Spięty: Identyfikuję się jako optymista [WYWIAD]
Dwa i pół roku po "Heartcore" Spięty wydaje czwarty już solowy album. "Full H.D." to jednak pozycja zupełnie inna od poprzednich dzieł twórcy - co w zasadzie można powiedzieć o każdym krążku, w który były lider Lao Che był zaangażowany. Podczas rozmowy z nami zgłębiamy temat odbioru jego twórczości i używania ironii w tekstach oraz tańca, który jest tak ważny dla brzmienia "Full H.D.".

Rafał Samborski, Interia Muzyka: Mam przed sobą okładkę płyty "Full H.D.". Widzę na niej motyw wklęsłych, kolorowych szkieł, który trochę kojarzy mi się z kreskówkami mojego dzieciństwa, takimi jak Zwariowane Melodie. Jednocześnie z oprawek wylewa się coś przypominającego olej czy ropę. Według mnie tą okładką pokazujesz, że patrzysz na świat z pozycji ironicznego komentarza, pełnego humoru, ale podskórnie wylewa się lęk i niezgoda na rzeczywistość. Dobrze myślę?
Hubert "Spięty" Dobaczewski: Trudno mi tak wypowiadać się z pozycji kogoś, kto napisał teksty na tę płytę. To jest mimo wszystko trudne, żeby przyznać się do tego, że moje nastawienie było określone. Dlatego wolę słuchać tego, co ludzie mówią - tak jak ty mówisz o swoich spostrzeżeniach. Ta sytuacja jest jeszcze trudniejsza, bo to mój pierwszy wywiad dotyczący tej płyty. Dopiero doświadczenie nauczyło mnie, że kiedy rozmawiam z ludźmi, którzy pytają mnie o kolejną płytę - czy to dziennikarze, czy osoby interesujące się tym, co robię - to sam uświadamiam sobie pewne kwestie.
Mogę powiedzieć za to, że tytuły płyt zawsze były dla mnie istotne, bo chodzi mi w nich o to, by jakoś spuentować zawartość albumu. I tutaj pomyślałem, że ta płyta jest właśnie taka, jak trochę powiedziałeś - może nie jest cyniczna, ale na pewno ironiczna.
Zdecydowanie nie powiedziałbym, że jest cyniczna.
Faktycznie jest dużo ironii. Ta płyta jest takim odbiciem mojego myślenia, dlatego nazwałem ją "Full H.D.", bo ta słodko-gorzkość jest "spięta" w stu procentach. Z wielu rzeczy sobie żartuję - może to moja natura, a może zawór bezpieczeństwa. Pewnych rzeczy w świecie nie rozumiem i zadaję sobie pytanie, po co, dlaczego to tak wygląda, i z tego rodzi się gorzki komentarz, sugerujący, że z czymś się nie zgadzam. Ale myślę jednocześnie, że im jestem starszy, tym więcej odnajduję w sobie akceptacji.
Tytuł "Full H.D." kojarzy się również z technologią. Ten temat nawet przewija się bezpośrednio w rozpoczynającym płytę "Sercu nośnym". Zastanawiam się, jak w ogóle obserwowałeś rozwój sztucznej inteligencji i tego, jak wpływa na ludzi.
Wiesz co, trudno się od tego zdystansować, bo wszyscy o tym mówią. To jest temat, który żyje, jest modny, wzbudza różne emocje. Pozwoliłem sobie więc - choć nigdy nie byłem fanem prowadzenia publicystyki ani podejmowania tematów "na czasie" - wspomnieć o tym. Bo zawsze wydawało mi się, że za chwilę ten temat zniknie i tekst straci swoją
uniwersalność, że po pewnym czasie nie będzie już tak aktualny. Tak samo miałem z tytułem "Full H.D.", ale pomyślałem, że właściwie nie ma się co tym przejmować.
Niektórzy będą się zastanawiać, dlaczego w takim razie nie 4K.
Otóż to. A jestem już za stary, by zastanawiać się, kto sięgnie po tę płytę za ileś lat. Tu jest tu i teraz - technologia jest wszechobecna, ekspansywna, trudno przed nią znaleźć jakieś miejsce, więc będzie przejmować coraz więcej przestrzeni w naszej głowie i w naszym świecie. Ma nawet własną terminologię i nazewnictwo. Przed tym się nie ucieknie. Machnąłem więc na to ręką.
A co do tej publicystyki - to ciekawe, że mówisz, że się od niej odcinasz, bo wiele osób właśnie w tym kontekście cię postrzega.
Moje podejście wynika z tego, że z jednej strony chcę się przyglądać z bliska, ale mam tę świadomość, że czasem, gdy się zbliżysz za bardzo, to tracisz szerszą perspektywę. Dlatego, aby ten świat pojąć, wiecznie trzeba tym zoomem operować, robić najazd i odjazd. Tylko czasem trudno dojść do tego, na co zrobić najazd, a kiedy zdecydować się na odjazd. Może w tym właśnie tkwi istota zrozumienia i spełnienia w świecie.
Tylko ten zoom, o którym wspomniałeś, wymaga myślenia, a to myślenie we współczesnym świecie ludzie lubią outsourcować. Wolą zaufać tzw. "sztucznej inteligencji" niż własnemu myśleniu.
Myślę sobie, że jestem mimo wszystko optymistą - może niepoprawnym, może poprawnym - ale wierzę, że wszelkie zmiany, które się pojawiają, po prostu muszą zachodzić. Zmiany są nieuniknione i czasami wydaje się, że prowadzą nas w jakieś kłopoty, ale potem potrafimy się z tego odbić - czasem nawet z większą siłą i nabieramy rozpędu. Co więcej, ten rozpęd może nas popchnąć w dobrą stronę. Wydaje mi się, że świat absolutnie idzie do przodu, rozwija się i ten rozwój jest pozytywny. Czasem trzeba zrobić dwa kroki w tył, żeby potem zrobić trzy do przodu. To brzmi jak truizm, ale to moja życiowa zasada.
Z drugiej strony, zagrożenia oczywiście istnieją. Mówi się o tym, że nasz mózg wymaga treningu, musi być w ruchu, bo to plastyczna materia. Po prostu musimy myśleć, jesteśmy na to skazani. Sztuczna inteligencja ułatwia nam mnóstwo spraw i dokąd nas to zaprowadzi, w tej chwili trudno przewidzieć. Pewnie doprowadzi to do jakichś zmian, znajdziemy się w jakiejś nowej sytuacji i będziemy musieli zmienić kierunek. Ale świat niejednokrotnie pokazywał, że to proces wpisany w jego naturę.
Zaskoczył mnie twój optymizm, bo na przykład w książeczce, która będzie dołączona do płyty, można zauważyć, że w utworze "Zapalenie przedrostka", po wersie "nie dość, że żywy, to do tego szczęśliwy" pojawia się emotka z mrugającym okiem. Odebrałem to właśnie ironicznie - że może z tą otaczającą rzeczywistością nie da się być tak prawdziwie szczęśliwym.
Nie zgodzę się.
Kłania się to zestawianie z odbiorem słuchaczy, o którym mówiliśmy na początku (śmiech).
Czasami ludzie biorą mnie za pesymistę, ale zdecydowanie identyfikuję się jako optymista.
Słyszę to.
Nigdy nie imponowało mi fatalistyczne wieszczenie. Czasami być może sam stosuję taki zabieg w twórczości i pełni to funkcję samooczyszczenia, przez co wyrzucam to z siebie w postaci takich quasi-pesymistycznych zdań. Albo stosuję to w formie cytatów, bo moje teksty są zbudowane z cytatów, które gdzieś zasłyszę. To nie muszą być moje przemyślenia - to jest taki szum informacyjny, którym jestem otoczony.
