Reklama

Vienio: Najwspanialsza praca na świecie

Vienio i Filip Głodek w programie "COOL Turyści" /Travel Channel /materiały prasowe

- Cały czas mam niedosyt - chciałbym co tydzień jeździć za granicę. Człowiek uzależnia się od tego bardziej niż od narkotyków - mówi Interii Vienio, opowiadając o programie "COOL turyści". W nim wraz z Filipem Głodkiem odkrywał nieoczywiste miejsca w popularnych destynacjach.

Reklama

Piotr Więcławski, znany szerszej publice jako Vienio to nie tylko jeden z najpopularniejszych raperów w Polsce oraz jeden z założycieli legendarnej Molesty, ale również dziennikarz, kucharz i osobowość telewizyjna.

W tym roku Vienio ponownie zagościł w na małym ekranie - tym razem za sprawą kulinarno-turystycznego programu "COOL turyści", który emitowany był w stacji Travel Channel, a nadal oglądać można go w serwisie player.pl. To jednak nie koniec pracowitego roku Vienia. 26 listopada zadebiutował jego kolejny program "COOL gadżet", a ponadto raper kończy prace nad nowym krążkiem.

Reklama

Daniel Kiełbasa, Interia: W październiku i listopadzie na antenie Travel Channel można było oglądać twój program "COOL turyści". Skąd wziął się pomysł na taki format?

Vienio: - Zacznę od tego, że tego typu program od zawsze był moim marzeniem. Jestem wielkim fanem śp. Anthony'ego Bourdaina, uwielbiam publicystkę kulinarną, podróżniczą i kulturalną oraz kocham gotować. Ten program jawił się dla mnie jako połączenie wszystkich rzeczy, z którymi jestem związany - dziennikarstwa, gotowania i podróżowania. To dla mnie najwspanialsza praca na świecie.

Stwierdziłem, że w polskiej telewizji wieje trochę oldschoolem i brakuje programów dla naszego pokolenia. Wszystko jest pokazywane pod kątem gotowania a nie podróży, a jeżeli pojawia się ten element, to na tapetę brane są tylko najważniejsze miejsca.

1,5 roku temu z Filipem Głodkiem i naszym kumplem Krzyśkiem Kudelskim, uznaliśmy, że bierzemy sprawy we własne ręce. Za własne pieniądze i ze swoim sprzętem wyjechaliśmy do Budapesztu, aby przygotować coś w rodzaju protoodcinka programu. Węgry to wciąż trochę tajemniczy kraj. Pamiętam, że byłem tam z rodzicami, gdy miałem 10 lat. Ciekawiło mnie, co zmieniło się tam po zmianie systemu.

Po powrocie do Polski, dzięki uprzejmości naszego kumpla Pawła Kwiatkowskiego mającego firmę produkującą kulinarne programy telewizyjne, zrobiliśmy zwiastun, który moglibyśmy pokazywać potencjalnemu nadawcy. Ku naszej uciesze od razu pojawił się odzew ze strony Travel Channel. Producentka zleciła nam wyjazd do Aten, gdyż trailer nie pokazywał dokładnie tego, jacy jesteśmy. Zrobiliśmy pilota, który, co się rzadko zdarza, przeszedł bez żadnych poprawek.

A jak poznaliście się z Filipem Głodkiem? Bo rozumiem, że znaliście się dużo wcześniej przed programem.

- Towarzystwo warszawskich foodystów jest mi bardzo dobrze znane. Wiem, kto publikuje, kto gotuje, a kto wydaje książki. Interesuję się tym tematem. Z Adrianną Marczewską robiłem program w Kuchni+. Teraz też cały czas gotuję, promuję, szkolę i jestem zapraszany na wydarzenia związane ze zdrowym żywieniem. Cały czas jestem w temacie jedzenia.

Na wielu eventach spotykałem się właśnie z Filipem. Pamiętam, ze na jednej z imprez mocniej się zgadaliśmy. A że Filip czasem potrzebuje rąk do pracy i ja czasem potrzebuję kogoś, kto zrobi rzeczy z mięsem, znaleźliśmy wspólny język. Stworzyliśmy sojusz i od razu ustaliliśmy, że pojedziemy w świat i zrobimy taki program. Wiosną byliśmy dogadani, a już w sierpniu jechaliśmy do Budapesztu robić odcinek.

A docierały do ciebie jakieś opinie na temat programu?

- Tak, tak. Następnego dnia po emisji, gdy zerkałem w telefon byłem zawalony Instastories, SMS-ami i komentarzami pod zdjęciami z odcinka. Ludzie pisali nam, że każdy epizod jest fajny, że program prowadzony jest z luzem i jest wreszcie czymś dla nich. To niezwykłe miłe. Zapełniliśmy nisze i stworzyliśmy program nieco wariacki, ale też nietuzinkowy, zahaczający o kulturę, w którym mówimy, co w jakimś mieście jest warte zobaczenia. Przy okazji spotykamy się z różnymi ludźmi, korzystamy z ich wiedzy i bawimy się z nimi.

Cały czas mam niedosyt - chciałbym co tydzień jeździć za granicę. Człowiek uzależnia się od tego bardziej niż od narkotyków. Takie podróże i możliwości podpatrzenia, jak żyją inni ludzie, co ich bawi i denerwuje, bardzo wzbogacają człowieka.

A było coś, co szczególnie zaskoczyło cię podczas tych podróży?

- Tak na szybko nie przychodzi mi nic do głowy, ale to zaskoczenie jest za każdym razem. Ciekawym doświadczeniem było odwiedzenie rodziny w Dubrowniku na farmie ostryg lub pomaganie typowym rolnikom, z rękami jak bochny chleba, podczas rozładowania ciężarówki winogron.

Zakulisowo powiem też, że podczas wyprawy robimy zdecydowanie więcej niż można zobaczyć. W montażu pokazana jest tylko chwila. A my robiliśmy wino, jeździliśmy tramwajem w Lizbonie, traktorem po polu i odwiedzaliśmy targi staroci, które uwielbiam. Zawsze przywożę sobie jakieś talerzyki lub inną ceramikę. W Gruzji zdobyłem piękny oldschoolowy kufel ze szkła karbowanego.

Oprócz promowania programu cały czas pracujesz nad swoim nowym albumem. Jak udało ci się łączyć podróże po Europie z pracą nad kolejnymi kawałkami?

- Tak się złożyło, że płytę skończyłem nagrywać w momencie rozpoczęcia zdjęć do programu, więc wszystko zgrało się idealnie. Cała warstwa tekstowa i inne muzyczne rzeczy dopięliśmy do 1 sierpnia. Potem osiem kolejnych weekendów jeździliśmy po różnych krajach. W momencie emisji programu, przygotowywałem się do wydania płyty. Zresztą artyści mają trochę tego czasu wolnego. To już nie są te lata, kiedy trzeba było zamykać się w studiu na miesiąc. Raperska robota jest też po części do wykonania w domu. Ponadto jestem dobrze zorganizowany. Gdy wchodziłem do studia, to siekałem kolejne kawałki jak skalpelem.

Skoro twoja obecna płyta już została nagrana, to moje pytanie bardziej dotyczyć będzie przyszłego materiału - myślałeś nad tym, aby swoje doświadczenia z podróży wykorzystać w pisaniu utworów. Chciałbyś to jakoś przełożyć?

- Tak, myślałem o tym, ale w głowie mam też rożne rzeczy. Z jednej strony jestem podróżnikiem, raperem, kolesiem związanym z tym miastem (Warszawą - przyp. red.). Z drugiej strony konsumuję i obserwuję rzeczywistość, która mnie otacza. Mogę ci zdradzić, że po zrobieniu 3/4 albumu zacząłem się zastanawiać, dlaczego nie wypowiadam się na temat bieżących spraw. Dlaczego nie opowiedzieć o zamieszaniu wokół "Kleru" i aferach w kościele, które wychodzą na światło dzienne. Dlaczego nie mówić o ludziach, którzy pozdrawiają się nazistowskim gestem, nosząc jednocześnie bluzę "Pamiętamy '44". Jak można tego nie skomentować? Jak można milczeć w sprawie antysemityzmu w Polsce, który aż zionie z niektórych mediów. Zadałem sobie pytanie - dlaczego ja nie komentuję tego w prześmiewczy sposób, aby pokazać ludziom, że nie muszą wkręcać się w pewne rzeczy, które są dla nich i dla naszego kraju niedobre.

Czyli można powiedzieć, że tematycznie będzie podobnie do tego, co można było usłyszeć na płycie "HORE?"

- Nie do końca. Tę płytę bardziej określiłbym jako moją gazetę, która opowiada o ostatnim roku. Relacjonuje różne rzeczy - te które są związane ze mną, są przekazy ekologiczne, jest dedykacja dla mojej narzeczonej. Ta płyta jest lżejsza od "HORE". Tamten album był bardzo zaangażowany społecznie, a ten nazwałbym bardziej "moim". O tamtej płycie mówiłem, że wchodzę w buty innych ludzi - chorych psychicznie, wykluczonych. Tutaj jestem sobą i proponuję perspektywę Vienia.

Przy tej płycie zmienił się też producent. Tym razem zamiast Qby Janickiego, postawiłeś na współpracę z Magierą. Czy to oznacza powrót do klasycznego, oldschoolowego brzmienia?

- To nie jest materiał w pełni oldschoolowy, bo jak się okazało Tomek to bardzo, bardzo, bardzo wszechstronny producent. Prawdopodobnie każdy raper - czy to newschoolowiec czy trueschoolowiec - znajdzie wspólny język z Magierą. Tomek potrafi robić rzeczy bardzo nowoczesne, bardzo awangardowe - zresztą słychać to na ostatniej płycie EVOREVO - czasem popowe, a czasem hardcore’owe i jazzowe.

Z Tomkiem wybrałem różnorodne produkcje i jestem ciekaw, jak odniosą się do tego słuchacze, bo to kolejna definicja mojego stylu. Starałem się na tej płycie i na tych bitach pokazać, że potrafię inaczej rymować. Mogłem się trochę pobawić, pokombinować z tempami, podziałkami i dźwiękami.

Z pewnością wielu słuchaczy i obserwatorów sceny zelektryzuje duet z Ed O.G., czyli kultową postacią bostońskiej sceny. Jak doszło do waszej współpracy?

- Cały czas jestem w kontakcie ze słynnym Zającem sprzedającym winyle. On jest wielkim podróżnikiem hiphopowym, które zna wiele osobistości sceny hiphopowej. Pamiętam, że napisał do mnie, że jedzie w trasę z Ed O.G. i czy nie chciałbym dołączyć do nich na warszawskim koncercie. Oczywiście się zgodziłem, bo Edo G czy to solowo czy w Special Teamz, był zawsze dla mnie świetnym facetem i prawdziwym raperem. Tak się też zdarzyło, że jego ekipa miała kwaterę tuż obok mojego domu. Zaprosiłem ich więc na spaghetti. Edo przyszedł do mnie z kumplem i swoją dziewczyną. Pogadaliśmy o Donaldzie Trumpie i sytuacji w Ameryce. To była normalna wizyta, troszkę inna od tego, jak to wygląda na backstage'ach. Tutaj miałem możliwość poznania tego człowieka.

Na płycie znalazło się też miejsce dla Bovskiej i Skubasa. Jak to wygląda w twoim przypadku? Wiedziałeś od początku, że ich zaprosisz, czy najpierw miałeś pomysł na konkretne utwory?

- Mogę się tym pochwalić, że nigdy nie zapraszałem jakiegoś rapera lub wokalistki po to, aby ogrzać się popularnością danej osoby. Gdy pisze kawałek to zawsze mi się wydaje, że już wiem, kto by mógł do niego pasować. Ważne jest dla mnie, co dana koleżanka lub kolega reprezentują własnymi utworami, jaką estetykę posiadają w swoich tekstach.

W przypadku Bovskiej i Skubasa chęć współpracy zadeklarowałem im już rok temu. Radek przyznał, że bardzo chętnie w to wejdzie. Gdy pracowałem nad jednym z utworów, uznałem, że Radek idealnie do niego pasuje. To samo z Magdą. Poznaliśmy się na szkole teledysków, do której zaprosił nas Wojtek Augustynek. Na jakieś imprezie też dogadaliśmy się, że warto coś zrobić. Magda stwierdziła, że nigdy nie obracała się w takiej estetyce, ale wychowała się na tej muzyce.

Pomyślałem, że jak dochodzi do takich zderzeń z artystami, to nie można tego odpuszczać. To, co mi przynosi los, trzeba brać. Postawiłem na spontaniczność. Z każdym gościem na płycie trafiłem w sedno. Wypełniają oni dokładnie to, co ja stworzyłem i myślą też tak samo jak ja.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Vienio

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje