Reklama

Vienio: Na szczęście trzeba sobie zapracować

Vienio opowiedział nam m.in. o Robercie Brylewskim /Arek Stan /materiały promocyjne

Czy był zamknięty w "hiphopowym getcie"? Jak wspomina Roberta Brylewskiego? Czy wciąż czuje się wolnym człowiekiem? Rozmawiamy z Vieniem, artystą, który – jak sam przyznaje - jest kolekcjonerem pięknych chwil.

Marcin Misztalski, Interia.pl: Kiedy uświadomiłeś sobie, że nie chcesz być tylko "raperem z osiedla", ale uczestniczyć też w innych dziedzinach sztuki?

Vienio: - Od zawsze przebywałem w różnych środowiskach. Miałem dobry przykład na rodzinnym podwórku, bo wychowałem się wśród ludzi, którzy mieli różne pasje - jedni ćwiczyli na gramofonach i kolekcjonowali płyty, inni grali w zespołach czy interesowali się tym, jak amatorsko zrobić dżingiel. Kiedy zajmowałem się głównie nagrywaniem rapu, poznawałem nie tylko kolegów po fachu, ale też - siłą rzeczy - grafików, organizatorów koncertów, dziennikarzy, muzyków z różnych środowisk czy twórców wideoklipów. Hip-hop był dla mnie taką trampoliną. Oczywiście podglądałem raperów ze Stanów, którzy realizowali się na innych polach artystycznych i w naturalny sposób rozciągali hip-hop w różne strony. My w Polsce dość wolno dochodziliśmy do takiego momentu. Pamiętam, że przecież rap w naszym kraju był np. bardzo męski. Nie było mowy o tym, by robić featy z dziewczynami. Molesta dopiero z czasem wpadła na pomysł, by nagrać kawałek z Renią Jusis i ostatecznie nam to nie wyszło.

Reklama

Dlaczego?

- Nie byliśmy do tego dobrze przygotowani. Myślę, że chcieliśmy to zrobić za szybko. Renata była zaskoczona naszym tekstem... Z perspektywy czasu uważam, że byliśmy zbyt nagrzani na tę kooperację i dlatego nie doszła ona do skutku... Chciałbym jeszcze wrócić do twojego pierwszego pytania.

Proszę bardzo.

- Nie chcę się oczywiście porównywać do ludzi sztuki, którzy tworzyli setki lat temu, ale - powiedzmy o tym w ten sposób - instytucja wielozadaniowego artysty funkcjonuje niemalże od zawsze. Kiedyś czymś normalnym było, że artyści zajmowali się wieloma sprawami: pisali wiersze, tworzyli rysunki czy projektowali wynalazki. Mam w sobie potrzebę, by robić też inne rzeczy, nie tylko hip-hop. Lubię trochę za nim zatęsknić, a później do niego wrócić ze świeżymi pomysłami. Jedni resetują głowę, jadąc w góry, a inni czytając książki. Każdy ma swoje pomysły na to, skąd czerpać inspiracje.

Czułeś, że byłeś zamknięty w "hiphopowym getcie"?

- Byłem w samym centrum tego getta. Muszę przypomnieć, że w 1996 roku kupiłem sobie gramofony, stałem się DJ-em Molesty, no i produkowałem z WłodimSebastianem (DJ 600V - przyp. red.) podkłady. Dzięki temu, że musiałem pozyskiwać sample, sięgałem do muzyki filmowej, jazzowej czy rockowej. To sprawiało, że nie słuchałem tylko amerykańskich zespołów rapowych. Nie byłem ortodoksem, bo nie mogłem nim być. By znaleźć brzmienie Molesty, musiałem mieć głowę otwartą na muzykę z różnych zakątków świata. Czas pokazał, że ta otwartość przełożyła się na wiele aspektów mojego życia.

Nie miałeś więc za dużo czasu, by zasiedzieć się na ławce pod blokiem.

- Naturalny bieg zdarzeń spowodował, że wstałem z ławki i zacząłem eksplorować różne światy. Ławka jest metaforą - miejscem, w którym wszystko się zaczyna. Później można z niej wyruszyć do studia nagraniowego, na koncert, do teatru. Myśmy godzinami wysiadywali ten hip-hop na ławkach pod blokiem, a dziś większość z nas prowadzi poważne życie. Ma rodziny, obowiązki, biznesy.

Odczuwałeś kiedyś, że ludzie z innych środowisk muzycznych podchodzą do ciebie ostrożnie i z dystansem?

- Byłem blisko środowiska alternatywnego i podziemnego. Robert Brylewski zawsze mówił mi tak: "Vienio, obsikuj wszystkie mury, jakie się da. Wypowiadaj się na różne tematy i zajmuj stanowisko. Mów o tym, co czujesz. Niech ludzie poznają twoje zdanie". Wziąłem to sobie bardzo do serca, traktuję to jako filozofię życiową. Zostawiam po sobie ślady... Pytasz mnie o dystans innych środowisk. Znam tę historię od samego początku. Oczywiście, że widzieliśmy i odczuwaliśmy dystans. Później zauważyliśmy, że ta ostrożność innych twórców przerodziła się w pewnego rodzaju ciekawość nas... Obecnie mamy Bedoesa, który nagrywa piosenki z Golec uOrkiestrą. Zobacz, jaką hip-hop w Polsce przeszedł drogę. Od totalnej podziemnej ciekawostki do szeroko pojętego, popowego mainstreamu. Dziś śmiało można ukuć tezę, że w tej chwili każdy artysta chciałby coś nagrać z popularnym raperem, bo przyniesie mu to fejm. A kiedyś? Artyści nie wiedzieli, co im taka współpraca da - czy spotka się ona z zadowoleniem, czy może z ostracyzmem. Ja na szczęście przez całe życie miałem przyjemność pracować z ludźmi, którzy mnie szanują, nieważne, z jakiego byli środowiska. Uważam to za ogromny sukces.

Wywołałeś Roberta Brylewskiego, o którym też chciałem chwilę pogadać.

- Można powiedzieć, że poznałem go dzięki Tomaszowi Lipińskiemu, który puszczał w Radiostacji nagrania Molesty. Zresztą, tak naprawdę, z Radiostacji dostawaliśmy pierwsze pozytywne opinie o naszej twórczości. Tomek znał i pracował przez wiele lat z Robertem Brylewskim, więc któregoś dnia nas po prostu ze sobą poznał. Moje losy w cudowny sposób były przeplecione z życiorysami Tomka i Roberta. Pamiętam, że graliśmy kiedyś koncert z Izraelem, byliśmy z Brygadą Kryzys w programie b, zrealizowałem nawet ostatni teledysk Izraela, w którym wystąpił Robert czy zrobiłem dla nich film na 25-lecie zespołu. Robert był takim atomem, wokół którego pojawiało się mnóstwo różnych ludzi i każdy ogrzewał się jego artystyczną charyzmą. Dzięki niemu zobaczyłem, jak wygląda świat starszych kolegów warszawskiej, ale i nie tylko warszawskiej, alternatywy. Mówił wiele mądrych i ważnych słów. Pamiętam na przykład, jak powiedział mi kiedyś, bym nie reagował agresją na agresję. Te słowa utkwiły mi w pamięci.

Co, poza smutkiem, poczułeś, kiedy dowiedziałeś się o jego śmierci?

- Poczułem, że zakończyła się pewna epoka. Później zacząłem zastanawiać się nad tym, jak to jest, że człowiek, który śpiewał o miłości i szacunku, został pobity na śmierć z rąk szaleńca. To paradoks. Odejście Roberta jest wielką stratą dla polskiej muzyki.

Teraz chciałbym zacytować twojego innego kolegę, Marka Dyjaka: "Szczęście może być bardzo nudne. Moment, w którym zauważasz, że jesteś szczęśliwy, to prawdopodobnie ostatnia chwila tego stanu". Często bywasz szczęśliwy?

- Myślę, że Marek ma rację. Jestem kolekcjonerem pięknych chwil. Wierzę, że życie można przejść, będąc szczęśliwym, ale uważam też, że na szczęście trzeba sobie zapracować. Ludzie, którzy cały czas zabrudzają swoje sumienie, nie są szczęśliwi. Nie rozumiem np. tego, że w kościele katolickim można ot tak zmyć z siebie grzech. Czyli co? W tygodniu można krzywdzić ludzi, a w niedzielę dajemy datek na kościół, mówimy 10 "zdrowasiek" i grzech jest nam tak po prostu odpuszczany? Później znów to samo i tak w kółko? To zbyt proste.

Nadal czujesz się wolnym człowiekiem?

- Zdecydowanie. Codziennie dziękuję za to losowi. To bardzo komfortowa sytuacja. Jestem wyróżniony.

Czułeś kiedyś, że ta wolność jest ci odbierana?

- Tak, w szczególności w czasach, kiedy rządzi PiS. Odpowiedziałem ci w dość oczywisty sposób, ale pamiętam też dzień, kiedy w 1981 roku przyszli po mojego tatę i zabrali go za członkostwo w Solidarności "na internowanie". Moja pamięć ma wyryte te chwile, kiedy nie można było wychodzić z domu, bo panowała godzina policyjna i trzeba było zakrywać okna. Pamiętam, jak dostawaliśmy paczki z zagranicy bez adresata, co też było ograniczaniem naszej wolności. Sytuacja na szczęście zmieniła się po 1989 roku. Nie czułem już, że ktoś mi odbiera wolność... do momentu, kiedy pojawił się PiS. Tak, to oni wywracają stół, przy którym wszyscy siedzimy. Sprawa aborcji to tylko wierzchołek góry lodowej. Mam wrażenie, że PiS chce dziś położyć łapy na wszystkim. Chcą też decydować o tym, co mamy oglądać w muzeach, teatrach i w co mamy wierzyć. Zasłaniają się bożym miłosierdziem, idąc za rękę ze skompromitowanym kościołem. Wykluczają inność i drwią z elit. Umniejszają każdemu, kto staje im na drodze.

