Wu-Tang Clan w Łodzi: "Uczta dla oczu i niekoniecznie uszu"
Legendarna grupa Wu-Tang Clan odwiedziła łódzką Atlas Arenę 5 marca 2026 roku. Zgodnie z zapowiedziami występ imponował rozmachem i listą przebojów, ale nie obyło się bez drobnych potknięć.

Wu-Tang Clan to grupa, która mimo moich nieco bardziej gitarowych korzeni muzycznych, towarzyszyła mi w zasadzie od dziecka. Nie miałem jednak okazji zobaczyć ich wcześniej na żywo. Ciężko o potencjalnie lepszą szansę, by to nadrobić, niż pożegnalna trasa koncertowa, zahaczająca o Atlas Arenę w Łodzi.
Wu-Tang Clan w Łodzi - jak było?
Zanim przejdę do samego występu muszę podkreślić, z jak przepiękną oprawa sceniczną przyjechała nowojorska ekipa. Pomysł z ekranem w kształcie japońskiego torii był naprawdę genialny i dodatkowo podbił klimat całego koncertu. Wszystkiemu towarzyszyły również bardzo estetyczne wizualizacje i archiwalne zdjęcia - krótko mówiąc, prawdziwa uczta dla oka.
Po niedługim intro na scenę wparował RZA i zagrzewając publiczność "Sunlight", przeszedł do "Bring da Ruckus", zapraszając pozostałych członków Wu-Tang Clan na scenę i tu zaczęły się lekkie schody. Nie wiem, czy była to kwestia nagłośnienia (chociaż poniekąd na pewno, ale o tym za chwilę), czy braku porządnej rozgrzewki przed koncertem, ale GZA i Ghostface Killah zdawali się gonić trochę za bitem. Powtarzało się to jeszcze później kilkukrotnie, potwierdzając moje obawy o formę poszczególnych raperów i legitymizując decyzję o pożegnaniu się z trasami koncertowymi.
Piękną formą wykazali się za to U-God, Raekwon i Masta Killa, prezentując "Da Mystery of Chessboxin'". No i tutaj przechodzimy do kolejnego problemu, czyli dźwięku. Widać było, że na scenie wszyscy bawili się przednio i regularnie zagadywali publiczność, ale z głośników wydobywała się bliżej nieokreślona papka dźwięku przygnieciona pogłosem, przez który niewiele dało się zrozumieć. Raperom towarzyszyli również instrumentaliści oraz chórki, ale naprawdę niewiele dźwięków przebijało się przez warstwy basu i perkusji, sprawiając, że momentami miałem poważne trudności z zarejestrowaniem, jaki utwór jest akurat grany.
Po szybkiej serii z "Enter The Wu-Tang (36 Chambers)", z której chyba oczywistym highlightem był "Method Man" (swoją drogą Method Man również był w dobrej formie), na scenie zrobiło się trochę więcej miejsca, by skupić się na solowych materiałach Raekwona i Ghostface'a.
Gość specjalny na koncercie Wu-Tang Clan
Chwilę później na scenie pojawił się gość specjalny - Havoc z Mobb Deep, który zaprezentował absolutne klasyki legendarnego nowojorskiego duetu takie jak "Eye for an Eye (Your Beef Is Mines)", "Shook Ones (Part II)" czy "Survival of the Fittest". Zabrakło mi tam trochę materiału ze świetnego "Infinite", a w szczególności "Clear Black Nights", gdzie gościnnie pojawiają właśnie Ghostface Killah i Raekwon. Niemniej jednak, Havoc, wchodząc na scenę porozstawiał wszystkich członków Wu-Tang po kątach nie tylko techniką, ale i energią.
Zaraz po tym scenę przejęli Method Man oraz GZA ze swoimi solowymi kawałkami, by następnie powrócić do debiutu Wu-Tang i "Tearz", którego przedłużenie stanowił tribute dla zmarłych legend sceny. Na ekranie pojawiły się m.in. fotografie Tupaca, Phife'a, MF DOOM'a, DMX'a, Prodigy oraz zmarłego niedawno Powera - jednego z założycieli Wu. RZA wspominając raperów, nawijał ich znane zwrotki, po na scenę wparował Young Dirty Bastard - syn zmarłego w 2004 r. Ol' Dirty Bastarda, grając kultowe "Shimmy Shimmy Ya". Całość show domknięta została wyczekiwanym "C.R.E.A.M." oraz "Triumph".
Bardzo dziwnym elementem całego koncertu były krótkie przerwy, jak mniemam na złapanie oddechu, podczas których wyświetlano... reklamy. Były one związane bezpośrednio z zespołem - pokazano trailer filmu, którego reżyserem jest RZA, nowej gry komputerowej oraz dokumentu o Ghostface Killah - ale wciąż wywołały pewien niesmak. Z jednej strony nie ma nic złego w reklamowaniu swoich działań, ale chyba lepiej bym to odebrał, gdyby sami o tym opowiedzieli, a nie schodzili ze sceny, włączając reklamę i patrząc na gorzkie komentarze internautów pod postami na temat koncertu, nie jestem w tym przekonaniu sam.
Żeby nie kończyć na takiej negatywnej nucie, powiem, że miło było odhaczyć koncert takiej legendy i choć wspominać go będę z pewną dozą sceptycyzmu - jako wspomnianą już ucztę dla oczu i niekoniecznie uszu, twórczość Wu-Tang Clan to kawał hip-hopowej historii, która przez długie, długie lata pozostanie w moim sercu.




![The Rumjacks: "Zakochaliśmy się w podejściu Polaków do muzyki" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ4WC9AM9HLM-C401.webp)



![Wojtek Mazolewski Quintet: Zabrakło wody, nie zabrakło energii [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000LYP8B36J9NKTG-C401.webp)