Bywam źle zrozumiany - album "Black mental" to była dla mnie właśnie taka wycieczka, polegająca na cytowaniu wszystkiego, co dookoła. Zadawano mi wtedy pytania, jakie właściwie mam poglądy. Ale właśnie mam taki pomysł na teksty, że nie muszę się za każdym razem otwierać i opowiadać o sobie. Czasem chodzi o zabawę tym, co usłyszysz, a wokół jest tyle rzeczy, że trudno się przed nimi bronić.
Zastanawiam się, czy taniec jest dobrym sposobem na utrzymanie optymizmu i obronę przed szumem informacyjnym?
Często myślałem, że gdybym nie był muzykiem, pewnie bym tańczył. Uprawiam muzykę, a potem mogę się ruszać - nie zawodowo, ale lubię to. Przeżywam katharsis, które sprawia, że jestem pozytywnie zdystansowany. Taniec kojarzy mi się z oazą, bezpiecznym miejscem. Jeśli tańczysz, to znaczy, że jest ci dobrze.
Jak w takim razie doszło do tego, że elementy taneczne są na tej płycie tak obecne?
To wynika z natury poprzedniej płyty, "Heartcore", która była bardziej refleksyjna, wolna, subtelna. Zatęskniłem po niej za szybszym tempem i inną rytmiką. Pomyślałem, że mogłaby to być muzyka do tańca - może disco, może tango. W polskiej muzyce rockowej czy niezależnej pojawiały się tanga - choćby u Maanamu czy Republiki - i dobrze mi się to kojarzy. Są też taneczne historie w stylu walczyków - na trzy czwarte, jak w "Atrapie Łajdaka". Zawsze marzyło mi się zrobić coś na wzór bolera - i "Serconośny" jest taką moją wariacją.
Właśnie, "Serconośny" to również nie jedyny utwór, w którym nawiązujesz do postaci Jezusa. Ten temat przewija się również w "Kowalskim własnego losu". W "Języku płockim" mówisz, że trudno tłumaczyć Boga na polski. W "Samowolnym opuszczeniu ciała" zwracasz się do Boga bezpośrednio. Jeszcze kilka lat temu mówiłeś, że ateistą na pewno nie jesteś, ale nie utożsamiasz się z żadną religią. Jak wygląda teraz twoja relacja z Bogiem?
Sytuacja jest bez zmian - obopólny szacunek, ale nie wchodzimy sobie w drogę. Nie jestem osobą religijną, a jeżeli jestem, to jest to taka jednoosobowa religia, którą tworzę sam dzień po dniu. Staram się to sobie w głowie i w sercu poukładać, a to proces powolny, więc nie było tu żadnych zwrotów, oświecenia czy nawrócenia. Uważam się za osobę wierzącą, tylko nie wiem w co. Taki stan mi pasuje i wpisuje się w szczęście, o którym wspominałem.
Pod koniec lutego rozpoczynasz trasę - czego można się po niej spodziewać?
W momencie, gdy rozmawiamy jeszcze jesteśmy na etapie prób. Jest sporo przygotowań, ale dopóki nie wyjdziemy na scenę i nie zagramy tego materiału po raz pierwszy, to możemy tylko mówić: "To fajne, to idzie, to dobre". Staram się od tego zdystansować, dobrze przygotować i przeżyć ten pierwszy koncert. Po nim wierzę, że potem będzie już z górki. Jestem ciekaw, jakie emocje będą przy tym pierwszym występie. Cieszę się, że rozpoczynamy od Miejskiego Centrum Kultury w Bydgoszczy. Grałem tam rok temu materiał z "Heartcore" i to był bardzo udany koncert. Liczę na powtórkę.
To może jakieś słowo na koniec wywiadu?
Z Bogiem, bo tak zawsze lepiej niż bez.








