Maryla Rodowicz w Krakowie: Ech, mała, poszalej [RELACJA]
Ja wiem, że w mediach się nadużywa zwrotów "legenda", "ceniona wokalistka" i temu podobnych, ale Maryla Rodowicz to jest naprawdę legenda i ceniona wokalistka, i królowa polskiej piosenki. I choć większość odbiorców kojarzy ją pewnie z występów w telewizji, to jej pełny, dwugodzinny koncert, to przeżycie zupełnie inne i mocno przeze mnie polecane, bo - całkiem szczerze - dawno nie bawiłam się tak dobrze na koncercie.

Wieczór w wypełnionym po brzegi ICE zaczął się od "Jestem Maryla, Maryla, i kwita / Kto wie, to w zasadzie o resztę nie pyta" i w sumie to mogłabym skończyć na tym tę relację, bo przecież wszyscy wiedzieli, jakie to będą dwie godziny. "Tradycyjnie, mówcie, co mam śpiewać, ja to wykonam" - stwierdziła potem żartem, a z publiczności dolatywało: "Niech żyje bal", "Wielka woda" (najczęściej!), "Sing-sing", "Małgośka" albo "Ech, mała" i oczywiście wszystko to później usłyszeliśmy. Ale po kolei, po kolei.
Bo set nie był złożony z samych "przebojów", jak pewnie niektórzy się spodziewali, ale też z tych mniej znanych, jak zaśpiewana na początku "Piosenka przeciw zasypianiu" z 1974 roku czy niedoceniona, według mnie, "Gejsza nocy".
Zaraz potem dostaliśmy nową stylizację, która została przyjęta niemałym entuzjazmem, a sama wokalistka podsumowała to słowami: "To się nazywa wejście smoka". Potem dwa wymarzone przez publikę hity, czyli "Sing-sing" i "Damą być". Wtedy też pomyślałam, że ten występ to nie jest Maryla Rodowicz i jej muzycy wspomagający, tylko po prostu zespół, w którym - owszem - jest frontmenka, ale każdy jest jednakowo ważny. Bo nie widziałam do tej pory nigdzie, żeby chórek opuszczał swoje wyznaczone miejsce w cieniu, a ten nie dość, że śpiewał w jednej linii z Marylą, to podczas jednej piosenki wyszedł też do publiczności, porywając ludzi do tańczenia i śpiewania, w zasadzie kradnąc w tamtym momencie cały show. Ciepło na sercu.
Było też "Nie ma jak pompa", które pamiętam z sopockiego festiwalu, wtedy zaśpiewane w Ralphem Kaminskim i całą scenografią, zresztą naprawdę imponującą, ale i niedzielnej wersji niczego nie brakowało, bo to po prostu dobry kawałek. Niezwykle rozczuliło mnie też rzucone ze sceny "Nie chcę was długo trzymać, bo jest niedziela". Ale ewidentnie nikt się nigdzie nie spieszył.
Usłyszeliśmy "Ech, mała, nie szalej", a później wokalistka zapytała, czy ktoś chciałby z nią zaśpiewać na scenie. I reakcja była tak dynamiczna, że na nic rozłożone ręce ochrony i pomiestność sceny ("pomiestny" - taki, który dużo mieści, wymyśliłam to słowo, możemy już zacząć go używać?). Wszyscy chcieli zaśpiewać wspólnie "Gaj", który Rodowicz wykonywała również z Markiem Grechutą. Później dostaliśmy jeszcze "Seledynową lampkę" i "Dworzec", a potem…
Potem! Wokalistka złapała za gitarę i zaczął się już festiwal największych utworów. Najpierw "Remedium", znane szerszej publiczności jako "Wsiąść do pociągu byle jakiego". Ej, i wiadomo, że każdy zna tę piosenkę, czy to od dorosłości, czy od nastolęctwa, czy - jak ja - od dzieciaka, ale cały sens tej piosenki dotarł do mnie właśnie dopiero, kiedy poznałam prawdziwy tytuł. Zresztą, zastanawialiście się kiedyś nad tymi tekstami? Oczywiście, że pisali je najlepsi i że śpiewa jest królowa, więc to automatycznie wielkie przeboje, ale zastanawialiście się tak na poważnie? "W taką podróż chcę wyruszyć / gdy podły nastrój i pogoda. / Zostawić łóżko, ciebie, szafę / niczego mi nie będzie szkoda. / Zegary staną niepotrzebne / pogubię wszystkie kalendarze. / W taką podróż chcę wyruszyć / tylko czy kiedyś się odważę?" - czy ludzie nie marzą właśnie o tym? Albo - z "Wielkiej wody" - "I tylko taką mnie ścieżką poprowadź / Gdzie śmieją się śmiechy w ciemności / I gdzie muzyka gra, muzyka gra / Nie daj mi, Boże, broń Boże, skosztować / Tak zwanej życiowej mądrości". Poproszę!
Wracając, była też "Ballada wagonowa", którą Rodowicz opatrzyła anegdotką o tym, jak na początku stanu wojennego mieszkała w Krakowie, niczego nie było w sklepach, ale słyszała o Starym Kleparzu, więc poszła tam i okazało się, że jest tylko mięso z gołębia. "Ale jakoś przeżyliśmy" - podsumowała, wywołując tym salwę śmiechu. Nie zabrakło też zawsze wyciskającej łzy "Rozmowy przez ocean", "Jest cudnie" czy "W sumie nie jest źle". Na kilka kolejnych piosenek - "Trzymaj się", "Tak nam słodko, tak nam gorzko" i "Tango na głos, orkiestrę i jeszcze jeden głos" - dołączył fragment chóru DC Kraków.
Końcówka koncertu to już publiczność tańcząca, stojąca pod sceną i chóralnie śpiewająca "Niech żyje bal", "To już było", "Kolorowe jarmarki", "Małgośkę" (z basowym solo i rapową zwrotką, "zaskakujące" to za słabe określenie) i "Szparką sekretarkę". Te piosenki pokazują, dlaczego moi rodzice bawili się do tej muzyki za młodu, ja się bawiłam na osiemnastkach i będą się bawić jeszcze dzieci moich dzieci. Dawno nie czułam się tak dobrze na koncercie, bo dwie godziny patrzyłam, jak Maryla Rodowicz cieszy się z bycia na scenie i że wciąż nie ma zamiaru z niej schodzić. "Ech, mała, poszalej / Masz 80 lat / Coś zapal i nalej / Tak mało dał ci świat / Baw się wreszcie zapałkami / Niech cię sparzy żar / Nie siedź w domu wieczorami / Kiedy kusi bal". Jak dorosnę, to chcę być Marylą Rodowicz.







![Twój, Dawid: Nie chcę być wydmuszką na reklamach [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ0S4GYILGKH-C401.webp)


![The Rumjacks: "Zakochaliśmy się w podejściu Polaków do muzyki" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ4WC9AM9HLM-C401.webp)



