The Armed "The Future Is Here and Everything Needs to Be Destroyed", Sargent House
8/10



![Wojtek Mazolewski Quintet: Zabrakło wody, nie zabrakło energii [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000LYP8B36J9NKTG-C401.webp)