Mówiłeś kiedyś, że przykro ci, że kiedy dzieją się w tym kraju rzeczy straszne, to nikt nie zabiera głosu.

- Tu miałem pewnie na myśli kolegów artystów, którzy nie kwapili się do komentowania ważnych spraw. Wielu raperów nie zabiera głosu w pewnych sprawach, bo boją się spolaryzować swoich fanów. Strach ich paraliżuje. Ja się tego nie bałem, bo już dawno zostałem wrzucony do słoika z napisem: "Największy polski lewak hiphopowy" - co by się zgadzało, bo jestem mańkutem (śmiech). Od pewnego momentu już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Wiem, że dziś jest wiele spraw, do których należy się odnieść, ale ja na razie pozostaję neutralny, bo przez ostatni czas musiałem przede wszystkim zadbać o samego siebie.

Artyści zasiedli sobie w wygodnym fotelu, zajęli się liczeniem pieniędzy i nie opłaca im się narażać, wygłaszając niewygodne treści?

- Nie można tego powiedzieć o wszystkich artystach. Podam przykład kabaretu Neo-Nówka i ich niedawnego skeczu "Wigilia 2022". Wiesz, na świecie dzieje się dużo. Czasami mam wrażenie, że ludzie szybko zapominają o tym, co było jeszcze przed chwilą. Zobacz, niektórzy już zapomnieli o covidzie. Udajemy, że nic się nie dzieje. Nad tematem wojny w Ukrainie też przeszliśmy już do porządku dziennego. Dziś wieści z Ukrainy to jedne z wielu szeregowych newsów. Może spowodowane jest to tym, że świat tak pędzi i dostajemy z każdej strony tysiące bodźców. Nie wiem. Ja trzy lata temu zrezygnowałem z telewizji, bo nie zdążyłem przetrawić jednej informacji, a w moment przykrywały mnie kolejne doniesienia ze świata. Myślę sobie, że obserwowanie tego wszystkiego też może być czymś przytłaczającym. Nie wszyscy potrafią sobie z tym poradzić.

Zrezygnowałeś z telewizji, ale nie zrezygnowałeś z wyjazdów. Która twoja podróż była najbarwniejsza?

- Wyjazd z PelsonemDJ-em Romkiem do Meksyku. Polecieliśmy tam na dwa koncerty na zaproszenie polskiej ambasady. Było cudownie. Ameryka Południowa jest totalnie egzotycznym i innym miejscem. Opowiem ci jedną ciekawą historię, która spotkała mnie w Meksyku. Będąc tam już kolejnym razem, pojechałem do Tulum, które jest miejscowością hippisów. Pewnego dnia odbywała się impreza na plaży, na którą zostałem zaproszony przez panią, u której wynajmowałem pokój. Poszedłem więc tam. W pewnym momencie na sali zrobił się wielki szum, bo ktoś szepnął, że na samym środku knajpki siedzi sam Paco de Lucía wraz ze swoją rodziną i z zespołem. Po chwili chłopaki zaczęli sobie jamować i grać flamenco. W pewnym momencie Meksykanin, który siedział ze mną przy stole, powiedział mi: "Słuchaj, ja znam Paco, bo jestem architektem. Projektowałem mu dom. Jeśli chcesz, mogę podejść do mistrza i zapytam go, czy możesz wymienić z nim kilka zdań". Po chwili zobaczyłem tylko, jak Paco zaczął rozglądać się po sali, spotkał mnie wzrokiem i palcem pokazał coś w stylu "chodź tutaj synku". (śmiech) Oczywiście podszedłem. Powiedziałem mu, że jestem z Polski. "Z Polski?" - zapytał. "Przecież to tak daleko. Chciało ci się tak długo do nas lecieć?". Na co odparłem: "A mistrz to lepszy? Przecież przybył do Meksyku aż z Hiszpanii". No więc trochę się pośmialiśmy. Bardzo pochwalił Polaków za to, jak - za każdym razem - był u nas przyjmowany na koncertach. Mówił, że tylko w Polsce zdarzało mu się grać koncert po koncercie.

Co było dalej?

- Wróciliśmy do Polski. Po kilku dniach od powrotu poszedłem do dentysty. Siedzę u niego na fotelu, nagle w radiu leci piosenka Paco de Lucíi i prowadzący smutnym głosem mówi, że artysta nie żyje. Zmarł w Tulum na plaży na atak serca. Poczułem się dziwnie. Cieszę się, że udało mi się podać mu rękę w ostatnich dniach jego życia.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL