Słowa Timothée Chalameta wywołały burzę. "Bardzo rozczarowujące"
Jedno zdanie wystarczyło, by rozpętać gorącą debatę w świecie kultury. Timothée Chalamet stwierdził, że nie chciałby pracować w dziedzinach takich jak opera czy balet. Jego słowa spotkały się z natychmiastową reakcją artystów scenicznych, którzy zarzucili mu brak zrozumienia dla wielowiekowej tradycji tych form.

Do zamieszania doszło podczas spotkania z udziałem Timothée Chalameta i Matthew McConaugheya, zorganizowanego przez CNN oraz Variety. Dyskusja dotyczyła przyszłości kina oraz wysiłków podejmowanych przez twórców, by utrzymać zainteresowanie publiczności tradycyjnymi salami filmowymi.
Chalamet przyznał, że podziwia artystów, którzy publicznie apelują o wsparcie dla kin czy określonych gatunków filmowych. Jednocześnie zaznaczył, że wierzy w naturalny mechanizm zainteresowania widzów.
"Podziwiam ludzi - sam czasem tak robiłem - którzy w programach mówią: musimy utrzymać kina przy życiu, musimy ratować ten gatunek. Ale jest też we mnie przekonanie, że jeśli ludzie naprawdę chcą coś zobaczyć, tak jak w przypadku Barbie czy Oppenheimera, po prostu pójdą do kina i będą o tym głośno mówić".
Chwilę później dodał słowa, które wywołały falę krytyki:
"Nie chciałbym pracować w balecie czy operze, gdzie trzeba mówić: hej, podtrzymujmy to przy życiu, choć już nikogo to nie obchodzi".
Aktor szybko próbował złagodzić wydźwięk swojej wypowiedzi, żartując: "Właśnie straciłem 14 centów oglądalności. Strzelam sobie w stopę bez powodu".
Reakcja środowiska operowego: "Rozczarowujące podejście"
Na odpowiedź środowiska scenicznego nie trzeba było długo czekać. Jedną z pierwszych osób, które zabrały głos, była amerykańska śpiewaczka operowa Isabel Leonard.
Artystka napisała w mediach społecznościowych:
"Szczerze mówiąc, jestem zaskoczona, że ktoś tak odnoszący sukcesy potrafi być tak nieelokwentny i tak wąskotorowy w swoich poglądach na sztukę, a przecież sam uważa się za artystę".
Dodała także:
"Tanie przytyki wobec innych twórców mówią w tym wywiadzie więcej niż cokolwiek innego. To wiele mówi o charakterze".
Z kolei kanadyjska mezzosopranistka Deepa Johnny oceniła komentarz aktora krótko:
"To bardzo rozczarowujące podejście. Nie ma nic bardziej imponującego niż magia teatru na żywo, baletu i opery".
"Opera przetrwała". Artyści przypominają historię gatunku
Krytyczne głosy pojawiły się także ze strony innych twórców. Irlandzki śpiewak Seán Tester zauważył, że takie opinie często wynikają z mylenia popularności z realną wartością kulturową.
"To redukcyjne podejście, które pojawia się wtedy, gdy popularność uznaje się za miarę wartości kultury" - napisał.
"Opera i balet nie są przestarzałymi formami sztuki. To żywe dziedziny, które nieustannie się zmieniają i reinterpretują".
W podobnym tonie wypowiadali się także inni artyści. Dyrygent Louis Lohraseb podkreślił, że aktor najwyraźniej nie dostrzega wyjątkowej więzi między artystami a publicznością, jaką oferuje teatr na żywo. Z kolei berliński śpiewak operowy Dean Murphy przypomniał, że opera istnieje od XVI wieku i nadal przyciąga widzów na całym świecie.
Równie dosadnie zareagował brazylijski tancerz Victor Caixeta, który napisał ironicznie:
"Balet i opera przetrwały setki lat. Zobaczymy, czy twoje filmy będą oglądane za 300".
Instytucje kultury również odpowiadają
W obronie tradycyjnych sztuk scenicznych stanęły także instytucje artystyczne. Royal Ballet and Opera w oficjalnym oświadczeniu podkreśliła, że opera i balet od wieków wpływają na rozwój innych dziedzin kultury.
"Balet i opera nigdy nie istniały w izolacji. Nieustannie inspirowały i podnosiły poziom innych form sztuki" - przypomniano, wskazując na ich wpływ na teatr, film, muzykę współczesną czy modę.
Równie stanowczy komunikat opublikował English National Ballet. Zespół zaznaczył, że zainteresowanie baletem wcale nie maleje. W ostatnim sezonie spektakle przyciągnęły ponad 200 tysięcy widzów, a materiały w mediach społecznościowych osiągnęły dziesiątki milionów odsłon.
Marketing z przymrużeniem oka
Nie wszyscy potraktowali jednak wypowiedź aktora wyłącznie jako powód do oburzenia. Niektóre instytucje wykorzystały ją z poczuciem humoru.
Seattle Opera przygotowała specjalną promocję na spektakl "Carmen". W mediach społecznościowych ogłoszono zniżkę na bilety z kodem "TIMOTHEE", która obniżała cenę o 14 procent.
"Timmy, dla ciebie też się znajdzie miejsce" - napisano żartobliwie.
W cieniu sezonu nagród
Kontrowersja pojawiła się w szczególnym momencie kariery Chalameta. Aktor znajduje się obecnie w centrum sezonu nagród i jest nominowany do Oscara dla najlepszego aktora za rolę w filmie "Marty Supreme". W przeszłości był już nominowany za występy w "Call Me by Your Name" oraz "A Complete Unknown".



![Twój, Dawid: Nie chcę być wydmuszką na reklamach [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ0S4GYILGKH-C401.webp)


![The Rumjacks: "Zakochaliśmy się w podejściu Polaków do muzyki" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ4WC9AM9HLM-C401.webp)



